Koniec kariery czeka każdego. A co potem?

Łukasz Fabiański w drogę do kariery w angielskiej Premier League wyruszał z przygranicznych Słubic. Za każdym razem, gdy wraca do rodzinnego miasta, witają go tłumy kibiców
Fotorzepa/Piotr Nowak

Zawodnicy jeszcze przed zakończeniem występów wspierają inicjatywy w rodzinnych stronach. Na emeryturze lubią angażować się w politykę lub samorząd.

Informacja dziennika „Sport” zelektryzowała kibiców pod koniec lipca. Wisła Kraków miała przed sezonem ogromne problemy finansowe i przez jakiś czas istniała nawet obawa, że z powodu konfliktu z miastem, dotyczącego długu za użytkowanie stadionu przy ul. Reymonta, będzie musiała swoje mecze rozgrywać poza miastem.

Wtedy rękę do Białej Gwiazdy wyciągnął Jakub Błaszczykowski. Piłkarz VfL Wolfsburg udzielił Wiśle pożyczki w wysokości ponad miliona złotych. – Ile dokładnie? Tego nie udało mi się ustalić, bo piłkarz nie ma zamiaru chwalić się tym gestem. W klubie również spuścili na tę sprawę zasłonę milczenia – napisał dziennikarz Mateusz Miga.

Błaszczykowski był zawodnikiem Wisły od lutego 2005 do lipca 2007 roku. Do Krakowa trafił z IV-ligowego Klubu Sportowego Częstochowa, a Wisła musiała wówczas zapłacić za niego ok. 70 tys. zł i dorzuciła trochę sprzętu sportowego.

To w Wiśle Błaszczykowski dał się zauważyć agentom zagranicznych klubów. Po nieudanym sezonie 2006/2007, kiedy krakowianie zajęli ósme miejsce w ekstraklasie, reprezentant Polski przeszedł do Borussii Dortmund za ok. 3 mln euro. Przebicie było więc ponad 160-krotne.

– Znam wielu ludzi z moich czasów w Wiśle, którzy nadal są w klubie. Nie zapominam wspólnych czasów. Zawsze pamiętam, co oni dla mnie zrobili. Dostałem od Wisły wielką szansę i nigdy nie zapomnę, kto mi ją dał. Tylko dzięki Wiśle Kraków wszedłem do zawodowej piłki. To był bardzo ważny krok i za niego chcę na koniec kariery powiedzieć „dziękuję”. Taki jest plan, by zagrać tam na koniec kariery. Już przy transferze do Borussi powiedziałem, że chciałbym skończyć karierę w Wiśle. Ale może też wyjść inaczej, tego nigdy nie wiadomo – mówił 32-letni zawodnik w styczniu, w rozmowie z kibicowskim portalem Borussii Dortmund schwartzgelb.de.

Milion złotych pożyczki to dla reprezentanta Polski nie pierwszy taki gest. Już wcześniej wspomagał Wisłę finansowo – brał udział w zbiórkach crowdfundingowych. Angażował się też w akcje charytatywne prowadzone przez klub i kibiców.

„Sam fakt, że byli zawodnicy, którzy z sukcesami kontynuowali karierę w kraju i za granicą, wciąż czują się częścią wiślackiej rodziny, napawa nas dumą i pokazuje, że wartości Wisły Kraków pozostają żywe w ich sercach. W ostatnich dniach wsparcie, jakie otrzymaliśmy od nich oraz naszych fanów, powoduje, że wszyscy w klubie jesteśmy zjednoczeni w dążeniu do wspólnego celu. Szanując prośbę zawodników, nie ujawniamy ich nazwisk, a dziękując im za pomoc, składamy w imieniu całego klubu obietnicę, że w nowym sezonie damy z siebie wszystko” – deklarowała prezes Wisły Marzena Sarapata, dziękując Błaszczykowskiemu i innym byłym zawodnikom, którzy pomogli 13-krotnemu mistrzowi Polski uzyskać licencję na grę w nowym sezonie.

Co będzie dalej? – My sportowcy musimy mieć świadomość, że warto zadbać o to, czym będziemy się zajmowali po zakończeniu kariery – mówił Błaszczykowski w jednym z wywiadów. Niektórzy widzą go nawet jako przyszłego selekcjonera reprezentacji, płynnie przechodzącego z roli trenowanego do szkolącego. Czy Kubę można ubrać w trenerski garnitur, jak zrobił to Real Madryt z Zinedine’em Zidane’em albo Barcelona z Pepem Guardiolą? – Jestem za! Jak widać, w wielu krajach idzie to w tym kierunku – zwracał uwagę Stefan Szczepłek, dziennikarz „Rzeczpospolitej”.

