Prezydent Wrocławia: Samorządowa gwarancja jakości

Lokalni liderzy deklarujący chęć startu w wyborach parlamentarnych dają gwarancję wysokiej jakości pracy, gdy opozycja wygra wybory – mówi Jacek Sutryk, prezydent Wrocławia.

Publikacja: 02.07.2023 21:53

Prezydent Wrocławia: Samorządowa gwarancja jakości

Foto: mat. pras.

Orientuje się pan, ilu pracowników w urzędzie i instytucjach podległych miastu zarabia najniższą krajową, która od lipca rośnie do 3600 zł brutto, a od stycznia do 4242 zł?

W samym urzędzie nie mamy pracowników z takim wynagrodzeniem. Natomiast w niektórych jednostkach podległych czy w edukacji takie pensje występują.

Czy regularne podwyżki tego wynagrodzenia wzmagają presję płacową ze strony pozostałych pracowników samorządowych?

Oczywiście, że tak jest. To podstawy ekonomii, które rząd – takie mam wrażenie – lekceważy. Przecież podwyższanie najniższego wynagrodzenia uruchamia lawinę oczekiwań ze strony wszystkich pracowników, niezależnie od tego, czy są pod tym progiem, czy nie.

Od 17 lat pracuję w samorządzie i tutaj nigdy gigantycznych pieniędzy nie było, szczególnie w placówkach, które pracują bezpośrednio z drugim człowiekiem, np. w domach pomocy społecznej. Jeżeli nauczyciel stażysta nie ma jeszcze wysługi lat, zarabia niespełna 3 tys. zł na rękę. To o czym my mówimy? Polski rząd, który wszystkim nakazuje podnoszenie tego najniższego wynagrodzenia, ale bez wsparcia tego celu, prowadzi politykę połowiczną.

Podobnie rzecz ma się ze zmianami podatkowymi. Sam kierunek zmian, np. zerowy PIT dla młodych, jest być może słuszny. Ale negatywne skutki tych zmian odczuwają wszystkie polskie samorządy. Mechanizm kompensacji utraconych dochodów, głównie z podatku PIT, jest po prostu niewystarczający i jest to najdelikatniejsze słowo, które przychodzi mi do głowy. Podobnie z pensją minimalną: rząd łaskawie mówi, ile ma wynosić najniższa pensja, ale nie bierze na siebie odpowiedzialności za to, w jaki sposób nie tylko administracja, ale też sektor prywatny mają sprostać temu wyzwaniu.

Niektórzy kombinują, zmieniając umowy na śmieciowe czy płacąc część wynagrodzenia pod stołem, wypychając pracowników do szarej strefy.

Dokładnie tak jest. Dlatego pozostawienie tego na poziomie zapisania w dokumentach wywoła takie zjawisko. Oczywiście, nie w administracji i samorządzie, ale u wielu przedsiębiorców – zwłaszcza drobniejszych, którzy ciągle odczuwają skutki kryzysów, pandemii, inflacji – może to oznaczać ucieczkę w szarą strefę.

Ale wyższe wynagrodzenia oznaczają też wyższe dochody samorządów z PIT?

Absolutnie nie. Przecież rząd sztucznie zamroził samorządom dochody z PIT, na czym te stracą – tylko w tym roku – 30 mld zł. W naszym mieście rośnie podatek PIT, mieszkańcy płacą go coraz więcej, ale my dostajemy kwotę z 2019 r.

Efekt? Tylko w tym roku wrocławianie – bo przecież budżet miasta to budżet jego mieszkańców – stracą blisko 800 mln zł! Rząd twierdzi, że wyrównuje te straty rekompensatami – spójrzmy więc na liczby: planowana rekompensata rządowa dla Wrocławia to zaledwie nieco ponad 140 mln zł.

