Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w Toruniu apeluje o dalsze wsparcie dla obywateli Ukrainy, którzy schronili się w mieście. Pomoc dla uchodźców maleje?

Na początku był powszechny zryw. Darów było rzeczywiście bardzo dużo. Prowadziliśmy ich redystrybucję. W pierwszej kolejności dla uchodźców, którzy już znaleźli się na terenie Torunia, ale cześć przekazywaliśmy też do transportów rządowych do Ukrainy. Przeznaczaliśmy część dla Łucka, naszego miasta partnerskiego. Od wybuchu wojny jesteśmy w stałym kontakcie z jego władzami.

Siłą rzeczy, z czasem ten entuzjazm zaczął maleć. Być może zapasy domowe, z których można przekazać dary, w toruńskich domach zmalały? Ten apel wynika z tego, że ciągle są potrzeby. Są zgłaszane przez Łuck, ale też obdarowujemy paczkami uchodźców, którzy znaleźli się w Toruniu. Tygodniowo wydajemy kilkaset paczek dla ok. dwóch tysięcy osób.

Ilu uchodźców zatrzymało się w Toruniu? Numer PESEL otrzymało już ponad 4 tys. osób.

Tak. Mamy tylko dane z systemu, gdzie wykonujemy czynności zlecone przez państwo, a więc przyznajemy numery PESEL. Otrzymało je około 4,2 tys. osób. PESEL można uzyskać niezależnie od miejsca pobytu. Więc nie jest pewne, że w Toruniu mieszka tylu uchodźców, ilu otrzymało tu numer PESEL.

Uchodźcy występują też o świadczenie jednorazowe – 300 zł na osobę. Takie wnioski można jednak składać tylko w miejscu zamieszkania lub pobytu. W Toruniu złożyło je dotąd już 3,3 tys. osób. Tylu co najmniej uchodźców mieszka u nas. Ale z takim wnioskiem zgłaszają się kolejne osoby. Dziennie po 30–50 osób, a początkowo było ich nawet trzy razy tyle.

Możemy więc przyjąć, że w Toruniu przebywa między 3 a 4 tys. uchodźców. Zrobiliśmy analizę na podstawie numerów PESEL i wyszło, że 14 proc. to małe dzieci, do 6. roku życia, kolejne 33 proc. to dzieci i młodzież do 18. roku życia, niemal połowa to osoby dorosłe, a seniorzy (65+) – to tylko 4 proc. Aż 70 proc. uchodźców to dziewczynki i kobiety.

Do toruńskich szkół trafiło dużo dzieci z Ukrainy? Do jakich klas je przyjmowano?

W tej chwili do placówek oświatowych zapisano ok. 1,2 tys. dzieci: do przedszkoli ok. 200, a do szkół ok. 1000. Co piąte dziecko trafiło do klas przygotowawczych, gdzie są sami uczniowie z Ukrainy, a pozostałe dołączono do istniejących oddziałów, gdzie mamy jeszcze ok. 2 tysięcy wolnych miejsc. W ponadpodstawowych szkołach jest ok. 250 uczniów z Ukrainy, z czego ok. 150 w oddziałach przygotowawczych.

Mówił pan o pomocy dla Łucka. Pojadą tam kolejne transporty?

Do tej pory wysłaliśmy do Łucka cztery transporty. Pierwszy na początku marca. Mniej więcej co tydzień–półtora wysyłamy kolejny transport. System jest sprawdzony. My jedziemy do granicy, a tam przyjeżdża transport z Łucka i w sąsiedztwie granicy następuje przeładunek.

Mamy potwierdzenia ze strony ukraińskiej, że są to rzeczy przydatne. Choć zdarzają się prośby o hełmy kevlarowe czy kamizelki kuloodporne, których – póki co – nie jesteśmy w stanie spełnić. Ale już agregaty prądotwórcze, nosze, mobilne prysznice czy składane łóżka wysyłaliśmy.

Ma pan kontakt z merem Łucka Ihorem Poliszczukiem?

Mam. Choć żyją w wielkim strachu, Ihor jest spokojnym i opanowanym człowiekiem. Jego reakcja jest bardzo rzeczowa. Rozmawiamy o konkretach: co jeszcze możemy zrobić, by pomóc. Jest bardzo wdzięczny, że partnerstwo naszych miast przejawia się w takiej realnej pomocy, że sprawdza się w tym trudnym czasie.

Toruń jako jedyne duże miasto nadal nie wypłaca świadczeń dla Polaków, którzy przyjęli do siebie uchodźców. Dlaczego?

Rzeczywiście, jest w tej kwestii małe zatrzymanie. Byliśmy już gotowi z wypłatą świadczenia na kwotę prawie 1,5 mln zł na 1656 osób, na co opiewało 438 złożonych do 19 kwietnia do gminy wniosków. Zaplanowaliśmy to zgodnie z zasadą 40 zł na dobę za pobyt jednego uchodźcy – nie dłużej niż 60 dni pobytu w Polsce. Ale kilka dni temu otrzymaliśmy z Urzędu Wojewódzkiego informację, która nieco inaczej to rozliczenie interpretuje, dlatego wystąpiłem do wojewody oraz do pełnomocnika rządu ds. uchodźców wojennych z Ukrainy z prośbą o ostateczną interpretację.

Toruń liczył już, ile straci na obniżeniu od lipca dolnej stawki podatku od dochodów osobistych z 17 do 12 proc., co zapowiada rząd?

Jeszcze nie. Próbujemy się z tym zmierzyć, ale mówiąc obrazowo – diabeł tkwi w szczegółach. Dopiero gdy poznamy system zmian, będziemy mogli dokładnie to obliczyć. Czekamy aż postępowanie ustawowe będzie bardziej zaawansowane.

Ale kondycja finansowa miasta pewnie pogorszy się tak czy inaczej.

Zobaczymy. Ale jako miasto utrzymujemy się m.in. z podatków od osób fizycznych. Do 2021 r. aż 48 proc. naszych dochodów pochodziło z podatków. Więc w przypadku Torunia jest to istotny udział w dochodach własnych miasta. Na pewno każde wahnięcie podstawy podatkowej jest dla nas zauważalne. A system, który przyjęto – wsparcia subwencyjnego – nie do końca problem rozwiąże.

W ramach pierwszego naboru do Programu Inwestycji Strategicznych złożyliśmy wnioski, podobnie jak w drugim naborze, i za pierwszym rozdaniem otrzymaliśmy 34 mln zł na miejskie inwestycje. To trochę uzupełnia lukę w budżecie, bo możemy zwolnić własne środki z inwestycji i przeznaczyć na utrzymanie bieżące. Udziały z PIT idą na bieżące utrzymanie miast, a na inwestycje – z majątku własnego, z jego sprzedaży czy kredytów, czy z dotacji unijnych, a teraz z programu inwestycji strategicznych.

Trzeba się liczyć z podwyżkami opłat i podatków lokalnych?

To już osobna kwestia. Rosną koszty funkcjonowania miasta, spowodowane choćby wzrostem cen energii czy paliw. Tylko koszty energii elektrycznej w I kw. wzrosły nam o 66 proc., a w II kw. już o 100 proc. w porównaniu do sprzed roku.

A drożeje też paliwo czy olej napędowy. Rok temu za litr płaciliśmy 4 zł, a teraz w marcu było to już 6,5 zł. Wzrosty kosztów są nieuchronne, a co za tym idzie, niezbędna będzie zmiana niektórych opłat.

Co więc w Toruniu podrożeje?

Spodziewamy się zmiany cen biletów komunikacji, ale chcemy to zrobić tak, by jednak zachęcać do korzystania, więc będziemy nadal preferować bilety długookresowe, a widoczne podwyżki będą w biletach jednorazowych. To system, który zatrzymuje pasażera z biletem miesięcznym.

Budowa nowej linii tramwajowej w północnej części miasta to największa obecnie inwestycja Torunia.

Tak. W 2017 r. miasto pozyskało środki z programu Infrastruktura i Środowisko na kilka zadań związanych z transportem publicznym. Całość jest warta ponad 400 mln zł, a dofinansowanie to 213 mln zł.

W czwartek byłem w Warszawie, bo Ministerstwo Infrastruktury zdecydowało o zwiększeniu tego dofinansowania o kolejne 25 mln zł.

Budowa nowej linii to koszt ok. 190 mln zł. To zadanie jest w trakcie realizacji. Budujemy 5,5 kilometra nowej dwutorowej linii tramwajowej, która obejmie nowy obszar miasta, północny, gdzie do tej pory nie było linii tramwajowej. Inwestycję musimy zakończyć do połowy 2023 r. Tramwaj to najbardziej pożądany środek komunikacji publicznej. Ekologiczny i najszybszy w warunkach miejskich.