Czekając na halę

Stal Gorzów ma za sobą bardzo udany sezon i ma szansę dołączyć do krajowej czołówki.
Fotorzepa, Marcin Szarejko

Rosną szanse na start gorzowskich szczypiornistów w rozgrywkach PGNiG Superligi. Choć Stal zajęła drugie miejsce w tabeli pierwszej ligi, to propozycję dołączenia do najlepszych drużyn w kraju i tak otrzymała.

Przed startem rozgrywek ambicje Kancelarii Andrysiak Stali Gorzów – bo pod taką nazwą formalnie zespół występował – wcale nie sięgały Superligi. – Zawsze mówię, że pierwsza liga to jest minimum, które Gorzów powinien mieć. Osiągnęliśmy to minimum i na pewno będzie potrzeba jednego czy dwóch sezonów, żeby się zaaklimatyzować, popatrzeć co dalej – mówił dla „Sportowych Faktów” po sezonie 2015/2016 ówczesny szkoleniowiec Janusz Szopa.

Po jego wodzą drużyna awansowała do pierwszej ligi w efektowny sposób – przez cały sezon przegrała tylko jedno spotkanie – z GKS Żukowo, który na finiszu wyprzedziła… o punkt.

Czas zmian

Zaplecze Superligi to już jednak inny poziom. Dlatego przed startem rozgrywek w zespole doszło do wielu zmian. Szopę na stanowisku trenera zmienił doświadczony Dariusz Molski, były bramkarz, zachwycający kibiców ułańską fantazją w kontrach i efektownie wykonywanymi rzutami karnymi. Razem z nim z Mebli Wójcik Elbląg przyszli obrotowy Oskar Serpina (przy okazji przejął opaskę kapitańską) oraz rozgrywający Stanisław Gębala. Z kolei z MMTS Kwidzyn dołączył skrzydłowy Aleksander Kryszeń. Transfery okazały się trafione – była to trójka najskuteczniejszych zawodników Stali w pierwszej lidze. Duże znaczenie miało też pozyskanie bramkarza Nielby Wągrowiec, wychowanka Wisły Płock, Cezarego Marciniaka.

Początek sezonu Stal miała dobry, bo po raz pierwszy przegrała dopiero w dziesiątej kolejce, po drodze jednak trzy razy remisując. Ostatecznie w 13 meczach pierwszej rundy zgromadziła 18 punktów, plasując się na czwartej pozycji. Start – jak na beniaminka – lepiej niż dobry, ale trener Molski nie był do końca zadowolony. – Między sobą zakładaliśmy, że zdobędziemy 20 punktów i trochę to boli, jeśli coś się planuje i się tego nie realizuje. Trzeba wyciągnąć wnioski. Pretensje możemy mieć jednak tylko do siebie – mówił szkoleniowiec. Skomentował też sporą liczbę remisów. – Te remisy w piłce ręcznej to rzecz raczej rzadko spotykana. Dużo było szczęścia, dlatego że dwa mecze mogliśmy przegrać, a szczęśliwie zremisowaliśmy – powiedział.

Lewoskrzydłowy Stali Mateusz Stupiński był o wiele bardziej zadowolony. – Wydaje mi się, że czwarte miejsce jest troszeczkę zaskoczeniem i dla nas, i dla kibiców czy klubu. Przed sezonem chyba nikt się nie spodziewał, że będziemy aż tak wysoko. Pierwsza runda na pewno na plus – mówił.

Druga była jeszcze lepsza. Wprawdzie na jej początek gorzowianie dość niespodziewanie przegrali w Kościerzynie, ale później wygrali wszystkie pozostałe spotkania, w tym wyjazdowe z ostatecznym triumfatorem grupy A pierwszej ligi – Spójnią Gdynia. Na finiszu Stali zabrakło do zespołu z Trójmiasta jednego punktu. A hala w Gorzowie pozostała niezdobyta dla nikogo.

Już w trakcie rundy trener Molski mówił, że pojawiła się realna możliwość awansu do Superligi. – Stal została zbudowana w sposób przemyślany, ale tak szybka nauka jest dla mnie trochę niespodziewana. Z mojego punktu widzenia nie ma się nad czym zastanawiać i trzeba by było zaatakować Superligę. Czy jesteśmy do tego przygotowani? Nie, ale do odważnych świat należy – mówił w „Sportowych Faktach”.

Wykreować modę

Jak w maju przyznał prezes Stali Gorzów Ireneusz Maciej Zmora, że mimo zajęcia przez drużynę drugiego miejsca w tabeli z PGNiG Superligi pojawiła się propozycja dołączenia do najlepszych drużyn w kraju.

Są argumenty za skorzystaniem z zaproszenia, niestety, są także argumenty przeciw. Za – to przede wszystkim spokój w budowaniu drużyny. PGNiG Superliga staje się ligą zamkniętą – przez dwa lata nie można z niej spaść, o ile tylko spełnia się wymogi licencyjne. Można więc de facto przegrywać wszystko, a jednocześnie spokojnie myśleć o przyszłości. Jest też czas na stworzenie w Gorzowie mody na piłkę ręczną.

– Jeżeli chodzi o budżet, to jesteśmy po wstępnych rozmowach i rysuje się szansa na to, żebyśmy wymaganą kwotę półtora miliona złotych zgromadzili – mówi prezes Zmora. Główny argument przeciw to brak w mieście odpowiedniej hali. Stal swoje mecze dotychczas rozgrywała w hali przy Zespole Szkół nr 20. Pamięta ona poprzednie wcielenia gorzowskiej piłki ręcznej, czyli TKKF Stilon i AZS AWF. Kolejna inkarnacja – GSPR – z powodu remontu powstałego w 1998 roku obiektu, musiał przenieść się aż do podgorzowskiego Deszczna. Hala ZS 20 mieści około 500 widzów. Prezes Zmora zwraca uwagę, że ten obiekt „to nie jest poziom superligowy”.