Na zamrożeniu przez rząd naszych dochodów własnych Wrocław stracił w ciągu pięciu lat 1,2 mld zł. Dostrzeżmy skalę: za te pieniądze moglibyśmy wybudować np. trzy linie tramwajowe albo 20 zespołów szkolno-przedszkolnych.

Pod koniec zeszłego roku założenia budżetu miasta na 2023 r. mówiły o 5,56 mld zł dochodów i 6,23 mld zł wydatków. Jednak kilka dni temu radni dokonali zmian – i w budżecie, i w wieloletniej prognozie finansowej miasta. Skąd ta korekta?

To są tradycyjne korekty, robione w samorządach zawsze w drugiej połowie roku. Wtedy widzimy już precyzyjnie, jak się kształtują dochody i wydatki. Niestety, w związku z gigantyczną inflacją i wzrostem stóp procentowych dług miasta jest nieco wyższy, więc musimy wprowadzić pewne korekty. To oczywiście oznacza lekkie zwiększenie deficytu, który i tak nie jest już niski.

Ceny produktów, energii, usług szaleją, więc także koszt utrzymania miasta rośnie z miesiąca na miesiąc. Oczywiście, staramy się pilnować strony wydatkowej, ale bardzo trudno jest przestawić oczekiwania mieszkańców, czemu się zresztą nie dziwię. Przez lata Wrocław świetnie się rozwijał, a dzięki temu pojawiały się nowe usługi publiczne, inwestycje, rozbudowa sieci szkół, przedszkoli, żłobków. Dziś sytuacja budżetowa jest bardzo trudna, jednak działa taki psychologiczny mechanizm skobel–zapadka: jak już wejdziesz na poziom wyżej, to zapadka zapada, a ty nie masz ochoty z czegoś rezygnować czy ograniczać swojego apetytu. Jak to dobrze wytłumaczyć mieszkańcom w dynamicznie rozwijającym się mieście z ambicjami? To spore wyzwanie.

Ale mieszkańcy chyba sami to dostrzegają, choćby podczas codziennych zakupów.

Na szczęście większość wrocławian to widzi. Zresztą Polacy po prostu zaczęli szukać oszczędności, oglądają każdą złotówkę dwa razy, obawiają się, że może być jeszcze gorzej. Widać to choćby po ruchu turystycznym – na wakacje chętniej wybieramy polskie miasta, m.in. stąd ruch turystyczny we Wrocławiu wrócił do poziomu sprzed pandemii. Zapraszamy do naszego pięknego miasta!

Ale inwestycje we Wrocławiu idą pełną parą. Wystarczy tylko rzucić okiem na pana media społecznościowe. Remont ulicy Pomorskiej, nowe nasadzenia na budowanej trasie autobusowo-tramwajowej na Nowy Dwór, budowa alei Wielkiej Wyspy czy prace przy budowie dwukierunkowej drogi dla rowerów na wiadukcie przy al. Armii Krajowej. Miasto nie zwalnia…

Rzeczywiście, mamy rekordowy budżet inwestycyjny, który planowaliśmy odpowiednio wcześniej. Dziś, niestety, nie byłoby nas stać na tak spektakularne projekty, zresztą podobnie inne samorządy. Dziś ze świecą szukać samorządu, który ma dodatnią nadwyżkę operacyjną. A to niezbędny element do podejmowania decyzji o inwestycjach, tym bardziej że koszty cały czas rosną.

Spójrzmy na Wrocław: realizujemy paczkę inwestycyjną na poziomie miliarda złotych i miasto już musiało znaleźć i do niej dołożyć 100 mln zł, aby zwaloryzować niektóre kontrakty.

I to nie jest jeszcze koniec, bo kolejni wykonawcy przychodzą po dodatkowe pieniądze. Zresztą ja to też rozumiem, ponieważ ich koszty inwestycji są zupełnie inne niż w momencie podpisywania umowy.

Wrocław, chyba jako pierwsze miasto w Polsce, wprowadza tzw. slow zone dla rowerów. Dlaczego są one potrzebne?

