Gdynia jako pierwsze miasto w Polsce dopłaci niektórym mieszkańcom do zakupu roweru elektrycznego. Nabór wniosków wystartował 10 czerwca. Dużo było chętnych?

Spodziewaliśmy się dużego zainteresowania ze strony mieszkańców, ale ostatecznie przerosło ono nasze oczekiwania. Wnioski o udzielenie dotacji rejestrowane i rozpatrywane będą w kolejności wpływu, aż do wyczerpania środków finansowych przeznaczonych na ten cel w danym roku budżetowym. I planujemy kolejne dotacje na zakup roweru elektrycznego.

Dlaczego miastu zależy, by mieszkańcy kupowali elektryczne rowery?

Mam nadzieję, że przesiadanie się na rowery to trend, który będzie się u nas rozwijał. Bardzo często patrzymy na takie miasta jak Kopenhaga – gdzie poziom mobilności rowerowej jest nieporównywalnie większy niż w polskich miastach. Tyle że ten proces w takich miastach jak Kopenhaga zaczął się na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku. I dziś przynosi on efekty.

Ale w Gdyni, a w sumie w całym Obszarze Metropolitalnym Gdańsk-Gdynia-Sopot, nie działa rower publiczny. I to już kolejny rok.

Rower publiczny nie działa, ale jesteśmy w trakcie procedury wyłaniania wykonawcy. Myślę, że wiosną przyszłego roku system będzie już funkcjonował. Zarówno rower indywidualny, jak i rower publiczny to elementy budowania infrastruktury odpowiadającej na takie właśnie zainteresowanie mieszkańców.

W ubiegłym roku w Gdyni wybudowano 785 m nowych dróg rowerowych, wyznaczono ok. 1,5 km pasów ruchu dla rowerów i wyremontowano 200 m dróg rowerowych. Poza tym uruchomiono kontraruchy rowerowe na 29 ulicach o łącznej długości 8 km. A jak w tym roku wygląda kwestia nowych dróg i ścieżek rowerowych w Gdyni?

W tym roku zrealizowanych – albo w trakcie realizacji – jest 7,5 km dróg dla rowerów. Jesteśmy w momencie bardzo silnego przeformatowania polityki inwestycyjnej. Myślę, że przyszłość będzie taka, że inwestycji rowerowych będzie proporcjonalnie więcej do liczby realizowanych projektów drogowych.

Trwa właśnie opracowywanie strategii miasta dotyczącej budowy całej sieci transportowej w Gdyni. Chcemy, żeby to był głos ekspercki, który będzie się potem przekładał na strategię rozwoju komunikacji rowerowej w naszym mieście.

A w ślad za tym chcemy dokończyć budowę całego kręgosłupa komunikacyjnego. Już teraz po Gdyni w wielu miejscach znakomicie się jeździ rowerami, ale chcemy tę sieć rozwijać. Jeżeli mówimy o przyszłości i zmianie zachowań komunikacyjnych, to infrastruktura dróg rowerowych jest tu kluczowa.

Pod koniec maja Gdynia dostała 40 mln zł w ramach drugiej edycji rządowego programu inwestycji strategicznych.

Otrzymaliśmy 40 mln zł, ale wskutek wprowadzenia Polskiego Ładu budżet Gdyni traci ok. 140 mln złotych. To jedna trzecia tego, co stracimy.

Będziemy oczywiście wpisywać się w każdy z projektów kolejnych edycji, żeby te środki pozyskiwać. Ale trzeba mieć świadomość, że ten sposób dzielenia środków dla samorządów jest zły – bo jest, krótko ujmując, mechanizmem centralnego rozdawnictwa.

I trochę niesprawiedliwy, bo liczący ok. 170 tys. mieszkańców Olsztyn dostał w drugiej edycji jedynie 5 mln złotych.

To jest bardzo niesprawiedliwy system. Jest mocno uznaniowy. To jest system, który szczególnie duże miasta pozbawia środków, które były w budżecie, a które im zabrano. Dzięki tym środkom mogliśmy realizować przedsięwzięcia inwestycyjne, a nie mając ich – ustawiamy się w roli petentów do centrali, która nam je oddaje, ale tylko w części.

Są przypadki, w których ta rażąca niesprawiedliwość jest jeszcze większa niż w Gdyni.

