Panie prezydencie, ilu mieszkańców Wałbrzycha nie ma pracy?

W tej chwili poziom bezrobocia jest bardzo niski. Według danych GUS z czerwca w Wałbrzychu jest to 4,2 proc. To mniej niż średnia ogólnopolska, która wynosi 5,1 proc. I mniej niż średnia na Dolnym Śląsku, gdzie wynosi 4,5 proc.

Czyli to oznacza, że w Wałbrzychu nie trudno o pracę?

Raczej mamy problem ze znalezieniem pracowników. Tak niskie bezrobocie oznacza mniejszą dostępność pracowników niż miejsc pracy. To zjawisko utrzymuje się u nas już od około czterech lat. Stopa bezrobocia spadała wraz z kolejnymi inwestycjami w naszej strefie ekonomicznej oraz miejskim programem inwestycyjnym. W niektórych sektorach niedobór pracowników odczuwamy boleśniej – choćby w sektorze budowlanym, gastronomii czy służbie zdrowia. Tam najbardziej brakuje rąk do pracy.

Ale w Wałbrzychu znów pojawiają się tzw. bieda-szyby. Jak pan myśli, dlaczego?

Na szczęście to zjawisko ma charakter zupełnie marginalny i na pewno nie wiąże się z biedą. Szacujemy, że w chwili obecnej nielegalnym wydobyciem węgla zajmuje się kilka osób, co potwierdzają statystyki straży miejskiej i policji. Od początku roku zasypaliśmy zaledwie cztery nielegalne wyrobiska. Ten proceder absolutnie nie ma teraz charakteru zjawiska społecznego.

Dlaczego te osoby to robią? Nie ma tu żadnej, konkretnej reguły, może to być sposób na łatwe dorobienie paru złotych. To zjawisko nie ma charakteru źródła utrzymania. W niektórych miejscach naszego miasta węgiel leży zaledwie półtora metra pod ziemią! Zdarzało się, że w trakcie budowy dróg (ostatnio w przypadku obwodnicy) odkryto płytko położone pokłady węgla.

30 lat temu to zwolnieni z kopalń górnicy dorabiali sobie w ten sposób.

To już jest temat historyczny: z końca lat 90. i początku XXI w. Dziś to niszczenie środowiska naturalnego, a do tego proceder bardzo niebezpieczny, nie tylko dla kopiących, ale i mieszkańców.

Wspólne patrole straży miejskiej i policji praktycznie codziennie monitorują te trzy–cztery obszary, gdzie może dochodzić do nielegalnego wydobycia. Swoimi patrolami wspomagają nas również pracownicy Lasów Państwowych, ponieważ najczęściej tereny zagrożone kopaniem węgla znajdują się w lasach zarówno miejskich, jak i tych państwowych.

Efekt jest taki, że bardzo szybko reagujemy na próby nielegalnego wydobycia i zabezpieczamy (zasypujemy) te miejsca. Zapobiegamy niszczeniu środowiska i degradacji terenu. Niestety jesienią z uwagi na brak węgla prób nielegalnego wydobycia może być więcej.

Kto dziś odpowiada za ten proceder?

Raczej osoby prowadzące specyficzny tryb życia, pozbawione zobowiązań, luźno traktujące reguły społeczne, które znajdują w nim łatwy zarobek.

Oczywiście, to musi się im opłacać, inaczej by tego nie robili. Problem w tym, że w najbliższych miesiącach, wraz ze zbliżającą się zimą, może im się to jeszcze bardziej opłacać. Prawda jest taka, że węgla w Polsce w sprzedaży nie ma.

Jesteśmy mocno zdeterminowani, aby wszelkie próby wydobycia gasić w zarodku. Na szczęście, obecnie to zjawisko śladowe. Robimy wszystko, by takich kopaczy do tego zniechęcić choćby poprzez regularne patrole. Mandaty, wnioski do sądu i rekwirowanie urobku do tej pory skutecznie odstraszały.

Ile domów komunalnych w mieście jest opalanych węglem? Ich lokatorzy zostaną sami z tym brakiem węgla i wysokimi cenami?

Oczywiście, nie zostawimy ich samych. Wałbrzych jest bardzo specyficznym miastem. Ponieważ jest to miasto „powęglowe” z kulturą węglową – ale zanikającą, jeśli chodzi o używanie węgla jako paliwa. Wałbrzych nie znajduje się na żadnej liście z przekroczeniem poziomu zapylenia tzw. niskiej emisji.

To specyficzna sytuacja, bo zwykle miasta powęglowe otwierają niechlubną czołówkę takich rankingów. Wspomnę choćby o miastach Górnego Śląska czy niektórych miastach Dolnego Śląska. Ale nie w Wałbrzychu. Dlaczego? Ponieważ 65 proc., może nawet trochę więcej, mieszkańców żyje w budynkach ogrzewanych przez ciepło systemowe.

