Podkowa Leśna jest już takim inteligentnym miastem współtworzonym przez mieszkańców, o jakie pan zabiegał od lat?

Cały czas jesteśmy na dobrej drodze. Tworzenie inteligentnych miast w procesie uspołecznionym z założenia, w zderzeniu z rzeczywistością, ewoluuje. Pewne elementy znikają z uwagi na brak społecznej potrzeby czy akceptacji, inne się pojawiają.

Zaraz uruchamiamy dedykowane e-usługi dla podkowian. Pełną, zdalną komunikację z urzędem, ale też bazę danych o poszczególnych mieszkańcach – dla samych mieszkańców (podatki, płatności, należności, sprawy itp.).

Jakie najważniejsze rozwiązania z zakresu smart city udało się w mieście wdrożyć?

Pięć lat temu stworzyliśmy system zdalnego odczytu wodomierzy, później zarządzania pompowniami ścieków. W tej chwili modyfikujemy system na bazie zebranych doświadczeń, aby obniżyć koszty.

Kilka lat temu wymieniliśmy w mieście wszystkie oprawy na ledowe. W tej chwili modernizujemy sterowanie i zegary, wprowadzamy zdalną i pełną automatykę. To też przyniesie oszczędności, co przy rosnących cenach prądu jest nie bez znaczenia.

Realizujemy system mający na celu niezależność energetyczną gminy, oczywiście w ramach ograniczeń, jakie mamy. System oparty na alternatywnych źródłach energii, fotowoltaice, magazynach energii – dlatego modernizujemy układy zasilania w ciepło na hybrydowe, oparte na pompach ciepła. Dążymy do stworzenia wirtualnej elektrowni i takiej rozbudowy wewnętrznych instalacji, aby możliwe było przesyłanie nadwyżek tam, gdzie będą potrzebne, bez udziału państwowego monopolu.

Usługi, o których wspomniałem, pozwolą, by każdy mieszkaniec miasta – po zalogowaniu się do systemu – miał wgląd w swoje zużycie wody, płatności za odpady, kanalizację, podatki, ale i np. kwatery na cmentarzu. System bezkosztowo przypomni o terminach płatności. Będzie można dokonać płatności, czy podejrzeć, jak wygląda moja sprawa w urzędzie miasta.

Część osób pewnie nie będzie z tego korzystała, ale większość mieszkańców skorzysta z tych usprawnień i dogodności. Lockdowny, praca zdalna tylko przyśpieszyły wdrażanie tego typu rozwiązań. Cały system będzie wykorzystany.

Na początku roku mówił pan też, że modernizacja centralnego ogrzewania, instalacja pomp ciepła zasilanych w dużej mierze z paneli PV, budowa magazynów energii, jak i budowa niezbędnych przyłączy elektrycznych i sieci wydają się koniecznością nie tylko dla kilku obiektów, ale dla całego miasta. Uda się to wprowadzić?

Mieszkamy w lesie i nie mamy tu powierzchni, które są dobrze nasłonecznione. Ale i tak po wybudowaniu fotowoltaiki będzie ona w stanie zaspokoić ponad 60 proc. naszego rocznego zapotrzebowania na energię elektryczną. Dotyczy to wszystkich budynków miejskich, oświetlenia ulic, pompowni ścieków i stacji uzdatniania wody.

Już pracujemy nad zmagazynowanien tej energii, nieoddawaniem jej w szczytowym momencie produkcji do sieci PGE – i tym samym sprzedażą po bardzo niskiej cenie – tylko przetrzymaniem jej chociaż o te parę godzin, żeby zwiększyć efektywność systemu. Ale do tego są nam potrzebne odcinki krótkich sieci wewnętrznych. I to realizujemy. Myślę, że cały system będzie działał dopiero od przyszłego sezonu grzewczego. To proces, nakłady. Same przygotowania też trwają.

Do końca roku wybudujemy PV, a w I kwartale 2023 r. zmodernizujemy większość kotłowni: będą wyposażone w pompy ciepła. Magazyny energii – tu szukamy wsparcia finansowego, bo to jest jak na razie bardzo drogie rozwiązanie, choć ich efektywność będzie zależała od cen prądu.

Te działania obniżą rachunki?

One powinny nam drastycznie obniżyć rachunki za prąd. Kilka lat temu udało nam się za jednym zamachem wymienić wszystkie oprawy świetlne na ledowe – wtedy rachunki nam spadły prawie czterokrotnie.

Jeszcze nie wróciliśmy do poziomu rachunków za energię, jakie płaciliśmy w 2015 czy 2016 r. Ale kolejne zapowiadane podwyżki powodują, że koszty energii czy gazu będą znaczącą pozycją w budżecie miasta. Nasze działania to konieczność, nie tylko ekologia. Myślę, że w skali roku da to oszczędności ok. 0,5 mln zł – jak na małą Podkowę, która ma budżet w wysokości 34 mln zł, to sporo. Inwestycje powinny zwrócić się w cztery–pięć lat.