Kiedy te inwestycje mogą się rozpocząć? Czy miasto nie ma problemu z wykonawcami czy rosnącymi cenami materiałów budowlanych?

To jest gigantyczny problem. Nie trzeba być tu ekspertem. Każdy z nas widzi, jak rosną koszty: i osobowe, i koszty materiałów budowlanych, ich dostępność.

Na razie dostajemy oferty w przetargach, które są zbliżone do wartości naszych kosztorysów, które też trzeba rzetelnie, na miarę, przygotować dla każdego rozpoczynającego się przetargu, aby były aktualne. Tylko wtedy firmy będą odpowiedzialnie do tego podchodzić.

A jak zwiększy się liczba projektów, to powstaje bardzo trudna do przewidzenia sytuacja. Szczególnie dotyczy to tych większych inwestycji, które trwają dłużej i wiążą się z większym ryzykiem dla wykonawcy – trudniej szacować realnie koszty, które ponieść trzeba za rok czy półtora, gdy będą realizowane kolejne fazy danego projektu. Przewiduję bardzo poważne turbulencje w tym zakresie.

Miasto liczyło już, ile więcej niż w 2021 r. zapłaci za drożejącą energię elektryczną i gaz? Jeśli nie będzie wsparcia z budżetu państwa – jak to wpłynie na samorządy?

Ceny zakupu energii w roku 2022 wzrosły o ok. 60 proc. względem roku 2021. Prąd kupujemy w systemie grupy zakupowej, skupiającej bardzo wiele gmin i podmiotów. Ale i tak wzrost kosztów jest gigantyczny.

To jest druga strona medalu, która dopada dzisiaj finanse samorządowe. Z jednej strony mamy obcięte dochody miasta i to w sposób niezwykle radykalny, a z drugiej strony rosną koszty, zwłaszcza energii elektrycznej, ale też koszty osobowe – poprzez podniesienie płacy minimalnej, która w wielu instytucjach jest elementem budującym wysokość budżetu.

Przerażające jest to, jak rosną koszty energii cieplnej, bo trudno nawet szacować je, zarówno w zakresie infrastruktury miejskiej, jak i tej, która dostarcza ciepło do odbiorców indywidualnych.

Dostępność i cena węgla czy innych paliw powodują, że wchodzimy w spiralę zwiększających się kosztów, a próba przewidywania ich finalnie jest po prostu niemożliwa.

Jak to wpłynie na samorządy, jeśli nie będzie wsparcia z budżetu państwa?

To się wszystko przekłada na bieżące koszty funkcjonowania. I dzisiaj każdy budżet samorządu musi być bilansowany w kilku perspektywach, m.in. dochody bieżące muszą bilansować się z wydatkami bieżącymi.

Jeżeli zabiera się nam dochody z PIT-u, które są dochodami bieżącymi, to my musimy dokładnie o tyle proporcjonalnie ograniczać wydatki bieżące. A jeżeli w tych wydatkach bieżących pojawiają się dodatkowe, tak gigantyczne, wzrosty kosztów, to sytuacja wygląda dramatycznie.

Czy droga energia elektryczna, cieplna, wysoka inflacja przekładają się na wzrosty cen usług komunalnych czy rezygnację z miejskich imprez bądź inwestycji?

To jest także problem polityki społecznej. Sytuacja budżetów rodzinnych i wzrost kosztów ogrzewania są dziś gigantycznym problemem każdego gospodarstwa domowego, bez względu na to, z jakiego źródła pochodzi ogrzewanie.

Zapowiedziana kilka dni temu przez minister klimatu struktura dotycząca wsparcia przy nabywaniu węgla przez odbiorców indywidualnych czy wspólnoty mieszkaniowe nie wskazała możliwości dofinansowania zintegrowanych systemów cieplnych, które dotyczą większości mieszkańców takich miast jak Gdynia, gdzie źródło produkuje energię cieplną, a potem miejska spółka to ciepło transportuje.

A kolejna rzecz, że te koszty podlegają regulacji przez Urząd Regulacji Energetyki. Bardzo wyraźnie rosną ceny na rynku, brak jest wyraźnie określonego narzędzia dofinansowania, przy czym sztywny taryfikator ustalany jest zewnętrznie.