Miasto bardzo mocno postawiło na rozwój sieci dróg rowerowych. Tras przyjaznych rowerzystom jest już ponad 1400 km. Stąd wrocławianie bardzo chętnie korzystają z dwóch kółek praktycznie przez cały rok.

Chodzi nie tylko o zdrowy tryb życia i wygodę dojazdu do pracy czy szkoły, ale też o kwestie czystego powietrza. Samochody odpowiadają za ponad 20 proc. wrocławskiego smogu, dlatego jako miasto promujemy rowery.

W czasie pandemii zadecydowałem, że rowerami można wjeżdżać także do rynku, ale wszystko musi się odbywać w bezpieczny sposób. Stąd na rogatkach rynku ustawiliśmy specjalne znaki „slow zone”, z piktogramami symbolizującymi rowerzystę, który zamiast plecaka ma muszlę ślimaka.

Chcemy edukować i informować: po rynku wolno jeździć, ale małymi prędkościami i z zachowaniem szczególnej uwagi na pieszych. Nasza straż miejska również edukuje rowerzystów, na razie nie wlepia mandatów, lecz… wlepki ze ślimakami. Ufam, że takie działania prewencyjne przyniosą skutek.

Przecież rower jest wspaniałym środkiem transportu i wszyscy możemy się zmieścić – byle bezpiecznie i z dużą troską o innych użytkowników dróg.

Zmieńmy temat. Bezpartyjni Samorządowcy rejestrują partię polityczną o nazwie Tak! dla Polski, czyli taką samą, jak Ruch Samorządowy założony przez samorządowców, którzy wspierają opozycję. Nie należało zastrzec czy zarejestrować tej nazwy wcześniej?

To tak jak mówi prezydent Sopotu Jacek Karnowski: my, jako samorządowcy, nie mieliśmy ambicji budowania partii politycznej. Przypominam, że nasz ruch powstał w czasach covidu, kiedy pojawiło się wiele niewiadomych, a rozpędzający się PiS – delikatnie mówiąc – nie chciał być do końca partnerem dla samorządów.

Wówczas słabe były też notowania wszystkich partii opozycyjnych i stąd się wzięła idea tego ruchu, który powstał, zanim Donald Tusk wrócił do kraju. Nie mieliśmy ambicji rejestrowania swojej partii. A to, że Bezpartyjni Samorządowcy tak się zachowują i ordynarnie kradną nazwę, to mnie – jako dolnoślązaka – nie dziwi, bo to nie są ludzie, którzy mają czyste intencje.

Dla mnie ten krok z rejestracją takiej partii to wyraz bezradności i braku pomysłu na polityczną przyszłość, a także dowód, że ich projekt jest projektem słabym i muszą się uciekać do kradzieży nazwy.

Warto też wiedzieć, że pod wnioskiem o rejestrację partii podpisał się urzędnik, który jest jednym z dyrektorów w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Dolnośląskiego, którym zarządza Cezary Przybylski, koalicjant Prawa i Sprawiedliwości. To być może próba – zresztą nieudana i mało wyrafinowana – uwolnienia się z tej koalicji z PiS, w której tkwią już tak długo.

Reasumując: Bezpartyjni Samorządowcy to koń trojański. Podszywają się pod samorządowe wartości, których – jak to doskonale widać – na co dzień nie przestrzegają. To jest po prostu zwykła łobuzerka samorządowa. Osobiście jest mi bardzo przykro, że to się dzieje akurat na Dolnym Śląsku, a ci ludzie nie potrafią siąść do stołu i rozmawiać o tym, co naprawdę jest ważne dla naszych mieszkańców.

Z pana wiedzy – znani prezydenci dużych miast czy inni samorządowcy wybierają się do Senatu w ramach paktu senackiego?