Na początku roku mówił pan, że zmiany w systemie podatkowym dokonywane na przestrzeni ostatnich trzech lat doprowadziły do utraty ok. 4 mln zł z budżetu. Ale Polski Ład to kolejne zmiany. Straty wzrosną?

Myślę, że tak. Dochody budżetu państwa z PIT cały czas rosną, a miasta zatrzymały się na poziomie 2018 r. Te dane publikuje Ministerstwo Finansów. I na tej podstawie, robiąc prostą analizę, można policzyć, że gdyby nie mieszanie w systemie dochodów samorządów, na dzień dzisiejszy mielibyśmy budżet o 4–6 mln wyższy, niż mamy. W tym roku te straty to ok. 6 mln zł. W zeszłym były 4 mln, a w 2020 – 2 mln zł. I razem mamy już 12 mln.

Dodatkowo, niższe subwencje oświatowe przez włożenie do algorytmu współczynnika dochodowości. Pomijam kwestię konstytucyjnej gwarancji równego traktowania w tym wypadku nieletnich.

Polski Ład to będą kolejne straty. Kolejne miliony. Jest jeszcze widoczna tendencja odpływu podatników poza polski system podatkowy. Nie mam pełnych danych, ale to są ogromne pieniądze. Subwencje wyrównawczo-rozwojowe nie załatają tej dziury, bo sama subwencja jest pięciokrotnie niższa niż ubytki w dochodach z tytułu zmian w PIT. Dodam, że zapowiadana subwencja rozwojowa ma być wypłacona jednorazowo, a straty budżetowe notujemy co rok.

Gdzie miasto tnie wydatki?

Już kilka lat temu zaczęliśmy optymalizować wydatki, zmieniać strukturę kosztów. Oszczędności objęły wszystko: od usług telekomunikacyjnych po te związane z energią, teraz gazem, oświatą, sposobem organizacji stołówek w szkole i przedszkolu. Niestety, tniemy też teraz wydatki bieżące związane z materiałami, szkoleniami, promocją.

Nie możemy ciąć płac, bo płace np. w oświacie nie zależą wcale od samorządu. Przykręcenie kurka w płacach skończyłoby się odpływem pracowników. Jest też pensja minimalna.

Ucierpią inwestycje i potrzeby wyższego rzędu, czyli dotacje do centrum kultury, biblioteki. Nie będą tak satysfakcjonująco duże, jak chcieliby ich dyrektorzy.

Mieszkańców czekają podwyżki?

Na pewno w podatkach od nieruchomości, one są indeksowane o wskaźnik inflacji – to będzie minimum 16 proc. Przez kilka lat te opłaty praktycznie nie wzrastały. Nawet spadały, bo była deflacja. Teraz wzrosną.

Kolejną rzeczą, która może podrożeć, będą odpady komunalne. Od kilku lat mamy stabilny system, stałą cenę i praktycznie system się u nas bilansował, ale ceny energii elektrycznej i paliwa zmuszą firmy odbierające odpady do podniesienia stawek. To się odzwierciedli w przetargach.

Zobaczymy jeszcze, jak będzie ze stawkami za wodę i kanalizację. Wody nie da się uzdatnić, a ścieków oczyścić bez prądu. Wody Polskie nie mogą zakłamywać rzeczywistości. Podwyżki nośników energii, inflacja, płaca minimalna uderzą w JST. Widzimy, co się z dzieje z Odrą: instytucja utworzona dla ochrony wód zajmuje się wszystkim, tylko nie swoimi własnymi obowiązkami. Nie działa tak, jak powinna.

Na oświacie chyba się nie da oszczędzać.

Każdy samorząd dba o oświatę. My „dokładamy” do dodatkowych lekcji języka polskiego, matematyki, angielskiego, klas dwujęzycznych, innych zajęć dodatkowych. Mamy świadomość wartości edukacji. Te przywileje, wypracowane wraz ze środowiskami reprezentującymi społeczności szkół, mogą być zagrożone. Te działania nie mieszczą się w subwencji oświatowej. To pieniądze tylko samorządu, czyli mieszkańców.

Podejrzewam, że gminy, które nie będą w stanie zrównoważyć budżetu – może nie w 2023 r., ale w kolejnym, bo znowu na rok przedłużono samorządom możliwość przekroczenia wskaźników zadłużenia – nie będą miały wyjścia i takie wydatki będą ciąć na potęgę. Jest to czarna wizja, bo bez niezależności finansowej traci się możliwość decydowania o własnych sprawach.

Czy w Podkowie Leśnej nie zapomina się o infrastrukturze dla rowerzystów przy budowie i modernizacji dróg?

Niestety, w Podkowie Leśnej – przez to, że mamy układ urbanistyczny wpisany do rejestru zabytków i jest on niezmienny – nie jesteśmy w stanie wydzielić dodatkowych, dedykowanych dróg dla rowerzystów. Mamy za wąskie pasy drogowe.

