Człowiek o tysiącu głosach

Michał Grobelny, wokalista, którego twarz brzmi znajomo w wielu programach muzycznych, opowiada o szczecińskich korzeniach, „Notre Dame de Paris”, oraz niezwykłej płycie nad którą teraz pracuje.

Publikacja: 20.07.2017 22:30

Rz: Pana udział w programie „Twoja twarz brzmi znajomo” przypomina syndrom Ivo Pogorelicia. Młodszym wyjaśniam, że to nazwisko pianisty, któremu porażka w Konkursie Chopinowskim dała większą popularność i uznanie niż zwycięzcy konkursu. Od początku był pan przecież faworytem czwartej edycji programu.

Michał Grobelny: Udział w tym programie był dla mnie ważnym doświadczeniem i to liczyło się najbardziej. Fakt, że zabrakło mi zaledwie kilku punktów, by znaleźć się w finale, nieco wszystkich zaskoczył, zwłaszcza całe jury. Ale matematyka jest matematyką. Dostałem za to tyle wyrazów poparcia od telewidzów i ekipy, że zawsze bardzo mile będę wspominał tamtą przygodę.

To nie pierwszy zresztą raz, kiedy ma pan takie „zezowate szczęście”. W „The Voice of Poland” zachwycił pan Edytę Górniak, Marię Sadowską, Marka Piekarczyka oraz Barona i Thomsona, a jednak doszedł pan też tylko do półfinału.

Mam, jak widać, jakiś syndrom półfinału, bo podobnie było z „Mam talent”. W „Szansie na sukces” z piosenkami Mietka Szcześniaka doszedłem do finału i zaśpiewałem w Sali Kongresowej, ale było to moje drugie podejście do programu.

Pierwsze pan przegrał?

I tak, i nie. Jako nastolatek dobrze wypadłem na eliminacjach, ale producentka zauważyła potem, że przyszedłem z tatą, który wszedł ze mną do sali castingowej, i ku jego zdumieniu postanowiła jego zaprosić.

I wtedy zrozumiał pan, że w telewizji przede wszystkim liczy się show.

To na pewno. Jednak cieszyłem się, że tam się znalazł. Bardzo mi się podobało, jak zaśpiewał.

Skoro wspomniał pan o tacie, to wróćmy na chwilę do dzieciństwa spędzonego, co zawsze pan podkreśla, w Szczecinie.

Tato bardzo mnie wspierał i chciał, bym zajmował się muzyką, więc gdy zacząłem śpiewać i grać, przyjął to z wyraźną satysfakcją. Muzyką nie zajmował się zawodowo, ale zawsze stanowiła jego hobby. Gra na basie i gitarze, a w młodości występował w różnych zespołach.

Ma pan dość wszechstronne wykształcenie muzyczne…

Zawsze chciałem być multiinstrumentalistą. Tato, widząc, jak jako dziecko garnki i przykrywki staram się zamienić w perkusje, kupował mi do tego pałki, by wyglądało to bardziej profesjonalnie. I tak, kiedy waliłem w te garnki, uznano, że powinienem spróbować zająć się muzyką na poważnie. Uczyłem się więc prywatnie, potem poszedłem do szkoły muzycznej, gdzie grałem na fortepianie klasycznym, ale ponieważ nie czułem zbytniej więzi z klasyką, kiedy nauczycielka wychodziła z pokoju, improwizowałem po swojemu. Rodzice przenieśli mnie więc ze szkoły I stopnia z fortepianu klasycznego na II stopień, gdzie jest wokalistyka jazzowa. I tam już czułem się komfortowo. Miałem szczęście, że uczyła mnie pani Jola Szczepaniak, jedna z najlepszych wokalistek jazzowych w Polsce i ceniony pedagog. Jazz bardzo mnie wciągnął, ale jednak muzyka rozrywkowa cały czas powracała.

Ma pan w Szczecinie jakieś szczególnie ulubione miejsca?

Ja po prostu lubię przechadzać się po Szczecinie, najbardziej chyba lubię parki. Duży sentyment mam do parku Kasprowicza, lubię tam przesiadywać, odpoczywać i spędzać wolny czas.

W „Twoja twarz brzmi znajomo” zachwycał pan niebywale precyzyjnym przygotowaniem postaci. Już w pierwszym wieczorze, gdy śpiewał pan Marylę Rodowicz, nie było ani cienia pastiszu.

Bardzo pomogły ogolone nogi (śmiech). Każde małe dziecko, które chce zajmować się muzyką, musi sobie znaleźć idola. Dla mnie był nim Mietek Szcześniak, śpiewałem tylko jego piosenki. Nawet znajomi mówili o mnie „mały Szcześniak”. Właściwie od dzieciństwa lubiłem naśladować różne głosy. Do dziś mam coś takiego, że jak słucham nowych wokalistów z charakterystyczną barwą głosu, to ciekawi mnie, jak śpiewają i czy ja potrafiłbym zaśpiewać tak jak oni.

Aretha Franklin, Michael Jackson, Piasek czy Sting pokazali, że w programie „Twoja twarz brzmi znajomo” czuł się pan jak ryba w wodzie.

Niektóre postaci były dla mnie twardym orzechem do zgryzienia. Nie mówiąc o kobietach, największym wyzwaniem był Bruce Dickinson, osobowość charyzmatyczna z niebywałą skalą głosu. Padłem na tym wykonaniu, bo miałem chore gardło, nadwerężone przez liczne wyjazdy. A był to okres, kiedy bywało, że spałem tylko jedną godzinę.

Dużym wyzwaniem jest z pewnością postać Quasimodo w gdyńskim „Notre Dame de Paris”.

To jakieś niezwykłe zrządzenie losu, spektakl legenda. Wersję z 1998 roku oglądałem jako dziecko z otwartą buzią i szerokimi oczami. Wtedy usłyszałem po raz pierwszy o Garou jako artyście. I oto teraz po latach ta sama grupa francuskich twórców przybywa do Gdyni, a ja gram postać, w którą wcielał się właśnie Garou.

Wspiął się pan więc na szczyt, a potem był upadek… dość bolesny zresztą.

Do dziś mam po nim niewielką bliznę. Na jednym ze spektakli w scenie, gdy jako Quasimodo schodzę po drabince, w którymś momencie nie poczułem gruntu pod nogą i zleciałem kilka metrów w dół. Poczułem jakiś blask, mocne uderzenie, uznałem, że jednak żyję, i mając świadomość, że zaczynał się mój numer, zacząłem śpiewać. Krew spływała mi nad rozciętym łukiem brwiowym i ponoć wyglądało to dość poważnie.

I trzeba było przerwać spektakl.

Nie. Kiedy zaśpiewałem i wyszedłem za kulisy, czekała na mnie pielęgniarka z opatrunkiem. Kategorycznie zabroniła dalszego wyjścia na scenę. Oczywiście musiałem kontynuować, bo moja piosenka kończyła spektakl. Asystent reżysera był bardzo zestresowany sytuacją, jednak wyszedłem do ostatniej piosenki, tyle że z mocno zabandażowaną głową. Słyszałem nawet, że następnego dnia widzowie dzwonili do teatru i pytali, czy nadal żyję.

Umiejętność śpiewania w tonacji danego artysty sprawiła, że jest pan prawdziwym skarbem programu „Jaka to melodia?”.

Nie wiem, jakie będą jego dalsze losy. Ten program bardzo mi pomógł, ale wiem, że muszę iść dalej. Teraz dużo ważniejsze jest dla mnie kształtowanie własnej osobowości niż śpiewanie czyimś głosem. Bardzo lubię produkować muzykę, co widać w kilku projektach, nad którymi aktualnie pracuję. Poprzez różne doświadczenia muzyczne, które bardzo mnie wykształciły, czuję, że muszę zająć się na poważnie debiutancką płytą. To będzie taka osobista opowieść o moim życiu, które składa się z różnych etapów, ze wzlotów i upadków. ©?

Także tych fizycznych jak w „Notre Dame de Paris”.

Tak, chociaż rany fizyczne bolą często znacznie mniej niż psychiczne.

Kiedy słyszy się takie utwory jak „Żegnaj więc”, to nie ma się wątpliwości, że pisze pan repertuar całym sobą.

Wybierając utwory na płytę, nie wyobrażam sobie innej sytuacji. Musi to być coś, pod czym się podpisuję w stu procentach. Utwór, o którym pan wspomniał, powstał w ciągu pół godziny i był reakcją na pewne wydarzenie, które bardzo wtedy mnie dotknęło.

„Żegnaj więc, zabierz swój bagaż ze snem, w którym to ja byłem tym, co tobie pomagał śnić”. Te słowa do dziś wielu pańskim wielbicielkom mocno dźwięczą w uszach.

Cóż, miło mi, jeśli tak jest. Minęły już cztery lata od powstania tej piosenki, a ja nadal, śpiewając ją na koncertach, mam wrażenie, że odczuwam wciąż te same emocje.

I rozumiem, że takie właśnie utwory znajdą się też na wspomnianej płycie.

Tak, ale mam ochotę też zrobić coś, czego u nas jeszcze nie było. Mówiłem, że doskonale czuję się, imitując czyjeś głosy. Ale teraz mam plan, żeby nagrać całą płytę, w której zamiast perkusji użyję m.in. własnego beatboxu.

Czyli osobiście imitowałby pan na niej wszystkie instrumenty podkładu muzycznego. Gitarę, pianino, perkusję itp. A do tego na żywo śpiewał. To byłaby taka płyta totalna.

Jakby się dało… (śmiech)

Rz: Pana udział w programie „Twoja twarz brzmi znajomo” przypomina syndrom Ivo Pogorelicia. Młodszym wyjaśniam, że to nazwisko pianisty, któremu porażka w Konkursie Chopinowskim dała większą popularność i uznanie niż zwycięzcy konkursu. Od początku był pan przecież faworytem czwartej edycji programu.

Michał Grobelny: Udział w tym programie był dla mnie ważnym doświadczeniem i to liczyło się najbardziej. Fakt, że zabrakło mi zaledwie kilku punktów, by znaleźć się w finale, nieco wszystkich zaskoczył, zwłaszcza całe jury. Ale matematyka jest matematyką. Dostałem za to tyle wyrazów poparcia od telewidzów i ekipy, że zawsze bardzo mile będę wspominał tamtą przygodę.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Kup teraz
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
Jakie technologie czy też narzędzia wspierają transformację cyfrową biznesu?