Prace nad paktem senackim jeszcze trwają, ale część koleżanek i kolegów zadeklarowała chęć wsparcia tego projektu, tak jak to miało miejsce cztery lata temu, gdy startował Wadim Tyszkiewicz czy Zygmunt Frankiewicz. Nie mogę mówić o szczegółach, bo rozmowy są w toku. Ale mam nadzieję, że samorządowe doświadczenie moich kolegów i koleżanek, ich rozpoznawalność, która jest efektem dużego poparcia społecznego i pracy „blisko ludzi”, zostaną uwzględnione przez partie opozycji i samorządowcy znajdą się na listach. Nie tylko zresztą senackich, ale też na listach do Sejmu, bo dobry samorządowiec z sukcesami jest gwarancją dobrego wypełniania mandatu posła lub senatora.

Byli samorządowcy w parlamencie nigdy nie zawiedli, a jestem przekonany, że w nowej kadencji parlamentu nie tylko liczba i przewaga szabel będzie ważna, ale szczególnie jakość parlamentarzystów. A ci, którzy deklarują chęć startu w wyborach parlamentarnych, dają gwarancję wysokiej jakości pracy, gdy opozycja jesienią wygra.

Czemu to tak ważne? Tylko przypomnę o wydarzeniach na Górnym Śląsku, gdy Wojciech Kałuża zmienił barwy partyjne. Takie sytuacje nie mogą się w parlamencie wydarzyć, a presja będzie olbrzymia...

Pan też wybiera się do parlamentu? Przecież mógłby pan być niezłą lokomotywą wyborczą…

Nie, chociaż mam wrażenie, że niektórzy chcą mnie tam na siłę wysłać. Na razie mam dla nich złą wiadomość – zostaję we Wrocławiu, bo tu czuję się najlepiej, kocham nasze miasto i chcę dla naszych mieszkańców zrealizować jeszcze wiele ważnych projektów.

Jednocześnie oczywiście będę wspierał stronę opozycyjną, wszystkie środowiska, dla których ważny jest samorząd. Jesienne wybory są kluczowym momentem.

Są chętni na udziały Śląska Wrocław? Kiedy może dojść do sprzedaży?

W tej sprawie pośpiech nie jest wskazany. Trzeba być bardzo ostrożnym, bardzo rozważnym. W najbliższym czasie spotkamy się z podmiotem, który jest zainteresowany kupnem akcji Śląska, jednak nie jest to zwykła i prosta sprzedaż. Śląsk Wrocław to bardzo ważny miejski brand, to historia naszego miasta, ważny element tożsamości Wrocławia i wrocławian. Dlatego dokonując sprzedaży udziałów w klubie, musimy być w 100 proc. przekonani, że podmioty, które chcą kupić klub, mają czyste intencje i zależy im na rozwoju Śląska.

Orientuje się pan, ilu pracowników w urzędzie i instytucjach podległych miastu zarabia najniższą krajową, która od lipca rośnie do 3600 zł brutto, a od stycznia do 4242 zł?

W samym urzędzie nie mamy pracowników z takim wynagrodzeniem. Natomiast w niektórych jednostkach podległych czy w edukacji takie pensje występują.

Pozostało 97% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Okiem samorządowca
Piotr Grzymowicz: Powrót tramwajów do Olsztyna to bardzo znaczący sukces
Materiał Promocyjny
Wykup samochodu z leasingu – co warto wiedzieć?
Okiem samorządowca
Rafał Bruski, prezydent Bydgoszczy: Ten rząd traktuje samorządy po partnersku
Okiem samorządowca
Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni: To była najtrudniejsza kadencja
Okiem samorządowca
Tadeusz Truskolaski: Pieniądze unijne to środki na inwestycje, a nie na konsumpcję
Materiał Promocyjny
Jak kupić oszczędnościowe obligacje skarbowe? Sposobów jest kilka
Okiem samorządowca
Prezydent Gdańska, Aleksandra Dulkiewicz: Z pokorą podchodzę do wyborów