Akademie jak grzyby po deszczu

Na pewno w Krakowie hitem byłaby szkółka dla dzieci. To bardzo popularny w ostatnim czasie kierunek dla emerytowanych piłkarzy, którzy czasami biorą aktywny udział w życiu takiej akademii, czasem tylko użyczają nazwiska jako marki.

Bodaj najsłynniejszą jest Akademia Piotra Reissa, powstała w 2010 roku. Przez osiem lat wypracowała sobie renomę nie tylko w Wielkopolsce, gdzie jej założyciel – były zawodnik Lecha Poznań, który w barwach Kolejorza rozegrał ponad 300 spotkań – jest legendą. Szkółka rozrastała się z roku na rok i dziś trenuje kilka tysięcy dzieci. Filie Akademii powstały w 160 miejscach, zdobywając przyczółki także w województwach: lubuskim, zachodniopomorskim, kujawsko-pomorskim i łódzkim.

Pomarańczowe stroje zawodniczek i zawodników Akademii Reissa (na treningi zapraszane są dzieci w wieku od czterech lat) są rozpoznawalne w Poznaniu i okolicach. Rodzicom nie przeszkadzają kontrowersyjne momenty w karierze założyciela, w tym postawienie mu w 2009 roku zarzutów korupcyjnych. Reiss nigdy jednak nie został skazany. Komisja dyscyplinarna PZPN w 2014 roku orzekła karę dwóch lat dyskwalifikacji w zawieszeniu na trzy lata. Piłkarz odwołał się i po miesiącu uchyliła ją Najwyższa Komisja Odwoławcza.

Reiss nie jest już faworytem kibiców Lecha, m.in. po tym, jak skrytykował grę poznańskiego klubu na licencji Amiki Wronki. Fani Kolejorza szybko wytknęli mu, że fakt ten nie przeszkadzał mu, gdy w 2006 roku grał w „przeniesionej” do Poznania Amice, a później był pracownikiem klubu. Na dodatek Akademia Reissa, współpracująca z Zagłębiem Lubin i Pogonią Szczecin, jest największym konkurentem… akademii Lecha Poznań.

Model Akademii Reissa sprawdza się m.in. dlatego, że twórcy szkółki nie zamknęli się w wielkich miastach. – Chcemy dać szansę rozwoju zawodnikom z mniejszych miejscowości. Według nas przyszłość piłki to również małe miasteczka i wsie. Chcemy dać wszystkim równe szanse i wychować zawodnika, który poradzi sobie na poziomie ekstraklasy czy I ligi. Fajnie by było, gdyby udało się wyszkolić reprezentanta kraju. Celem nadrzędnym jest to, aby w lokalnych klubach w końcu zaczęli grać wychowankowie z danej miejscowości czy gminy – mówił Piotr Reiss przy okazji zakładania w tym roku oddziału akademii w Łęczycy w województwie łódzkim.

Małopolskie zagłębie

Śladami Reissa poszli inni piłkarscy emeryci, a prawdziwym zagłębiem takich ośrodków jest województwo małopolskie, gdzie powstały: założona na zgliszczach Hutnika Kraków Akademia Sportu Progres, której patronem był (ponieważ od nowego sezonu szkółka przekształca działalność) Jerzy Dudek; Akademia Piłkarska 21 im. Henryka Reymana, powstała z inicjatywy Tomasza Frankowskiego i Mirosława Szymkowiaka; Akademia Piłkarska Grzegorza Mielcarskiego i – najmłodsza – Akademia Futbolu z Głową, czyli z Arkadiuszem Głowackim.

– Sam wychowałem się na osiedlowym boisku, dlatego na takich obiektach prowadzić będziemy zajęcia. Blisko domu, wśród koleżanek i kolegów, ale jednocześnie pod okiem wykwalifikowanych trenerów – mówi Głowacki, sześciokrotny mistrz Polski, 29-krotny reprezentant kraju i uczestnik mundialu w Korei.

