Akademia inna niż wszystkie

Rozmowa | Marcin Urbaś, Były sprinter, rekordzista Polski na 200 m, o pracy w Akademii Kreatywnego Futbolu oraz o muzyce, telewizji i grach komputerowych.

Publikacja: 01.11.2015 17:39

Marcin Urbaś

Marcin Urbaś

Foto: Fotorzepa/ Jankowski Bartosz

Rz: Co w szkółce piłkarskiej robi człowiek, który jako jeden z nielicznych białych sprinterów pokonał 200 m w czasie krótszym niż 20 sekund?

Marcin Urbaś: Prowadzę zajęcia motoryczne. Akademię założyłem dwa lata temu razem z dwoma kolegami: byłym kajakarzem Arkadiuszem Mąkiną i byłym piłkarzem ekstraklasy Damianem Sewerynem. Chcieliśmy zrobić szkółkę inną niż wszystkie. Taką, która będzie uczyła nie tylko technik piłkarskich, ale także prawidłowego poruszania się po boisku. Jesteśmy jedyną akademią w Polsce, która zajmuje się wszechstronnym rozwojem dzieci już od czwartego, piątego roku życia.

Sprinter, piłkarz i kajakarz – taka kombinacja doświadczeń z różnych dyscyplin to przepis na sukces?

Za wcześnie, by o tym mówić, bo jesteśmy młodą akademią. Ale faktycznie rozwijamy się dynamicznie. Przybywa lokalizacji, w których trenujemy, i dzieci, które obejmujemy opieką – jest ich już ponad 400. Nabory robimy na razie do 12. roku życia, bo uważamy, że starsze dzieci mogłyby mieć problemy motoryczne, a nauczanie prawidłowych zachowań to proces długotrwały. Docelowo planujemy jednak szkolić zawodników do wieku 18–19 lat. Dzieci, które u nas trenują, mają zajęcia w wielu lokalizacjach, blisko swojego miejsca zamieszkania, a nasze reprezentacje korzystają z boiska, które dzierżawimy od miasta. Rodzice mają do nas zaufanie, bo proponujemy formę szkolenia, jakiej nie było dotychczas na rynku. Myślę, że zmierzamy we właściwym kierunku.

Lubi pan pracować z dziećmi?

Gdyby tak nie było, pewnie bym się na to nie zdecydował. Praca z dziećmi jest zdecydowanie bardziej angażująca i satysfakcjonująca niż z dorosłymi. Dlaczego? Po prostu szybciej widać postępy. Większość dzieci, które do nas trafiają, nie posiada żadnych umiejętności, więc efekty swojej pracy obserwujemy praktycznie z tygodnia na tydzień. Poza tym dzieci nie narzekają, że coś je boli, że czegoś nie zrobią. Jeśli pojawiają się jakieś kłopoty, to wyłącznie emocjonalne, ale łatwo je rozwiązać.

Zdarzają się rodzice, którzy przychodzą i mówią: „A teraz zróbcie z mojego dziecka drugiego Lewandowskiego”?

Aż tak to może nie, ale rzeczywiście część rodziców chce, by ich dziecko zostało piłkarzem. My nie obiecujemy, że każde z nich będzie kiedyś grało w piłkę. Naszym zadaniem jest przygotować ich najlepiej, jak potrafimy. Patronem i twarzą akademii jest Kamil Glik. Pojawia się na różnych imprezach. Cieszymy się, bo to postać rozpoznawalna i dobrze kojarząca się dzieciom i ich rodzicom.

Z Arkadiuszem Mąkiną zajmowaliście się wcześniej m.in. przygotowaniem motorycznym reprezentantów Polski w kajakarstwie i rugby siedmioosobowym.

Inicjatorem współpracy z kajakarzami był oczywiście Arek, on prowadził zajęcia, a ja byłem osobą wspomagającą. Udało nam się wyszkolić kilka zawodniczek, które zdobyły medale mistrzostw świata, a jedna z nich – Karolina Naja – sięgnęła także po brąz na igrzyskach w Londynie. Jeśli chodzi o rugby, to opracowaliśmy nawet program szkolenia naszej męskiej reprezentacji do igrzysk w Rio, stworzyliśmy budżet, ale ze względu na brak finansów ten projekt upadł. Arek pracuje obecnie z rugbystkami.

Chodzi pan na mecze Lecha?