Poszliśmy w stronę zmniejszenia prędkości dopuszczalnej na ulicach, pogodzenia potrzeb rowerzystów i użytkowników pojazdów mechanicznych na jezdniach. Wprowadzamy gdzie się da elementy bezpieczeństwa, jak sygnalizatory nadjeżdżającego auta, sugerowane pasy rowerowe, wysepki czy infrastrukturę towarzyszącą. Zbudowaliśmy wiaty zadaszone na stacjach przesiadkowych dla rowerów. Obiekty sportowe, jak pumptrack czy skatepark, urządzenia naprawy rowerów. Ta infrastruktura przez ostatnie kilka lat na pewno się polepszyła, ale nie jest to rozwiązanie modelowe, bo musi być dopasowane do ograniczeń, jakie tu mamy.

Na co miasto wyda 3 mln zł przyznane za najwyższy w Polsce poziom wyszczepienia mieszkańców na koronawirusa?

Cztery lata temu opracowaliśmy projekt budynku wielofunkcyjnego użyteczności publicznej. Takiego administracyjno-gospodarczego z archiwum. Teraz dyskutowaliśmy, co zrobić z wygraną. Być może przy małej modyfikacji tego projektu i dodatkowych środkach otworzylibyśmy centrum dzienne szeroko rozumianej profilaktyki postcovidowej, przeciwdziałania skutkom społecznym, gospodarczym i zdrowotnym. Z takim rozbudowanym elementem aktywizacji gospodarczej.

Pan też uważa, że samorządowcy powinni mocniej angażować się w politykę?

Myślę, że nie mają wyjścia.

Dlaczego?

Obecna formacja rządząca ma tendencję do wasalizacji wszystkiego, co niezależne i indywidualne, kierujące się innym niż linia partyjna interesem. Tendencję do rozmywania transparentności i ram równego dostępu do zasobów i ich redystrybucji. To, co się w Polsce dzieje, pozbawione jest jakichkolwiek ram czytelnych dla wszystkich. Zabiera się kompetencje, władztwo mieszkańcom przez ograniczanie samorządów, ogranicza się dochody. A jeśli ktoś nie będzie miał dochodów, nie będzie mógł w sposób pełny zaspokoić swoich potrzeb, będzie musiał „pójść po prośbie”. Stanie się wasalem lub niechcianym klientem, a wtedy rachunek za indywidualizm może być wysoki. Wszyscy widzą, że bez ram, jasnych kryteriów nie ma obiektywności w dzieleniu środków. Trwa proces degradacji państwa. Szczebel samorządowy się broni, ale administracja rządowa uległa pełnemu upolitycznieniu, sposób podejmowania decyzji i wpływania na decyzje administracyjne jest już skandaliczny. Samorządowcy, nawet gdyby nie chcieli, są zmuszeni do jasnego opowiedzenia się po stronie dobra wspólnot, które reprezentują.

Ta władza traktuje ich jak wrogów państwa. Znamy te schematy z przeszłości i ja nie chcę pogłębiania tej patologii. Większość moich koleżanek i kolegów też nie.

Jestem 50-latkiem i coś ze stanu wojennego pamiętam, ale tak ręcznego sterowania niektórymi sprawami jak teraz, to jeszcze nigdy w Polsce nie było.

Wybory samorządowe wiosną 2024 r. to dobry pomysł?

Kadencja samorządów i tak została wydłużona do pięciu lat. Z uwagi na dynamikę, popadanie w rutynę, zmęczenie majstrowaniem z wydłużaniem kadencji jest niekorzystne. Obecne manipulowanie w ordynacji czy zmienianie dat ma czysto polityczny wymiar. To się nie broni merytorycznie, dlatego z uwagi na stabilność i zaufanie do państwa należy to oceniać jako złe.

Nie wiem, czym to się skończy. Później może się okazać, że obecna partia rządząca – gdyby wygrała kolejne wybory – nagle stwierdzi: daliśmy w ostatniej kadencji samorządom sześć lat, to teraz następnym skróćmy kadencję do czterech. To kompletny brak stabilizacji. Wybory samorządowe są najtrudniejsze ze wszystkich organizowanych głosowań. Najtrudniejsze dla samorządów pod względem organizacyjnym i zaangażowania własnych zasobów.

Myślę, że można by je było pogodzić, albo w krótkim czasie skoordynować, z innymi wyborami. Pamiętajmy, że wiosną 2024 r. są wybory do europarlamentu.

Wtedy się okaże, że okręgi wyborcze się nie pokrywają w jednych i drugich wyborach, i że mamy połowę 2024 r. albo jesień. To ogromnie długa kadencja.

A sam pan będzie walczył o kolejną kadencję w samorządzie?

Dopóki nie będzie terminu wyborów, nie będę o tym myślał. Myślenie o kampanii wyborczej powoduje pewne rozprężenie, zwłaszcza gdy podejmuje się decyzję o niekandydowaniu. A nie chciałbym zwalniać obrotów.