Powstają już akademie tylko dla bramkarzy. Najsłynniejsza to Akademia Bramkarska Bogusław Wyparło i Robert Mazur, która pierwotnie nazywała się AB Bodzio W. To nie spodobało się firmie meblarskiej Bodzio, która uznała, że boiskowy pseudonim Wyparły narusza jej prawa. I wygrała sprawę przed sądem, a były golkiper musiał jeszcze zapłacić grzywnę. „Szkoda się denerwować, po meble idziemy do Ikei” – żartowali w 2015 roku twórcy szkółki. Akademii nie zamknęli, pracują z młodzieżą z województwa podkarpackiego do dzisiaj.

Śladami piłkarzy nożnych idą przedstawiciele innych, mniej masowych dyscyplin – od kameralnej szkółki żużlowej Janusza Kołodzieja w Tarnowie po inicjatywy Artura Siódmiaka. Szczypiornista, który zasłynął bramką zdobytą rzutem przez całe boisko w 2009 roku na mistrzostwach świata w Chorwacji, organizuje od 2005 roku Największą Lekcję WF-u, która promowała się hasłem: „Zwolnienie z WF-u to obciach”. – Warto trenować. Wiadomo, może być wygoda, aplikacje wszystko za dzieciaki zrobią i po co się pocić. My tłumaczymy, że sport to może być ujście dla negatywnych emocji po matematyce czy geografii. To bardzo ważne, by to wszystko było zrównoważone – mówił były piłkarz ręczny.

Kiedy w listopadzie 2017 roku udało mu się na warszawskim Torwarze zgromadzić łącznie kilka tysięcy dzieci, zadeklarował, że kolejną edycję chce przenieść na jeden z obiektów piłkarskich, tak by w jego lekcji WF-u wzięło udział ok. 20 tysięcy osób.

Skalą przedsięwzięcia i rozmachem w promocji może się z Siódmiakiem równać tylko Marcin Gortat, który już od 11 lat organizuje obozy, z angielska nazywane campami, dla młodych adeptów koszykówki. Impreza już dawno wyszła poza Łódź, gdzie miała swoje początki.

– Robienie campów w Polsce nie jest łatwe. Pod względem organizacyjnym to jest kawał ciężkiej roboty. Bez pomocy całego sztabu współpracowników i sponsorów byłoby bardzo trudno – mówił Gortat w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Teraz na rozpoczęcie campu przyjeżdża prezydent Andrzej Duda, a w kończącym obozy meczu Gortat Team vs Wojsko Polskie, z którego dochód przeznaczony jest na Fundację Marcina Gortata MG13 Mierz Wysoko, udział biorą gwiazdy telewizji i sportu, jak Joanna Liszowska i Antoni Królikowski, Agnieszka Radwańska i Łukasz Fabiański.

Honorowi promotorzy

Łukasz Fabiański wciąż buduje swoją karierę, ale gdyby zechciał wrócić do rodzinnych Słubic, byłby noszony na rękach. Z przygranicznego miasta wyjechał w wieku 15 lat. Teraz okazjonalnie tam wraca i na każdym spotkaniu witają go tłumy kibiców. W marcu odebrał tytuł honorowego obywatela Słubic. – Zostać honorowym obywatelem swojego miasta to wielka sprawa – podkreślał zawodnik.

Podobne wyróżnienie w Łowiczu spotkało Macieja Rybusa, honorowym obywatelem województwa łódzkiego w czerwcu został Zbigniew Boniek. Ale największe zainteresowanie wzbudził w lutym przyjazd do Opola Miroslava Klose. Wniosek o nadanie aktualnemu wówczas mistrzowi świata honorowego tytułu złożyła Mniejszość Niemiecka.

– Ostatnio byłem w okolicy Opola cztery lata temu. Pamiętam z dzieciństwa, że na Chabrach były bloki i tam strzelałem swoje pierwsze gole. Wiem, że tu się urodziłem. Jest dla mnie ważne, żeby moje dzieci o tym pamiętały i odwiedzały to miasto – mówił niemiecki piłkarz, który do RFN wyjechał z rodziną w 1987 roku, gdy miał dziewięć lat.

