Panie prezydencie, ile linii trolejbusowych jest obecnie w Tychach?

A, B, C, D, E, F, G, H. W sumie osiem.

Przez drogi prąd miasto zrezygnowało bądź zrezygnuje z części trolejbusów, jak zrobił Lublin, zastępując takie pojazdy zwykłymi autobusami? Czy na razie nie ma takiej potrzeby?

Nie, absolutnie nie. Jesteśmy częścią Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, a przetarg na dostawę energii elektrycznej jako metropolia ogłosiliśmy w ub. roku. Mamy kontrakt na dwa lata, na ten i przyszły rok. Płacimy ponad 500 zł za megawatogodzinę. Więc w dzisiejszych czasach to nawet mniej niż ta zamrożona cena, gwarantowana przez rząd. My problemów z kosztami energii elektrycznej na razie nie odczuwamy. Wręcz odwrotnie. Gaz podrożał zdecydowanie bardziej, a mamy sporo taboru autobusowego na gaz CNG, więc tym bardziej trolejbusów nie będziemy ograniczać.

Niedawno informował pan, że szukając oszczędności i możliwości ograniczenia zużycia energii, miasto pracuje nad systemem automatyzacji oświetlenia miejskiego. Dzięki temu nawet o 30 proc. mogą spaść wydatki na oświetlenie ulic. Kiedy to rozwiązanie może zostać wdrożone?

To jest jakby drugi etap. Pierwszy był możliwy tylko dlatego, że kilka lat temu wykupiliśmy od Tauronu oświetlenie uliczne, bo jak wiadomo w większości gmin w Polsce oświetlenie uliczne jest własnością przedsiębiorstw elektro-energetycznych, a to znacznie ogranicza możliwości działania.

Dla firm nie jest to biznes i one się tym nie zajmują, a nam udało się wykupić za kilka milionów złotych to oświetlenie z Tauronu. Pozyskaliśmy na to środki unijne – ponad 30 mln zł – i dzisiaj mamy już 100 proc. oświetlenia ledowego. I tylko dzięki tej operacji płacimy o 2/3 mniej za oświetlenie ulic. A jeszcze na tej 1/3 staramy się coś oszczędzić, wykorzystując możliwości techniczne lamp ledowych i regulując oświetlenie uliczne w zależności od natężenia ruchu, od potrzeb. I to powinno zmniejszyć nam dodatkowo wydatki na oświetlenie o kolejne 30 proc. To już jest kosmetyka. Najważniejsza sprawa została wcześniej zrobiona poprzez wymianę tradycyjnych lamp sodowych na ledowe.

Czy miasto szuka innych sposobów czy oszczędności, by mniej płacić za prąd?

Jeżeli chodzi o zmniejszenie zużycia energii elektrycznej, możliwości są raczej ograniczone. Trudno w szkołach wyłączyć co drugą lampę. Nie o to chodzi. Poza tym te ceny za energię elektryczną, które my mamy, są na stałym poziomie i tutaj nie ma jakiegoś dramatu. Ale rzeczywiście oszczędzać trzeba zawsze, więc robimy przeglądy dotyczące źródeł oświetlenia, tak by w szerszym zakresie stosować energooszczędne.

Ale przede wszystkim będziemy oszczędzać energię cieplną. Do szkół poszły dyspozycje, by po zakończeniu zajęć trochę to ogrzewanie zmniejszyć, a potem wcześnie rano, zanim dzieci przyjdą, ponownie je odkręcić, aby było cieplej. To są takie działania rutynowe, które obowiązują zawsze, a teraz przy tym kryzysie szczególnie zwracamy na to uwagę.

Czytaj więcej

Ustawa przyjęta, samorządy będą sprzedawać węgiel. Także w aglomeracjach

A panele fotowoltaicznie pojawiają się na szkołach w Tychach i innych obiektach użyteczności publicznej?

Tak. I to nie tylko na budynkach użyteczności publicznej, ale też na domach mieszkalnych. Już 700 domów ma zainstalowanych fotowoltaikę, by wyeliminować inne, bardziej emisyjne źródła ogrzewania. Ale oczywiście na instytucjach publicznych też je montujemy.

