Jerzy Stępień: Politycy traktują samorząd jak przedłużenie swojej władzy

Prof. Jerzy Stępień jest współtwórcą reformy samorządowej z 1990 r. Uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu w grupie roboczej ds. samorządu terytorialnego. Sędzia, radca prawny, senator I i II kadencji, w latach 2006–2008 prezes Trybunału Konstytucyjnego
fot. Krzysztof Skłodowski / Fotorzepa

Samodzielna władza lokalna to podstawa demokracji, ale nie wszystko działa idealnie – ocenia prof. Jerzy Stępień, współtwórca reformy samorządowej z 1990 roku.

Podobno kwestia samorządu terytorialnego przy obradach Okrągłego Stołu nie była traktowana zbyt poważnie.

To prawda, nie była. Bo nikt nie wiedział, o co chodzi z tym samorządem. Po latach PRL pojęcie „samorząd” kojarzono może ze spółdzielczością, jakimiś komitetami osiedlowymi, ale nie z władzą, bo ta była jednoznacznie powiązana z państwem. Było nawet zagrożenie, że temat samorządu terytorialnego w ogóle nie będzie poruszany przy Okrągłym Stole, pomogła interwencja prof. Jerzego Regulskiego u Lecha Wałęsy.

Lech Wałęsa czuł samorząd, zależało mu na tym?

Najwyraźniej, bo jak relacjonował prof. Regulski, udało mu się wytłumaczyć istotę rzeczy. I to Lech Wałęsa zdecydował, że samorząd przy Okrągłym Stole musi być. Zwyciężył chyba taki argument, że skoro w czasie I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ Solidarność w 1981 r. został sformułowany postulat przywrócenia samorządu terytorialnego w Polsce, a my przy Okrągłym Stole jesteśmy reprezentacją Solidarności, to musimy walczyć o zrealizowanie wszystkich postulatów.

Skąd w ogóle ten postulat w programie Solidarności?

Szczerze mówiąc, nie wiem dokładnie. Natomiast dla mnie samorząd był ważny od zawsze ze względu na tradycje rodzinne. A po pogłębieniu wiedzy na ten temat, uznałem to wręcz za kwestię kluczową. Gdy prof. Bronisław Geremek pytał, w jakim zespole chciałbym pracować przy Okrągłym Stole, od razu wybrałem samorząd terytorialny. On dopytywał, czy aby na pewno, bo przecież ten samorząd w sumie nie jest taki ważny. Ale ja nie miałem wątpliwości, już wtedy wiedziałem, że jak zaczniemy budowę demokracji w Polsce od fundamentów, to się nam to jakoś uda. A jak będziemy bujać w obłokach, to nic z tego nie będzie.

CZYTAJ TAKŻE: Jadwiga Emilewicz: Z samorządem współpraca, nie konkurencja

Ale już premier Tadeusz Mazowiecki kładł nacisk na samorząd?

Po wyborach 4 czerwca, gdzie wybrano Senat w całkowicie wolnych wyborach, to już wszyscy uznali, że to ważne. Na pierwszym merytorycznym posiedzeniu nowego Senatu 29 lipca 1989 r. przedstawiane były różne koncepcje reform – gospodarczych, rolnictwa, edukacji, szkolnictwa wyższego, służby zdrowia. Wszystko wydawało się najważniejsze, ale po wystąpieniu m.in. prof. Regulskiego nikt nie miał wątpliwości, że najważniejszą rzeczą, na której Senat powinien się skupić, jest samorząd terytorialny. I od razu wtedy, 29 lipca, Senat podjął uchwałę, że przyjmuje na siebie obowiązek przygotowania odpowiednich projektów legislacyjnych. A gdy we wrześniu Tadeusz Mazowiecki został premierem, prof. Regulski został pełnomocnikiem rządu ds. reformy samorządowej.

FOT. KRZYSZTOF SKŁODOWSKI/FOTORZEPA

Dlaczego przywrócenie samorządu terytorialnego w Polsce było tak ważne?

Przede wszystkim dlatego, że przywracał nas ustrojowo w realia cywilizacji zachodniej. Bo wszyscy mniej więcej wiedzą, co to jest parlament, wszyscy wiedzą, że gospodarka rynkowa jest bardziej efektywna czy że media powinny być wolne. Ale tylko w Europie Zachodniej rozumie się, że podstawą tego wszystkiego, demokracji, jest władza lokalna. Bo 90 proc. spraw, które naprawdę mają wpływ na naszą codzienność, to sprawy lokalne, czyli to, gdzie mieszkam, szkoła, podstawowa opieka zdrowotna, szpital, dostawy wody, ciepła, odbiór śmieci i ścieków… To wszystko jest samorząd. A my jako społeczność lokalna musimy mieć wpływ na działania samorządu.

Bez samorządu nie ma prawdziwej demokracji?