Ale dla niektórych byłych sportowców honorowe tytuły czy nawet rozwój sportu w lokalnej społeczności to za mało. Najczęściej idą wówczas w politykę, często z powodzeniem. W ostatnich wyborach parlamentarnych do Sejmu dostali się piłkarz Roman Kosecki, siatkarz Paweł Papke, wioślarze Tomasz Kucharski i Adam Korol (który wcześniej przez pół roku był ministrem sportu), młociarz Szymon Ziółkowski. W poprzedniej kadencji w sejmowych ławach zasiadali Jan Tomaszewski, Jagna Marczułajtis, Leszek Blanik czy legenda wrocławskiej koszykówki Maciej Zieliński.

Nie jest to tylko polska specyfika, bo w styczniu prezydentem Liberii został ekspiłkarz George Weah, karierę w czeskim parlamencie robi były skoczek Jakub Janda, a do brazylijskiego senatu dostał się pamiętny duet z mistrzostw świata w 1994 roku Romario – Bebeto.

Rządy sportowców

Na szczeblu samorządowym wyróżnia się Witalij Kliczko, od 2014 roku mer Kijowa. W Polsce sportowców-parlamentarzystów można policzyć łatwo, ale na poziomie lokalnym potrzebne byłoby już wydanie antologii. Trudno znaleźć radę miasta bez sportowca lub sportowego działacza. W Gorzowie Wielkopolskim rajcami są Piotr Paluch – były żużlowiec, Halina Kunicka – mistrzyni Europy Fitness z 1998 i 2002 roku oraz Tomasz Rafalski – były piłkarz ręczny (i syn Elżbiety, minister rodziny, pracy i polityki społecznej), a do tego trzeba dodać Jerzego Synowca, byłego prezesa żużlowej Stali.

Wszystkich radnych-sportowców jesienią może przebić Bogdan Wenta, który w 2014 roku został europosłem. W marcu ogłosił, że weźmie udział w wyborach na prezydenta Kielc. I od razu został liderem sondaży. – Na stanowisku prezydenta nie będę się stawiał w roli eksperta we wszystkich sprawach. Mam zamiar otoczyć się ludźmi, którzy w każdej dziedzinie będą najlepiej zorientowani. Ale na pewno jednym z ważniejszych działań będzie zatrzymanie młodych ludzi w Kielcach, czyli przyciągnięcie większej ilości przedsiębiorców, którzy sprawią, że będą miejsca pracy – mówił w rozmowie z lokalnym dziennikiem „Echo Dnia”.

Według sondaży Wenta wygrałby wybory w drugiej turze, pokonując urzędującego od 2002 roku Wojciecha Lubawskiego, jeśli zdecyduje się na kolejny start. Poparcie dla Wenty jest tak duże, że mógł sobie pozwolić nawet na rezygnację z poparcia Platformy Obywatelskiej, z list której wszedł do Parlamentu Europejskiego. Wie, że choć Kielce to przede wszystkim piłka ręczna, jako samorządowiec nie będzie się mógł skupiać tylko na jednej dziedzinie. – Nie da się rozwijać miasta wokół jednej idei – powiedział w Radiu Kielce.

Ułożenie stosunków z klubem PGE VIVE i prezesem Bertusem Servaasem będzie ważne od samego początku. Ten ostatni prosił ostatnio miasto o dodatkową dotację na klub mistrzów Polski, w wysokości 4,5 mln zł. Prezydent Lubawski odmówił: jego zdaniem Kielc na to nie stać. Wentę może czekać trudna rozmowa z dawnym pracodawcą.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Lublin stawia na nowe technologie

Dynamiczny rozwój miasta jest ściśle związany z wyznaczonymi przez strategię miasta branżami priorytetowymi takimi ...

Samorząd powinien integrować mieszkańców poprzez technologie

Najbardziej zaawansowane informatycznie urzędy są nie tylko w dużych miastach – mówi Jarosław Jastrzębski, ...

Dwa wyzwania dla rządu i samorządu

Finanse publiczne i oświata wymagają rozwiązań systemowych – pisze prezydent Szczecina. Mamy przed sobą ...

Gliwicom z Unią po drodze

Gliwice świętują 15. rocznicę przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Skok cywilizacyjny, który dokonał się ...

Pakiet 2.0 na ratowanie zdrowia

Ponad 60 mln zł trafi do służby zdrowia, straży pożarnej i samorządów w Zachodniopomorskiem. ...

Brak lokali blokuje realizację wyroków

Miasta potrzebują kilku lat, by dostarczyć mieszkanie pod najem socjalny swoim najuboższym mieszkańcom oraz ...