Rozbudowujemy ośrodek rehabilitacyjny, a teraz przystępujemy do projektowania paneli fotowoltaicznych. Kiedyś nie myślano o fotowoltaice, ale kryzys energetyczny spowodował, że zaprojektujemy i zbudujemy na dachu taką instalację. To jeden z przykładów, który świadczy o tym, że pilnujemy sytuacji, by maksymalnie wykorzystać OZE.

Większe doświadczenie mamy, jeśli chodzi o biogaz. Fotowoltaika to jest źródło, które pracuje tylko przez 12 proc. czasu w roku, a biogaz można zamieniać na ciepło i na energię elektryczną w dowolnym momencie.

A tego biogazu mamy bardzo duże ilości, bo nasza oczyszczalnia tyle go produkuje, że wystarcza w 100 proc. na własne potrzeby energii elektrycznej i cieplnej np. dla aquaparku. Dodatkowo sprzedaje do sieci tyle, że moglibyśmy zasilić wszystkie nasze trolejbusy. Ale nie jest to możliwe ze względu na nasze prawodawstwo, które nakazuje nam resztę wytworzonej tak energii odsprzedać po 100 kilkadziesiąt złotych do Tauronu. Potem tę samą energię odkupujemy za ponad 500 zł. Więc wychodzimy na tym interesie tak jak Zabłocki na mydle, ale jest to w interesie społecznym, więc powiedzmy, że spółka bardzo dużo energii produkuje, a potem sprzedaje.

Jak pan powiedział, w najbliższym roku Tychów to nie dotyczy, ale czy wierzy pan w zapewnienia rządu, że samorządy i podmioty wrażliwe będą mogły liczyć na 785 złotych za megawatogodzinę w przyszłym roku, a nie np. 2,5 tys. zł, jakie oferowały niektórym samorządom koncerny energetyczne?

To 2,5 tys. zł to jest kosmos. My, jak już powiedziałem, do końca przyszłego roku mamy prąd za nieco ponad 500 zł, dlatego ten problem na razie nas nie dotyczy.

Ale jak pan patrzy na inne samorządy. Czy rząd dotrzyma obietnicy?

Tak. We wtorek dostałem gotowy projekt ustawy w tej sprawie, który już w środę trafił pod obrady Sejmu. To jest trochę tak, że najpierw ktoś mówił, że za prąd trzeba będzie płacić 2 tys. zł, a potem, że ta cena schodzi na kilkaset złotych – 785 dokładnie. A to jeszcze bez VAT. Z VAT-em będzie tysiąc. I wszyscy są szczęśliwi, a przecież podwyżka i tak jest szokująca, bo jeszcze całkiem niedawno płaciliśmy 200–300 zł za megawatogodzinę. A te nasze ponad 500 zł, które mamy z przetargu, też wywoływało emocje. Zastanawialiśmy się, czy podpisywać umowę, czy też unieważnić przetarg.

A dziś mogę powiedzieć, że Bogu dzięki, że ją podpisaliśmy na dwa lata. Teraz śpimy w miarę spokojnie, jeśli chodzi o ceny energii elektrycznej. Ale ta cena 785 zł za megawatogodzinę dla samorządów to i tak jest bardzo duży skok i wiele gmin będzie miało spore problemy.

Czy w Tychach jest w sprzedaży węgiel? Mieszkańcy mogą go kupić, czy brakuje, jak w całej Polsce?

Spora część naszych mieszkańców pracuje na kopalniach i jakoś własnymi kanałami załatwia sobie ten węgiel. Ale oczywiście nie wszyscy mogli to zrobić, nie wszyscy mogli go kupić. Więc w tej chwili robimy rozeznanie, jakie byłoby zapotrzebowanie i przymierzamy się do tej nieszczęsnej akcji Sasina. Żeby mieszkańcom pomóc.

Czytaj więcej

Coraz droższe bilety i cięcia kursów. "Patrzymy w przyszłość z przerażeniem"

A więc miasto Tychy zajmie się dystrybucją węgla wśród mieszkańców, którzy ogrzewają domy tym paliwem? Czy czekacie na rozwiązania legislacyjne w tym zakresie?

