W jakim trybie działa dzisiaj Urząd Marszałkowski w Szczecinie?

Działamy w trybie hybrydowym. Dopuściliśmy możliwość wykonywania pracy zdalnej dla osób, które są zaszczepione, ale pomimo tego chcą podwyższyć stopień swojej ochrony.

A co z osobami niezaszczepionymi?

Dzisiaj najlepszą gwarancją tego, żeby się nie zarazić albo też mieć łagodny przebieg choroby jest szczepionka. Wiemy jednak, że przy tak rozwiniętej pandemii nie do końca chroni. Mieliśmy przypadek, że osoby zaszczepione się zarażały, więc jedyną wyższą możliwością ochrony jest izolacja. Z tego powodu osobom zaszczepionym, czyli tym, które autentycznie troszczą się o swoje życie i zdrowie daliśmy możliwość pracy zdalnej. A niezaszczepieni chodzą normalnie do pracy. Nie są z tego powodu szykanowani, segregowani, bo wystąpienie o pracę zdalną jest dobrowolne, po prostu trzeba udowodnić, że jest się zaszczepionym.

Jak taki pomysł przyjęli pracownicy urzędu?

Mam świadomość, że nie wszystkim się spodobał i są osoby, które anonimowo mocno krytykują tego typu rozwiązania. Liczba ludzi, którzy wypisywali w social mediach mnóstwo rzeczy na mój temat jest spora, ale jeżeli jest się politykiem, czy też pracodawcą - a w moim przypadku i jedno i drugie - to trzeba się wykazać odpowiedzialnością. To nie jest działanie przeciw komuś, ale na zasadzie promocji pewnej postawy.

Czytaj więcej

Samorządy pokazały siłę w pandemii

Ludziom ciężko żyć w rzeczywistości, która jest całkiem nieprzewidywalna, chociażby po względem zmian prawnych. Jak pan ocenia ostatnie obostrzenia wprowadzone przez rząd?

Wszystkie te działania nie dość, że spóźnione, to są jeszcze pozorne. W Niemczech nie do wyobrażenia jest to, by ktoś wszedł do sklepu bez maseczki, zrobił przyjęcie powyżej 10 osób bez sprawdzenia, czy jest szczepiony lub czy wykonał test. U nas pewne rozwiązania są wprowadzane, ale nie są egzekwowane. Skutek? Jako osoba, która zarządza regionalnymi szpitalami oceniam, że są na granicy wydolności. To nie jest kwestia dostawienia łóżek, bo jak powiedział kiedyś Zbigniew Religa – łóżka nie leczą. To jest problem kadry, która jest u kresu wytrzymałości. Obawiam się, że w najbliższych tygodniach będziemy mieć problem.

Autopromocja
SZKOLENIE

Pozyskiwanie sponsorów przez instytucje nauki, kultury i sportu

WEŹ UDZIAŁ

Czy w Polsce powinny być obowiązkowe szczepienia?

To jest trudny temat. Ludzie, którzy nie chcą się zaszczepić mają różne motywy – czasem lęk, czasem postawę ideologiczną, być może opartą o religię, no i pseudonaukę. By dojść do drugiego etapu, czyli powszechności szczepień, przede wszystkim trzeba wprowadzić wszelkie zachęty. Takie, które realnie zachęcą do szczepienia, jak np. we Włoszech. Nie chcesz się szczepić to musisz się testować co dwa dni. Rozmawiałem z burmistrzem niedużej miejscowości koło Rzymu. Powiedział, że dzięki takim regulacjom mają już 90 proc. ludzi zaszczepionych.

Zostańmy przy tematach zdrowotnych, bardzo rozpalających opinię publiczną jak chociażby ten o powołaniu Instytutu Rodziny i Demografii. Jest potrzebny?