To powoduje, że rosną ceny dla mieszkańców i dramatycznie zmienia się sytuacja operatora, który ciepło dostarcza, czyli komunalnej spółki. Istnieje poważne ryzyko, że koszty pozyskania ciepła, które są rynkowe, i koszty zbywania tego ciepła, które są regulowane, spowodują poważne niedobory w finansach spółek komunalnych.

Coraz głośniej mówi się o zmianie terminu wyborów samorządowych z jesieni 2023 r. na wiosnę 2024 r. Pana zdaniem, jako wieloletniego samorządowca, to dobry ruch, czy jednak niekoniecznie?

Taki ruch na koniec kadencji, w mojej ocenie, podważa zaufanie obywateli do władzy publicznej. Kalendarz wyborczy jest częścią mechanizmu demokratycznego dotyczącego aktu wyborczego, czyli demokracji – naszego przekonania, że każdy mieszkaniec może mieć wpływ na to, jak wygląda jego władza, nie tylko na poziomie krajowym, ale też w wymiarze lokalnym. I taka decyzja na koniec kadencji wyraźnie zaufanie podważa.

Oczywiście, można ekspercko prowadzić dyskusję, czy termin wyborów wiosennych jest lepszy od terminu jesiennego. Jednak gdyby tego typu przesłanki legły u podstaw rozmowy, to ona powinna być prowadzona na początku kadencji.

A mamy do czynienia ze zmianą ustrojową, bo po raz pierwszy samorząd ma tak długą kadencję – pięcioletnią – a od początku było widać, że termin wyborów będzie zbieżny i bliski wyborów parlamentarnych. I wtedy można było to rozstrzygnąć.

Wtedy to rozstrzygnięcie byłoby oceniane wyłącznie w ramach poprawności ustrojowej. A dziś rodzi poważny niepokój co do politycznych przesłanek kreowania tego typu decyzji.

Zwłaszcza że na wiosnę 2024 r. będą też wybory do europarlamentu.

A wtedy też mogłoby się zrodzić przekonanie, że wybory samorządowe należy znowu przesunąć. Wydaje mi się, że powinniśmy budować zaufanie wokół instytucji demokratycznych, a do tego jest wymagane przestrzeganie reguł.

Niedawno został pan wybrany na nowego prezesa Obszaru Metropolitalnego Gdańsk- Gdynia-Sopot i już zapowiedział pan, że będzie zabiegać o ustawę metropolitalną dla Pomorza. Dlaczego ona jest ważna?

Mamy dobre doświadczenie we współpracy metropolitalnej. Robimy to od lat w różnych formułach. Mamy stowarzyszenie, które jest takim integratorem działania, a przede wszystkim jest znakomitą płaszczyzną dialogu między wszystkimi gminami – i tymi najmniejszymi, i tymi największymi z naszego obszaru metropolitalnego.

Potrzebujemy tej ustawy, bo w ślad za nią – tak jak w przypadku metropolii śląskiej – idą środki finansowe na integrację komunikacji. Szczególnie w takich czasach jak dziś te pieniądze są niezbędne, żeby tworzyć lepszą, przyjaźniejszą, przystępniejszą finansowo ofertę komunikacji miejskiej.

Jeżeli nasi mieszkańcy, stając za każdym razem przed dylematem tankowania do swojego samochodu, będą wybierać komunikację miejską, to ona musi być przystępna, atrakcyjna i dobrze zorganizowana. A związek komunikacyjny jest bardzo sprawnym narzędziem do tego, by to wspierać, i daje dodatkowe dochody, które by pomogły w tym, by tę wartość zaoferować, a jednocześnie będzie wyższym poziomem organizacji i współpracy.

W tym roku, po dwóch latach przerwy, w tradycyjnej formie wraca Open’er. Wybiera się pan na koncerty?

Wpadnę, choć nie należę do pokolenia, dla którego dedykowana jest ta muzyka. Open’er to gigantyczne wyzwanie organizacyjne, logistyczne, ale też doświadczenie społeczne, pewna forma bycia ze sobą. Na pewno pojawię się na Open’erze i coś sobie wybiorę do posłuchania, ale to nie jest dla mnie najważniejsze z perspektywy gospodarza tego miasta.