Oczywiście, że czekamy na regulacje prawne w tym zakresie, bo dziś jest to nielegalne. Nie wolno nam tego robić. Jest dużo niewiadomych. Tak się składa, że jestem inżynierem górnikiem i trochę mam pojęcia o węglu, i jak słucham w telewizji, czy czytam w prasie nie tylko rządzących, to włos mi się na głowie jeży. Mamy wiele rodzajów węgla. Jest ich multum.

Po pierwsze nikt nam nie dał odpowiedzi na pytanie, czy dostarczany samorządom węgiel będzie węglem surowym, który trzeba będzie przesiewać, a w takim surowym węglu jest aż 80 proc. miału, a tylko 20 proc. to są asortymenty grube, które interesują przeciętnego Kowalskiego.

Jeśli to będą elementy grube, bo inaczej nie ma sensu wchodzić w taki układ, no to drugie pytanie brzmi: to jest orzech, kostka, groszek? Jaką on ma kaloryczność? Jaką ma zawartość siarki? Jaką wilgotność? Popiół? To wszystko wpływa na cenę.

Nawet czekolady są różne: są gorzkie, mleczne, białe, o różnej zawartości kakao, a w węglu jest jeszcze gorzej, bo tych parametrów, które określają umownie węgiel, jest bardzo wiele. I to od nich zależy cena. A nam się mówi, kupujecie po 1,5 tys. zł za tonę, a sprzedacie po 2 tys. zł. A ja zadaję proste pytanie: co kupujemy? Co mamy temu Kowalskiemu sprzedać? I na to pytanie nikt na razie nie odpowiedział.

Dzięki środkom unijnym Tychy mogły zrealizować wiele inwestycji m.in. w kanalizację, drogi, stacje przesiadkowe, remonty i termomodernizacje szkół, rewitalizacje przestrzeni publicznych, zakup nowoczesnych autobusów czy ochronę środowiska. Co może oznaczać dla polskich samorządów i miast takich jak Tychy brak pieniędzy z KPO, ale też zagrożenie zablokowania funduszy z polityki spójności?

To jest naprawdę katastrofa. Wszyscy wiemy, że te pieniądze decydują przynajmniej o dwuprocentowym wzroście polskiego PKB. A to bardzo dużo. Brak tych pieniędzy oznacza zatrzymanie wszelkiej działalności inwestycyjnej, a dziś wiele samorządów jest na granicy wytrzymałości, jeśli chodzi o budżet. Ministerstwo Finansów poluzowuje nam tę zasadę dotyczącą wydatków bieżących, bo wie, że z tym problemem większość samorządów sobie nie radzi.

My przez lata prowadziliśmy dość oszczędną, wręcz restrykcyjną politykę i teraz mamy zdrowe finanse publiczne, ale to nie oznacza, że tak jest wszędzie. Znakomita większość samorządów ma bardzo trudną sytuację i rok 2023 będzie dla nich na pewno bardzo trudny. A gdyby miało jeszcze nie być pieniędzy na inwestycje, to będzie to po prostu katastrofa.

Od ponad dwóch lat członkiem rady nadzorczej miejskiej spółki Regionalne Centrum Gospodarki Wodno-Ściekowej w Tychach jest prezydent Wrocławia Jacek Sutryk. Jakie względy zdecydowały o tym, że trafił on do rady nadzorczej tej spółki?

To w wyniku głupich zapisów, które wprowadził rząd PiS w 2019 roku, dotyczących tego, że wójt, burmistrz czy prezydent nie może nadzorować spółki, w której jego gmina ma udziały/akcje! Zaczęto stosować w wielu miastach w Polsce takie rozwiązania tzn. sięgać po doświadczonych ludzi z innych miast. Wybór Jacka Sutryka – prezydenta Wrocławia nie był przypadkowy. Tyskie RCGW budując Wodny Park Tychy korzystało z doświadczeń Wrocławia, który taki wodny park już posiadało. Dziś oba parki wodne należą do najlepszych w Polsce! Chciałbym także dodać, że tyskie spółki komunikacyjne należą do najlepszych w Polsce i regularnie otrzymują za to nagrody, więc np. PKM Sosnowiec postanowił skorzystać z moich doświadczeń w tym obszarze i zostałem zaproszony do pracy w Radzie Nadzorczej sosnowieckiego PKM.