Sporadycznie. Nie jestem wielkim fanem Lecha, ale byłoby hipokryzją mówienie, że nie kibicuję drużynie z miasta, w którym mieszkam. Wiem, w jakiej znalazła się sytuacji, ale wierzę, że odbije się od dna. Już widać, że zmiana trenera przyniosła efekty.

Oglądając mecze ekstraklasy, zwraca pan uwagę na ułomności zawodników?

To jest oczywiście skrzywienie zawodowe. Niestety, w naszej lidze jest wielu piłkarzy, którzy mają kłopoty z poruszaniem się po boisku. To wynika z nieodpowiedniego szkolenia w młodości. Takie jest przynajmniej moje wrażenie.

Syn będzie piłkarzem czy pójdzie w ślady pana i małżonki, która również była sprinterką?

Na razie dużo biega, ale piłkę też kopie. Będę go zachęcał do uprawiania jakiejkolwiek dyscypliny, ale wybór zostawię jemu. Jeśli będzie chciał grać w koszykówkę, siatkówkę czy piłkę ręczną, to droga otwarta. Nie będę wywierał na niego nacisków. Ale na takie decyzje przyjdzie jeszcze czas. Poczekamy parę lat i zobaczymy, co powie.

A jak na boisku radził sobie mały Marcin Urbaś?

Nie ukrywam, że bardzo przeciętnie. Zwykle byłem wystawiany w ataku. U mnie na osiedlu było takie przekonanie, że bronić nie umiem, ale jestem szybki, więc wypuszczę sobie piłkę i nikt mnie nie dogoni. Moją ulubioną dyscypliną była zawsze koszykówka. Pamiętam, jak czekało się do trzeciej rano na mecze NBA, wszyscy oglądali Chicago Bulls w play-offach.

Urodził się pan w Krakowie, potem trenował w Warszawie, Kielcach i Gorzowie Wlkp. Zamieszkał pan jednak w Poznaniu. To dobre miejsce do życia z punktu widzenia sportowca?

Stadiony są, kluby również, może nie jakieś zamożne, ale jest gdzie trenować. Podupadło natomiast szkolenie dzieci w zakresie lekkiej atletyki. Mam nadzieję, że się podniesie. Jest parę inicjatyw, wielkopolski związek ruszył z programem, który ma zachęcić dzieci do treningów.

Zdobył pan trzy medale mistrzostw Europy, był na dwóch igrzyskach olimpijskich. Czuje się pan spełniony?

Oczywiście można było parę rzeczy zrobić inaczej, lepiej, uniknąć kilku kontuzji, ale trudno wytłumaczyć zawodnikowi, który jest dobrze przygotowany i ma świetne wyniki, że musi odpuścić imprezę docelową, bo dozna poważniejszego urazu. Tak też się działo w moim przypadku. Ale myślę, że nie ma co narzekać. Za moich czasów białych sprinterów biegających na wysokim poziomie w zasadzie nie było.

Po zakończeniu kariery wystąpił pan m.in. w „Tańcu z gwiazdami”, pracował jako dziennikarz i reporter w telewizji. W której roli czuł się pan najlepiej?

Programy takie jak „Taniec z gwiazdami” czy „Wymiatacze” (zmagania czterech drużyn na torze przeszkód – przyp. red.) to był ciekawy etap mojego życia. Na parkiecie byłem kompletnym drewnem, a zadaniem nas – uczestników – było zaprezentowanie się tak, jakbyśmy umieli tańczyć. Trudno mówić o nauce w tak krótkim czasie, nie słyszałem, żeby ktoś w pięć dni opanował tango. To miał być ładny obrazek w telewizji.

Praca reportera i prezentera w poznańskiej telewizji WTK sprawiała mi dużo przyjemności, bo cały czas miałem kontakt ze sportowcami. Prowadziłem tam także program „Rozgrzewka” dla biegaczy amatorów, a w telewizji TVN byłem współgospodarzem programu „Zakład? Zakład!”, w którym zwykły człowiek mógł rzucić wyzwanie mistrzowi i sprawdzić się z nim w różnych konkurencjach, nie do końca związanych z tym, czym zajmuje się sportowiec. Na przykład Mariusz Pudzianowski musiał na czas ogolić owcę. Pierwsza seria miała dobrą oglądalność, ale nie zdecydowano się na kontynuację. Szkoda, bo prowadzenie tych programów sprawiało mi wielką frajdę.