Możemy mówić o wschodnim i zachodnim paradygmacie władzy publicznej. Na Zachodzie obywatele mają prawo kształtować władzę centralną i władzę lokalną, a władza lokalna jest samodzielna, centrum nie może się za bardzo wtrącać w ich sprawy. Na Wschodzie obywatele nie mają żadnego wpływu ani na kształt władzy centralnej, ani lokalnej, a wszystko, co się dzieje lokalnie, zależy od centrum. Wprowadzenie samorządu terytorialnego wpisuje nas w ten paradygmat zachodni. Kluczowe jest też nadanie samorządowi osobowości prawnej i przekazanie własności w odniesieniu do mienia komunalnego.

CZYTAJ TAKŻE: Cezary Trutkowski: Aktywność nie weszła nam w krew

No właśnie, bo w PRL było coś na kształt władzy lokalnej, czyli rady narodowe, do których nawet były wybory. Ale to nie był realny samorząd.

Nawet gdyby rady narodowe były wybierane uczciwie, a nie były, to i tak nie miały wiele do powiedzenia, bo nie miały osobowości prawnej i nie mogły decydować o mieniu komunalnym. Wówczas o wszystkim decydowało centrum. Dopiero nasza reforma z 1990 r. przyniosła realne zmiany. Ciekawe, że ówczesny wicepremier i minister finansów Leszek Balcerowicz nie był zachwycony, że proponuje mu się zupełnie inną rzeczywistości finansową, że 40 proc. finansów publicznych zostanie mu wyjętych spod kontroli. Ale po roku, gdy zobaczył, jak się zachowuje samorząd, jak prywatyzuje np. handel detaliczny, jak porządkuje system ksiąg wieczystych i na tej podstawie przyciąga inwestorów, oferując im realną własność, zmienił zdanie. I w swojej książce „800 dni” napisał, że samorząd jest OK.

Ostatnio też znalazłem w publikacji „100 esejów na 100 lat niepodległości” felieton prof. Marka Belki. Napisał on m.in., że reformą, która najgłębiej przeorała świadomość społeczno-gospodarczą i rzeczywistość w Polsce, była reforma samorządowa. Bo stworzyła prawdziwy pluralizm polityczny poprzez demokratyczne wybory, stworzyła możliwość inwestowania na uczciwych zasadach oraz otworzyła nas fantastycznie na Unię Europejską i absorpcję funduszy UE. Przyznam szczerze, że bardzo cenie tę opinię, bo to opinia kogoś całkowicie z zewnątrz.

CZYTAJ TAKŻE: Marszałek Mazowsza: Toczy się gra o łupy polityczne

Jeszcze w 1990 roku organizował pan pierwsze wybory samorządowe.

Gdy Sejm w marcu uchwalił reformę, chciałem wyjechać na urlop. Ale Tadeusz Mazowiecki poprosił mnie, bym przygotował te wybory. Powołanie na generalnego komisarza wyborczego dostałem 17 marca, a wybory miały być 27 maja. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak wielkie to wyzwanie. Że trzeba stworzyć nową rzeczywistość, zbudować cały nowy aparat wyborczy od góry do dołu. W pierwszej chwili wydawało mi się, że to zadanie niemożliwe do wykonania. Ale okazało się, że entuzjazm ludzi był tak nieprawdopodobnie duży, że kogokolwiek poprosiłem, natychmiast służył pomocą.

I koniec końców wszystko się udało. Podczas wyborów przyjechało kilkudziesięciu przedstawicieli Rady Europy, by je obserwować. Na koniec napisali sprawozdanie, a ostatnie zdanie brzmiało,
że były to wybory demokratyczne, wolne, sprawiedliwe i dobrze zorganizowane.

FOT. ROBERT GARDZIŃSKI/FOTORZEPA

A czy te pierwsze wybory do samorządów jakoś mocno różniły się od tego, co dziś znamy?

Prawdę mówiąc, sam akt głosowania w zasadzie niczym się nie różnił. Ale były to z wielu powodów prekursorskie wybory, a wiele rozwiązań, które wprowadziliśmy, np. zaangażowanie sędziów na wielu szczeblach aparatu wyborczego, zostało przejętych przez obecny system wyborczy.

Jaka była frekwencja?

Szczerze mówiąc, rozczarowująca. Byłem przekonany, że przy takich pierwszych w całości wolnych wyborach wyniesie jakieś 80 proc. A tu przychodzi południe i tylko ok. 20 proc., a na koniec dnia niecałe 42 proc.

Dziś jest niewiele lepiej. Z czego to może wynikać?