Państwo zaczyna powoływać kolejną instytucję, by nam porządkować życie, zaglądać pod kołdrę. Jeżeli państwo może cokolwiek zrobić dla rozwoju demograficznego, to budować stabilność, niezbędną do wychowywania dzieci. Ostatnie 30 lat pokazało, co stymulowało wzrosty – wydłużenie urlopu macierzyńskiego, czy rozpoczęcie ofensywy jeżeli chodzi o budowę żłobków. To wszystko lata rządów PO i PSL. Teraz wydaje mi się, że państwo abdykowało.

Czyli nowy instytut nie jest potrzebny?

Obawiam się, że z założenia będzie instytucją ideologiczną, która nie zbuduje żadnych narzędzi, które zachęcą do posiadania dzieci. Zamiast tego będzie ideologizować kwestie związane z rodziną. Ten pomysł wygląda na rozwinięcie myśli Bartłomieja Wróblewskiego, autora wniosku do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ograniczenia aborcji. Pan Wróblewski już jedno dla demografii zrobił, a teraz planuje instytut. To oznacza, że ten nowy twór jest nie tylko zbędny, ale może być szkodliwy.

Czytaj więcej

Krzysztof Żuk: To będzie najtrudniejszy budżet ostatniego dziesięciolecia

Czy w tą samą politykę wpisuje się pomysł rejestru ciąż?

Tak myślę, bo to pomysły zbieżnie uzupełniające się. Jednak takie rozwiązania przyniosą jedynie skutek w postaci strachu, żeby w ogóle zajść w ciążę.

Z tym, że rejestracja ciąż jest stosowana w europejskich krajach, a taki sam pomysł w 2008 roku zgłosiła Ewa Kopacz. Sami lekarze dzisiaj mówią ostrożnie, że to pomoże im w uzyskiwaniu informacji medycznej. Może więc nie jest to kwestia samego pomysłu, ale tego kto go realizuje?

Taki rejestr jest np. w Szwecji, ale wiemy jakie tam jest prawo aborcyjne. Nie słyszałem tam o przypadku ścigania kobiety, czy lekarza za przerywanie ciąży. Zatem rejestr tego typu w takim kraju jest bezpieczny z punktu widzenia osoby, która ma być rejestrowana. Natomiast w kraju, gdzie lekarze boją się przeprowadzać zabiegi nawet wtedy, gdy są uzasadnione ze względów medycznych i dopuszczone prawem, taki rejestr budzi wątpliwości.

Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego uruchomiliście nowy projekt dla kobiet.

Postanowiliśmy rozpocząć działania typu miękkiego, a więc z organizacjami pozarządowymi, które dostały od nas pieniądze, by pomagać kobietom, które nagle znalazły się w trudnej sytuacji, np. pod względem prawnym. Widzimy, że niektóre szpitale odmawiają wykonania aborcji w sytuacji, gdy wiadomo, że płód nie urodzi się żywy. Wtedy trzeba podjąć twarde działania prawne pod względem takich podmiotów, a nie każdą kobietę stać na wynajęcie prawnika. Tutaj możemy pomóc. Po drugie – to kwestia opieki psychologicznej i pracy z kobietami, które w takich trudnych sytuacjach się znajdują.

Przed nami 2022 rok i wielka gospodarcza niewiadoma. Pandemia, większe wydatki, mniejsze wpływy, inflacja i do tego Polski Ład. Jak sobie z tym poradzą budżety samorządów?

Najwięcej wyzwań mają budżety gminne zasilane z podatku PIT. Województwa tak bardzo nie odczują zmian, bo jesteśmy w głównej mierze zasilani z podatku CIT. Na przyszły rok Ministerstwo Finansów założyło gigantyczny wzrost tego podatku, który ma sięgać prawie 20 proc. W naszej ocenie to nierealne, ale mamy obecnie zapewnione pieniądze przez ministerstwo. Jeżeli jednak te założenia nie zostaną zrealizowane to będziemy mieć problem w 2023 roku, gdyż będziemy musieli te pieniądze oddawać. Natomiast wszystkie samorządy dotyka inflacja, a wraz z nią rosnące oczekiwania płacowe.

Czytaj więcej

Samorządowcy chcą być bardzo poważną siłą

A jak wygląda wpływ kosztów energii na budżety samorządów?

Skoki cen są bardzo duże. Rozstrzygaliśmy niedawno przetarg na zakup energii elektrycznej na kolejne lata. Płaciliśmy za kilowatogodzinę 78 zł, a teraz dostaliśmy cenę 199 zł. To wzrost o 148 proc. I ten ogromny wzrost kosztów i inflacja – to wszystko przełoży się na inwestycje. Cały czas dyskutujemy o funduszach unijnych, które są póki co zamrożone, ale może się okazać, że w ogóle nie będą używane, bo samorządów po prostu nie będzie stać na wkład własny.

Sporo mówiło się o rekompensatach podwyżek energii. Czy jako samorządy prowadzicie rozmowy w tej sprawie?

Wystąpiliśmy jako związek województw, ale mamy świadomość, że nasze apele i pisma pozostaną w sferze życzeń. Nie dostajemy odpowiedzi.

A jak duże jest ryzyko braku wkładów własnych na wykorzystanie pieniędzy unijnych?

Negocjacje się przedłużają, można powiedzieć, że weszły w fazę dużego zamrożenia. Komisja Europejska czeka na to, co będzie się działo z praworządnością w Polsce. Nie widzimy żadnych realnych postępów w negocjacjach, w związku z tym też nie za bardzo posuwamy się do przodu jeżeli chodzi o regionalne plany. Obawiam się, że nawet jeżeli ostatecznie dostaniemy te pieniądze, to pewnie w 2023 roku, a on z punktu widzenia gmin, które najwięcej inwestowały w Polsce, będzie bardzo trudny pod względem spięcia budżetów. Bardzo duża część gmin nie będzie mieć na ten wkład własny.

Czyli nastąpi zatrzymanie inwestycji?

Gorzej. Brak swoich funduszy oznaczać będzie brak inwestycji, a brak inwestycji z kolei rozpocznie fazę recesji. Już dawno postulowaliśmy, także wszyscy zdroworozsądkowi politycy i ekonomiści, żeby reagować na inflację. Wtedy rząd udawał, że problemu nie ma. Glapiński mówił, że wszystko jest pod kontrolą. Bo wszyscy byli szczęśliwi – większa inflacja oznacza nominalnie większe wpływy do budżetu państwa. Widać jednak, że ten proces wymknął się spod kontroli, trzeba drastycznie podnosić ceny. Mam też taką obawę, że kwestie, które dotyczą samorządów, zmiany w podatkach i składkach, pozbawianie ich pieniędzy inwestycyjnych, to jest generowanie problemu. Skarb państwa zbija śmietankę, grabi w ten sposób samorządy gminne, a potem się okaże, że one nie są w stanie inwestować i będzie znów drapanie się po głowie. A my będziemy po raz kolejny mówić „a nie mówiliśmy?”. Rząd działa bez ładu i składu, a reaguje dopiero jak problem jest na tyle nabrzmiały, że w zasadzie trudno już tym problemem zarządzać. Tak mamy dzisiaj z inflacją i tak będzie z recesją, jaka pojawi się w związku z zamykaniem możliwości inwestycyjnych dla tych, którzy są największymi inwestorami. Czyli dla samorządów.

A czegoś optymistycznego można się spodziewać w 2022 roku?

Trudno mi się dopatrzyć jakiś pozytywów, więc pozytywem może być tylko to, że wciąż mamy odpowiedzialnych włodarzy w gminach i miastach, którym po prostu się chce i starają się choć trochę niwelować te złe działania. Starają się wchodzić w dyskusję z rządem i pokazywać mu, że biegniemy na ścianę. Czasem wywołuje to pewną refleksję i rząd się trochę cofa, ale mam wciąż poczucie, że sprawy samorządu idą w bardzo złym kierunku, a to się odbije na jakości życia, na mieszkańcach.