Od młyna do Dylana

materiały prasowe

Gdyby ktokolwiek 10 lat temu powiedział, że gdzieś nad jeziorem otoczonym lasami, nieopodal Słupska będą występować największe gwiazdy rocka, które dominowały na świecie przez kilka dekad, uwierzyłoby niewielu. Ja na pewno nie. A jednak. W tym roku Festiwal Legend Rocka w Dolinie Charlotty obchodzi swoje dziesięciolecie.

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie wierzył w to też Mirosław Wawrowski, kiedy w dolinie wraz z przyjaciółmi zaczął budować agroturystykę. Okolica wymarzona, lasy, młyn, woda. Na turystów najpierw czekała stajnia z kilkoma pokojami. Potem zaczęły pojawiać się kolejne elementy, aż wreszcie Dolina Charlotty stała się dużym kompleksem hotelowo-rekreacyjnym. Do tego z amfiteatrem. Początkowo małym, a dzisiaj – już po trzech (!) przebudowach – mogącym pomieścić 11 tysięcy widzów. Muzyczna przygoda zaczęła się w 2007 r. skromnie, od polskich zespołów, a potem formacji The Animals, nieco zapomnianej gwiazdy lat 60. I to w mocno zmienionym składzie.

Z roku na roku liczba wykonawców się zwiększała, choć dalej były to gwiazdy raczej już zapomniane, a do tego w mocno pozmienianych składach. No i nie pierwszej wielkości nawet w okresie szczytu swojej popularności. Chris Norman, Middle of the Road, Slade, Nazareth, Bonnie Tyler, Sweet, T.Rex, The Troggs czy Budgie – nigdy nie należały do rockowej ekstraklasy świata. Festiwal miał jednak swój niepowtarzalny klimat, był przeciwieństwem rozpędzającego się wtedy do gigantycznych rozmiarów gdyńskiego Openera. Przeciwieństwem nie tylko jeżeli chodzi dobór wykonawców – bo przecież różnica wieku pomiędzy artystami na jednym i drugim wynosi przynajmniej 30, 40 lat – ale i klimat. „Legendy” rozpędzały się siłą pasji twórcy Charlotty Mirosława Wawrowskiego i skupionych wokół niego ludzi, a także rosnącego grona fanów. Bliskością artystów z publicznością.

Co ważne, w odniesieniu sukcesu liczył się nie tylko budżet. Ważna jest też solidność, a co za tym idzie, rekomendacje, bo przecież management każdego liczącego się artysty zaczyna rozmowy od weryfikacji organizatora koncertu. Na to też Wawrowski zapracował. No i znalazł sposób, jak ominąć drogich pośredników czy monopolistów, jak Live Nation. Pojechał do Los Angeles i zaczął szukać kontaktów. Udało się. Stąd po kilku latach przyszedł czas na coraz „świeższych” wykonawców, a przede wszystkim ekstraklasę, czyli tych, co w światowym rocku mieszali najbardziej. Najpierw był więc Deep Purple, potem połowa The Doors, Santana, aż wreszcie w 2014 r. Bob Dylan i rok później Robert Plant, wokalista Led Zeppelin.

W roku jubileuszowym też będzie bardzo ciekawie. Co dalej? Logicznie rzecz biorąc, może za kilka lat pojawi się Iron Maiden, Metallica, Guns N’ Roses, The Cure? Potem Faith No More, Soundgarden i Green Day? A za 20 lat? Być może gwiazdy dzisiejszego Openera, warszawskiego Orange, duńskiego Roskilde albo angielskiego Glastonbury. Teraz wszystko wydaje się możliwe.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Wielki piec w Krakowie ożyje w marcu

Wielki piec w krakowskiej hucie im. T. Sendzimira prawdopodobnie wznowi działalność w połowie marca. ...

Obrazy wciąż malowane

Co roku wysadzamy ponad 80 tysięcy tulipanów, które kwitną głównie w maju. Po tym ...

Mniejsze bezrobocie, nowe inwestycje. Taki był 2019 rok dla lubelskiej gospodarki

Intensywny rozwój branży IT/BPO i nowe inwestycje przemysłowe to, obok spadającej stopy bezrobocia, najważniejsze ...

Paradoks: powietrze w małych miastach może szkodzić bardziej niż w metropolii

O ile duże miasta mogą się pochwalić tysiącami usuniętych kopciuchów, o tyle małe ośrodki ...

Miesiąc ograniczenia wolności za palenie węglem w piecu

Sąd Rejonowy dla Krakowa-Śródmieścia uznał za winnego mieszkańca, który spalał w piecu centralnego ogrzewania ...