Chyba wciąż wśród wielu osób pokutuje poczucie, że ode mnie, od moich wyborów i tak nic nie zależy. Poza tym, jak mówi prof. Piotr Sztompka, największą barierą cywilizacyjnego rozwoju Polski nie są sprawy gospodarcze, finansowe czy prawne; największą barierą jest brak zaufania społecznego. Po 1990 r. frekwencja w wyborach samorządowych była jeszcze niższa niż 42 proc., dopiero w ostatnich sięgnęła 50 proc. I to moim zdaniem jest optymistyczne, bo pokazuje tendencję rosnącą.

CZYTAJ TAKŻE: Samorząd nie jest wrogiem

Jak pana zdaniem politycy dziś widzą samorząd?

Politycy większości rządowej raczej traktują samorząd jak przedłużenie swojej władzy i chcieliby nad nim panować. Wymownym przykładem jest fundusz dróg lokalnych, który znalazł się w rękach samego premiera.

Takie zakusy ma tylko rząd PiS czy każdy rząd?

W zasadzie każdy, w mniejszym czy większym stopniu.

Patrząc z perspektywy 30 lat – wszystko się z tym samorządem udało?

Co do zasady uważam, że to była najlepsza reforma, ale trzeba przyznać, że nie wszystko działa idealnie. Na przykład wprowadzenie bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów, prezydentów w 1998 r. okazało się moim zdaniem kontrproduktywne, ponieważ skupiło władzę w ręku jednostki, z wyraźnym pominięciem roli rady. Rady zostały zmarginalizowane, a to one miały być tą zasadniczą strukturą, która kolegialnie podejmuje decyzje o rozwoju i inne. Ten model został „zlikwidowany” pod hasłem, że władza gminy czy miasta jest mało stabilna, jeśli jest wybierana przez radę. Ale popatrzmy na powiaty czy województwa. Starostowie i marszałkowie są bardzo stabilni, a są wybierani przez radę czy sejmik.

Rzadko można się spotkać z krytyką wyborów bezpośrednich.

Bo partie polityczne są największymi zwolennikami tego rozwiązania. Bo politycznie łatwiej zapanować nad tym jednym funkcjonariuszem, który może być mniej lub bardziej popierany przez partię, niż nad całą radą. Zarówno ja, jak też prof. Regulski i prof. Kulesza ostrzegaliśmy w Sejmie, że to błąd, że idziemy w kierunku modelu władzy silnej jednostki. Wtedy nikt nas nie słuchał, ale dziś mamy całą masę raportów, że to się bardzo niekorzystnie odbiło na samorządności.

rp.pl

Widzi pan inne mankamenty czy problemy narosłe przez te 30 lat?

Można by długo wymieniać, ale wydaje mi się, że jednym z ważniejszych jest kwestia zagospodarowania przestrzennego. Z tym jest tragicznie, mamy chaos zabudowy, nieracjonalne plany zagospodarowania, które rodzą ogromne koszty itp. I rzecz, która mnie zdumiewana, to fakt, że do dziś o kształcie rozwoju polskich miast decyduje tzw. WZiZT, czyli decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. To jest moim zdaniem korupcjogenne. Nie chcę powiedzieć, że za każdym wydaniem takiej decyzji stoi korupcja, ale cały system jest obarczony takim ryzykiem.

Poza tym, co często podnoszą sami samorządowcy, mamy do czynienia z brakiem adekwatnego finansowania i ograniczania samodzielności w wykonywaniu zadań, czego najwyraźniejszym przykładem jest oświata.

Pana zdaniem potrzebny jest kolejny etap reformy samorządowej?

Jest potrzebny. Ale broń Boże nie wolno tego robić ad hoc, na zasadzie jakichś cząstkowych, punktowych rozwiązań. Trzeba mieć świadomość całości i dobrze przygotować taką kompleksową reformę. W Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej pracujmy nad takim projektem.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Pomoc będzie można zorganizować inaczej

Gminy będą mogły realizować zadania związane ze wsparciem osób potrzebujących lub rodziny, powołując w ...

Kora będzie mieć swój skwer w Krakowie?

Krakowianie z dzielnicy Zwierzyniec chcą, aby bezimienny dotąd skwer u zbiegu ulic Prusa i ...

Gliwickie lotnisko rozwija skrzydła

Przed wojną z lotniska w Gliwicach latano do Odessy, Teheranu, Hamburga, Londynu i Wiednia. ...

Mieszkańcy w centrum uwagi

Większość miast zwiększyła w 2018 roku wydatki promocyjne, kierując swoje działania głównie do lokalnej ...

Finał konkursu “Samorządowy Lider Zarządzania 2020” lada chwila

Konferencja podsumowującą konkurs „SAMORZĄDOWY LIDER ZARZĄDZANIA 2020: SAMORZĄD JAKO PRACODAWCA – Dialog społeczny dla ...

Szpital zakaźny z budżetu RPO

Blisko 20 mln zł wsparcia dla szpitali, nowy tomograf dla szpitala wojewódzkiego i co ...