Stare budynki komunalne są rozbierane w szybkim tempie. Na ich miejscu powstają nowe lub gruntownie modernizowane są stare. W nowych i wyremontowanych budynkach stosujemy nowoczesne i ekologiczne źródła ciepła, np. pompy ciepła czy ogrzewanie gazowe.

Mieszkań opalanych węglem ubywa z miesiąca na miesiąc. Niestety, nie potrafię powiedzieć, ile dokładnie takich mieszkań jest jeszcze w Wałbrzychu. Dopiero teraz rząd zbiera dane o źródłach ciepła, co tak naprawdę jest pierwszą próbą skwantyfikowania problemu. Oceniamy taką liczbę na ok. pięć tysięcy lokatorów, co na wielkość 110-tysięcznego miasta jest już niewielkim procentem.

Przyznaję: szczególnie w tych dzielnicach starszych, pokopalnianych, istnieje problem, który może się w tym roku bardzo nasilić. Mieszkają tam zwykle osoby starsze, często schorowane i o niskim statusie majątkowym, które zwyczajnie nie będą miały możliwości zakupu węgla. Oznacza to ryzyko, że miasto będzie musiało zimą zapewnić schronienie pewnej grupie mieszkańców w obiektach użyteczności publicznej. Możliwe, że w przypadku ciężkiej zimy musielibyśmy zapewnić miejsce pobytu (przynajmniej w ciągu dnia) oraz ciepłe posiłki. Jesteśmy gotowi: przygotowania rozpoczęliśmy już w czerwcu.

Jak bardzo zmiany podatkowe i wysoka inflacja uderzyły w dochody bieżące miasta?

To ogromny problem w całym kraju. Zmiany podatkowe, a zwłaszcza Polski Ład, którego nawet rząd już tak nie nazywa, widząc rozhuśtanie gospodarki czy rozchwianie finansów publicznych. W wyniku ogromnej inflacji państwo pozyskuje z podatków pośrednich – głównie z VAT-u – ogromne ilości środków, a samorządy, które opierają się głównie na PIT i w małym stopniu z CIT i VAT, niestety ubożeją.

W sytuacji rozchwianych finansów oraz braku racjonalnej polityki monetarnej państwa i banku centralnego doprowadziło to do ogromnej inflacji i problemów każdego w zasadzie samorządu.

Oczywiście, są samorządy, które mają trochę rezerw, ale są takie, które ze względu na obciążenie historyczne – jak choćby Wałbrzych – są w trudniejszej sytuacji.

Gminy powęglowe na Dolnym Śląsku, ale nie tylko, mają tych rezerw finansowych bardzo mało, albo w ogóle. Ubytek dochodów bieżących miasta oceniamy na 20–25 mln zł. Nie mamy praktycznie żadnej rekompensaty, co oznacza konieczność oszczędzania.

Zrezygnujecie z inwestycji? Będziecie ciąć wydatki bieżące? Czy sięgniecie głębiej do kieszeni mieszkańców?

Każdy z tych elementów będzie musiał być w jakimś stopniu modyfikowany. Tak robią wszyscy, nie tylko w Polsce. Miasta niemieckie już teraz, ze względu na koszty energii i ogrzewania, likwidują albo drastycznie redukują kąpieliska miejskie. I to miasta o dochodach dwukrotnie lub trzykrotnie większych niż w Polsce.

Oszczędności w wydatkach bieżących są konieczne. Są to próby ograniczenia oświetlenia, ograniczenia kosztów energii poprzez redukcję godzin działalności basenów, niektórych obiektów. Wszyscy próbują się jakoś w tej sytuacji odnaleźć.

Bardziej skomplikowana jest kwestia inwestycji. Polski Ład spowodował drastyczną utratę wpływów, a rząd – mocno promując Fundusz Inwestycji Strategicznych – rozdaje promesy oparte o obligacje Banku Gospodarstwa Krajowego na inwestycje lokalne, co ma sprawić, że nie ulegną one spowolnieniu.

To jest bardzo przewrotne myślenie. Wszyscy wiemy, że inflacja spowodowała niebywały wzrost cen materiałów budowlanych, znacznie przekraczający te statystycznie 15,5 proc. Z tego powodu samorządy mają kłopot z wkładem własnym, a nieliczne programy centralnie mają 100 proc. dofinansowania. Zwykle wymagane jest 20–30 proc. wkładu własnego i nie ma możliwości jego obejścia.

Wałbrzych, jako pierwszy w Polsce, w marcu 2019 r. wprowadził całkowity zakaz używania w instytucjach miejskich jednorazowych opakowań, naczyń i sztućców. Od 2020 r. miało to objąć plastikowe torby. Udało się?

Udało się. I dalej idziemy tą drogą. To, co na początku było kontrowersyjne i spowodowało niebywale intensywny odzew producentów plastiku, od połowy zeszłego roku stało się prawem, ze względu na dyrektywę unijną. My w Wałbrzychu wyprzedziliśmy te procedury o przynajmniej dwa lata.

Dziś „produkujemy” jako miasto ok. 30–35 proc. mniej odpadów plastikowych niż w 2019 r. A obrany kierunek jeszcze intensyfikujemy.

W tej chwili staramy się ograniczyć stosowanie worków plastikowych przy odbiorze odpadów. W zamian oferujemy torby wielorazowe, zakupione z własnych środków.

Rozdaliśmy je pięciu tysiącom właścicieli prywatnych nieruchomości, którzy wcześniej otrzymywali worki plastikowe. Z sugestią, by to do nich – a nie plastików – pakować odpady selektywne. Podobnie jak trawę.

To wymaga przełamania pewnych stereotypów i nawyków mieszkańców. Każde miasto naszej wielkości rozdaje ok. 600 tys. worków na śmieci, które same są odpadem trudnym do zagospodarowania później. W tym roku zmniejszamy o kilkaset tysięcy liczbę tych worków.

W kwietniu zeszłego roku radni Wałbrzycha uchwalili obowiązek szczepień przeciwko Covid-19 dla mieszkańców i osób pracujących w mieście, choć w Polsce są one dobrowolne. Prawnicy stwierdzili, że to było bezprawne. Warto było wychodzić przed szereg?

Oczywiście, że było warto. Warto było promować program szczepień i bronić idei szczepień. Jak wiemy, przeciwników szczepień, nie tylko na Covid-19, przybywa. Zastanawiam się, gdzie bylibyśmy w Polsce, gdyby nie ta szokowa terapia, jaką wprowadziliśmy. Bo o szczepieniach zaczęto mówić intensywniej niż przed naszą uchwałą.

Ona wywołała niepozbawione agresji komentarze, zachowania, reakcje – czasami z niespodziewanych źródeł. Ale w moim przekonaniu efekt jest korzystny: wiele osób zaczęło się nad tym zastanawiać.

Jak wiadomo, Wałbrzych przez wiele miesięcy był liderem, jeśli chodzi o liczbę szczepień. Pół Polski przyjeżdżało do nas, żeby się zaszczepić. Więc zrobiliśmy kawał dobrej roboty.

Ubiegłe wakacje spędzał pan m.in. na rowerze, w pięć dni przejeżdżając z Berlina do Amsterdamu: ponad 700 km. Powtórzył pan to w tym roku?

Nie pozwoliły mi na to obowiązki zawodowe. Poza tym atmosfera do wyjazdów turystycznych jest chyba trochę inna niż rok temu, bo głowę mamy zaprzątniętą egzystencjalnymi problemami, jak choćby pomóc uchodźcom czy mieszkańcom, których może nie stać będzie na ogrzewanie.

Zrezygnowałem z planowanych dłuższych wyjazdów, ale jeżdżę na rowerze bardzo intensywnie, w takim samym tempie jak w ubiegłym roku. To niesłychanie pożyteczny sposób aktywnego spędzania czasu. Rower – zwykły, nie elektryczny – zastępuje mi bieganie, które uprawiałem przez wiele lat.

Miasto dopieszcza rowerzystów, powstają nowe szlaki i trasy rowerowe.

Taką zasadę przyjęliśmy kilka lat temu: każda nowa bądź remontowana droga musi mieć ścieżkę rowerową. To nie jest oczywiste i łatwe w mieście górzystym, ponieważ bardzo często droga jest wciśnięta pomiędzy dwa zbocza góry, więc przestrzeni nie ma wiele.

Staramy się to nadrobić drogami rowerowymi wokół miasta, gdzie powstają długie, wielokilometrowe odcinki. Jako rowerzysta chciałbym, aby tych ścieżek było więcej. Postęp jest stały, więc jeśli tylko ktoś chce jeździć na rowerze, dziś ma znakomite warunki.

Niedawno zadeklarował pan, że do Sejmu nie wystartuje. „Poseł Roman Szełemej nie brzmi zbyt dobrze”. Czyli będzie kolejna kadencja w samorządzie?

Sejm nie jest dla mnie interesujący. Jest bardzo wiele rzeczy, które powinniśmy kontynuować wspólnie tutaj, w Wałbrzychu.

W wielu dziedzinach rozpoczęliśmy zmiany i one wymagają kontynuacji. Nie jest jeszcze znana data wyborów: najlepiej by były one w ustawowym terminie. Ale jeśli mieszkańcy uznają, że tego chcą i oczekują, to będę kontynuował działania i wystartuję w wyborach. Parlamentarnej działalności nie rozpatruję w ogóle.