Był pan też wokalistą heavymetalowego zespołu, nagrywał utwory z Patrycją Markowską i Liberem. Muzyka jest jeszcze obecna w pana życiu?

Dwukrotnie byłem zapraszany przez TVP2 do „The Voice of Poland”. Wziąłem również udział w nagraniu pilota do programu „Twoja twarz brzmi znajomo”, dzięki któremu dostał się on na antenę Polsatu – już beze mnie w składzie, ale jakby ktoś chciał, to pewnie znalazłby w internecie mój występ. Gdybym otrzymał teraz jakąś propozycję, to chętnie bym na nią przystał. Sam o to nie zabiegam. W muzyce pop i rock parę rzeczy udało mi się zrobić, ale przez większość mojej pseudokariery związany byłem z muzyką niszową, czyli z heavy metalem, a dokładniej z death metalem. Z formacją Sceptic zrealizowałem cztery albumy – część jako wokalista, część jako autor tekstów. Ostatnio napisałem wszystkie teksty, zaaranżowałem wokale i nagrałem kilka wstawek na nową produkcję zespołu Naumachia „Machine of Creation”.

Na pańskim koncie na Facebooku znalazłem taki post: zdjęcie PlayStation, na wierzchu gra „GTA V”, a poniżej wpis „Wakacje uważam za rozpoczęte. Tylko kiedy będę teraz spał…?”. Konsola to pana najlepsza przyjaciółka? Jest pan maniakiem gier?

Kiedyś byłem graczem hardcorowym: przez Commodore 64, Atari i Amigę po konsole. Całkiem niedawno z ramienia Microsoftu promowałem w Polsce gry Kinect Sports i Forza Horizon. To są takie epizody, które pokazują moje zaangażowanie w tej branży. Obecnie mam niewiele czasu, by grać – głównie na komórce, wieczorem po pracy. W wakacje faktycznie odpaliłem konsolę, chyba po dwóch latach. Udało mi się dobić do 30-proc. stanu gry „GTA V”, ale pewnie nieprędko będę miał okazję, by ją dokończyć.

Ustanowiony przez pana w Sewilli rekord Polski na 200 m jest niezagrożony od 16 lat. Może będzie musiał pan sam wychować sobie następcę?

Kiedyś o tym myślałem, ale nie pojawiły się możliwości funkcjonowania w lekkiej atletyce, więc skręciłem w kierunku futbolu. Fakt, że przez tak długi czas nikt nawet nie zbliżył się do mojego wyniku, jest powodem do radości i dumy. Ale z drugiej strony pokazuje, że mamy w Polsce problem. Po pierwsze, z wyszukiwaniem talentów, a po drugie – z ich szkoleniem. Trzeba byłoby się zastanowić dlaczego. Marian Woronin rekord na 100 m dzierży znacznie dłużej ode mnie (od 1984 r. – przyp. red.). Cieszę się, że wciąż jestem rekordzistą, ale szczerze, wolałbym, żeby ktoś się z moim wynikiem wreszcie rozprawił.

Marcin Urbaś, urodzony 17 września 1976 r. Były lekkoatleta, drugi w historii biały sprinter, który złamał barierę 20 sekund w biegu na 200 m (19,98). Od 16 lat rekordzista Polski na tym dystansie. Dwukrotny medalista halowych mistrzostw Europy – w 2002 r. zdobył złoto w Wiedniu, a trzy lata później brąz w Madrycie. Był też wicemistrzem Europy w sztafecie 4×100 m (Monachium 2002). Mistrz Uniwersjady w Pekinie (2001). Uczestnik igrzysk olimpijskich w Sydney i Atenach. Karierę zakończył w 2009 r.

Rz: Co w szkółce piłkarskiej robi człowiek, który jako jeden z nielicznych białych sprinterów pokonał 200 m w czasie krótszym niż 20 sekund?

Marcin Urbaś: Prowadzę zajęcia motoryczne. Akademię założyłem dwa lata temu razem z dwoma kolegami: byłym kajakarzem Arkadiuszem Mąkiną i byłym piłkarzem ekstraklasy Damianem Sewerynem. Chcieliśmy zrobić szkółkę inną niż wszystkie. Taką, która będzie uczyła nie tylko technik piłkarskich, ale także prawidłowego poruszania się po boisku. Jesteśmy jedyną akademią w Polsce, która zajmuje się wszechstronnym rozwojem dzieci już od czwartego, piątego roku życia.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej