Maciej Rusek, naczelnik wydziału, Biuro ds. Kontaktów Samorządowych i Repatriacji UM Sopotu

Maciej Rusek, naczelnik wydziału, Biuro ds. Kontaktów Samorządowych i Repatriacji UM Sopotu

Maciej Rusek, naczelnik wydziału, Biuro ds. Kontaktów Samorządowych i Repatriacji UM Sopotu

mat.pras.

Lubię jazdę rowerem, przede wszystkim dlatego, iż daje mi ona poczucie wolności i niezależności. Korzystam z roweru przez cały rok. W zatłoczonym często przez ruch samochodowy mieście rower oznacza niezależność od środków publicznej komunikacji. Zresztą rower stwarza więcej możliwości wyboru najbardziej dogodnej trasy. Ma to znaczenie przy załatwianiu różnych spraw, szczególnie w centrum dużego miasta, w którym mieszkam, ale także przy dojazdach do pracy.

Owszem, często, szczególnie gdy pogoda nie jest najlepsza, korzystam z łączonej komunikacji: rower i Szybka Kolej Miejska na trasie Gdańsk–Sopot, czyli mojej trasie praca–dom.

Ale ten mój codzienny 10-kilometrowy dystans wolę pokonywać w całości rowerem, bo szczęśliwie niemal cała trasa wiedzie nadmorską ścieżką. Czasu zabiera to tyle samo, a przyjemność nieporównanie większa – uciekam od spalin i hałasu.

Natomiast podczas dalszych, kilkudniowych wypraw, kiedy nie muszę się spieszyć, a zależy mi na spokojnym zwiedzaniu, dotarciu do pięknych miejsc, podziwianiu przyrody – jest to wolność w wyborze celów, tempa, możliwość dotarcia i zatrzymania się właściwie wszędzie. Natura jest wówczas blisko i nic mnie od niej nie oddziela: z roweru widzi się i czuje więcej.

Oczywiście, dostrzegam także inne korzyści związane z jazdą rowerem. Wszak dla wielu osób to przede wszystkim ważna, a czasem i podstawowa, forma aktywności fizycznej, sposób na wspomaganie budowania ogólnej kondycji zdrowotnej i „trzymanie formy”. Zapewne też wysiłek związany z długimi przejazdami nieodłącznie wiąże się z koniecznością zmagania się z własnymi ograniczeniami, w czym też upatruję wartości. 

Jerzy Haszczyński, szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”

Jerzy Haszczyński, szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”

Jerzy Haszczyński, szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”

rp.pl

Co najmniej 300 dni w roku rower jest moim jedynym środkiem lokomocji. Głównym był już od dawna, pandemia spowodowała, że prawie w ogóle zrezygnowałem z komunikacji miejskiej. A z samochodu, sympatycznego i niezawodnego staruszka, korzystam rzadko: gdy muszę dotrzeć szybko w trudno dostępne w inny sposób miejsce.

Rower, rower i jeszcze raz rower. Do pracy, na zakupy, na wywiad z ministrem i spotkanie ze znajomymi, na wycieczkę na Pole Mokotowskie czy nad Wisłę. W lecie, w zimie. Odstraszają mnie tylko ulewny deszcz, lód i zaspy śniegu. Najgorzej, gdy ten śnieg przemienia się w brudną ciecz.

Zaczęło się, gdy byłem korespondentem w Berlinie. Nie miałem samochodu, kupiłem rower, polski. Gdy zadania dziennikarskie czekały na mnie z dala od domu, woziłem go metrem i pociągami, a ze stacji podjeżdżałem na miejsce spotkania.

Od ponad 20 lat mieszkam znowu w Warszawie. Miałem w tym czasie siedem rowerów. Dwa nadal mam. Dwa mi ukradziono, jeden zamienił się w złom po zderzeniu z taksówką. Dwa się rozpadły, dosłownie – pękły ramy (chyba niewielu rowerzystów doświadczyło, jak się rower pod nogami dzieli na części).

To zwykłe miejskie rowery, rama nisko, łatwo przełożyć strudzoną nogę. Polskie, tajwańskie, czeski. Dwa z supermarketu.

Mam kask, od zderzenia z taksówką noszenie go traktuję bardzo poważnie. Podczas jazdy słucham podcastów, wiadomości radiowych lub muzyki. Czasem wybieram odgłosy miasta.

Z radością witam każdą nową ścieżkę. Nie wszystkie są przemyślane, ale rowerzystom jest w Warszawie coraz łatwiej. Przyjemnie było zawsze. 

Grzegorz Siemionczyk, dziennikarz ekonomiczny „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”, redaktor klubekspertow.rp.pl

Grzegorz Siemionczyk, dziennikarz ekonomiczny „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”, redaktor klubekspertow

Grzegorz Siemionczyk, dziennikarz ekonomiczny „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”, redaktor klubekspertow.rp.pl

rp.pl

Piszę ten tekst w deszczowy piątek. Jak co dzień pojechaliśmy z dziećmi do przedszkola i szkoły na rowerze. Zwykle jeżdżą one na własnych jednośladach, ale zimą albo w niepogodę korzystamy z roweru cargo. Często słyszę wtedy od innych rodziców wyrazy podziwu, że pomimo ulewy nie skorzystaliśmy z auta. Niezmiennie odpowiadam: kto uważa, że w poruszaniu się na co dzień rowerem jest coś godnego podziwu, najwyraźniej sam nie spróbował. W rzeczywistości to zwykłe wygodnictwo.

Nie jestem fanem kolarstwa ani innych sportów rowerowych. Owszem, na wakacje zabieramy rowery i planujemy kilka rowerowych wypraw, gdy dzieci podrosną. Ale rower to przede wszystkim środek transportu. Służy do dojazdów do pracy, na treningi, na zakupy. W takich zastosowaniach poruszanie się po Warszawie autem jest kosztowne, czasochłonne i irytujące.

Kilkanaście lat temu odkurzyłem swój stary rower, pamiętający jeszcze podstawówkę. Początkowo korzystałem z niego okazjonalnie, ale z każdym kolejnym rokiem przekonywałem się, że to najwygodniejszy środek transportu. Obecnie w te nieliczne dni, gdy np. z powodu śnieżycy przemieszczam się inaczej, od rana jestem rozdrażniony, bo muszę zejść z przetartej ścieżki.

Tak, takie korzystanie z roweru wymaga inwestycji. Potrzebuję jednośladu, na którym mogę komfortowo jeździć w eleganckich ubraniach. Gdy urodziły się dzieci, potrzebna była też przyczepka rowerowa, a potem rower cargo. Trzeba mieć przeciwdeszczową odzież, dobre rękawiczki i czapkę na zimę, przydaje się maseczka antysmogowa. Ale gdy już ma się to wyposażenie, czyli tę przetartą ścieżkę, naprawdę trudno o równie wygodną, szybką i tanią alternatywę.