Temat budowy dużego obiektu sportowo-widowiskowego powraca w mieście od lat. Wiele wskazuje na to, że tym razem inwestycja wreszcie ma szansę na realizację. Hala miałaby powstać w sąsiedztwie zbudowanego w 2002 roku Centrum Sportowo-Rehabilitacyjnego „Słowianka”, na które składa się przede wszystkim basen olimpijski i lodowisko. Projekt hali przedstawili pod koniec maja architekci – miałaby ona pomieścić do 4,5 tys. osób (w tym tysiąc na trybunach przenośnych lub rozsuwanych), ale głównej arenie towarzyszyłyby także: sala lekkoatletyczna, sala rozgrzewek i centrum konferencyjne. Prezes Zmora zauważa jednak, że choć decyzja polityczna w sprawie budowy już praktycznie zapadła, to do tej pory w ziemię nie została wbita ani jedna łopata, nic nie jest przesądzone, a przy sprzyjających warunkach obiekt byłby gotowy najwcześniej za dwa lata.

Na owe sprzyjające warunki jakaś szansa jest. We wtorek 30 maja radni PiS Paweł Ludniewski i Tomasz Rafalski (były piłkarz ręczny!) poinformowali, że Gorzów może liczyć na ponad 3 mln zł z Ministerstwa Sportu na remont infrastruktury sportowej, ale w kwocie tej nie zawiera się jeszcze budowa hali. – Doskonale wiemy, że istnieją bardzo duże szanse, jeżeli tylko miasto spełni wszystkie warunki, żeby zrealizować w Gorzowie tę wielką inwestycję, na którą wszyscy czekamy, czyli halę sportową – mówi Ludniewski. Można być dobrej myśli, bo radni mogą liczyć w tej kwestii na wsparcie z samej góry – radny Tomasz Rafalski to syn minister rodziny, pracy i polityki społecznej w rządzie Beaty Szydło – Elżbiety Rafalskiej.

Marketingowe dylematy

Czy jednak na pewno taki obiekt jest w mieście potrzebny? Krytycy powołują się na przykład Szczecina i jego przeinwestowanie. Miejscowe drużyny z radością przywitały wybudowaną w 2014 roku za blisko 190 mln zł Azoty Arenę. Teraz odwracają się od niej i wolą grać w 30 lat starszej hali przy ul. Twardowskiego czy nawet w Policach, gdzie siatkarze Espadonu Szczecin przenieśli swoje ostatnie dwa mecze w PlusLidze. Dlaczego? Niewiele ligowych spotkań przyciąga na trybuny więcej niż tysiąc widzów. To ma wpływ na zyski z biletów, które często nie wystarczają na pokrycie wysokich kosztów organizacji meczów w Arenie. Miasto Szczecin tylko przez rok finansowało swoim klubom koszty wynajmu. Teraz muszą płacić na komercyjnych warunkach.

Jeśli więc problemy z frekwencją i utrzymaniem hali ma 400-tysięczny Szczecin, to czy w 120-tysięcznym Gorzowie będzie lepiej? Dużo zależy od marketingu, a tym w mieście akurat mogą się pochwalić. Do żużlowej Stali należy najwyższa średnia frekwencja na meczach ekstraligi w 2016 roku – statystyczne spotkanie oglądało ponad 12 tys. kibiców. Duża w tym rola akcji marketingowych, prowadzonych przez klub. Dla przykładu w jednej z nich żużlowcy kierowali taksówkami i swoim pasażerom wręczali bilety na mecze.

Reaktywacja sekcji piłki ręcznej w ramach kojarzonego przede wszystkim z żużlem klubu wpisuje się w szerszy, ogólnopolski trend łączenia pod najlepszą w danym mieście marką różnych dyscyplin. Tak robi pobliska Zielona Góra, gdzie już nie tylko żużlowcy, ale i piłkarze grają pod szyldem Falubazu. Jako GKS Katowice grają oprócz piłkarzy hokeiści, a od niedawna także siatkarze. W stolicy jak dawniej – Legia to nie tylko piłka nożna, lecz także koszykówka (właśnie awansowała do ekstraklasy), siatkówka i znów waterpolo.

Obecnie oprócz żużla w Gorzowie z popularnych sportów drużynowych w najwyższej lidze grają tylko koszykarki AZS AJP. Czas na więcej.

Mogą Ci się również spodobać

Bez samorządów nie da się rządzić

Samorządy już dzisiaj cerują dziury państwa. Jak zostaną im odebrane pieniądze, to nie tylko ...

Europa opiera się na solidarności

Wielkopolska jest trochę ofiarą własnego sukcesu – mówi Marek Woźniak, marszałek województwa wielkopolskiego.

Samorząd powinien integrować mieszkańców poprzez technologie

Najbardziej zaawansowane informatycznie urzędy są nie tylko w dużych miastach – mówi Jarosław Jastrzębski, ...

Nowe pomysły na reformę służby zdrowia

Zamiast wojewódzkich oddziałów NFZ sprawami zdrowia kierować by miały samorządy wojewódzkie.

Powrót kin do małych miast

Domy kultury czy biblioteki mogą skorzystać z dofinansowania do zakupu projektorów cyfrowych. Dzięki temu ...

Miejsce tylko na zebrania, nie na imprezy

Organizowanie w sali wiejskiej przyjęć weselnych było niedozwoloną zmianą sposobu jej użytkowania.