Szołtysek: Miasto jest obietnicą

Ludzie zaczynają lubić miasto i się dobrze w nim w czuć, jeśli je trochę znają – mówi prof. Jacek Szołtysek, kierownik Katedry Logistyki Społecznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.

Publikacja: 30.06.2021 10:45

Szołtysek: Miasto jest obietnicą

Foto: AdobeStock

Co właściwie należy rozumieć pod pojęciem jakość życia w mieście?

Prof. Jacek Szołtysek: Na jakość życia możemy patrzeć bardzo różnie, inaczej patrzą na to urbaniści, inaczej demografowie, logistycy, ekonomiści, specjaliści od nauk o zdrowiu czy socjologowie. Każdy z nich ma inne spojrzenie ma miasto. Zaprosiłem naukowców różnych dziedzin do dyskusji na ten temat w publikacji „Jakość życia w mieście. Podejście interdyscyplinarne”. Zastanawialiśmy się, czy można znaleźć wspólny pogląd na to, czym jest ta jakość życia.

Udało się znaleźć wspólne spojrzenie?

Zaproponowałem, byśmy zastanowili się, czy jakość życia w mieście może być porównywana do poczucia szczęścia. I zgodziliśmy się wszyscy, że te dwa pojęcia mogą być usytuowane bardzo blisko siebie. A że szczęście można osiągnąć jedynie w kontaktach z innymi ludźmi, to dbałość o jakość życia w mieście można traktować jako tworzenie takich przestrzeni, w których możemy spotkać innych.

Chodzi o takie spotkania ze znajomymi na kawie czy w kinie?

To też, ale nie tylko. Skąd bierze się taka duża popularność centrów handlowych? By zachęcić ludzi do zakupów, stworzono tam alejki, placyki, postawiono ławeczki, fontanny, obok sklepów są restauracje, kawiarnie, a także kina czy siłownie. Chodzimy tam nie tylko na zakupy, ale po prostu po to, by być wśród innych, poczuć, że nie jesteśmy sami, nie nawiązując przy tym szczególnie kontaktów. Ale proszę zauważyć, że w zasadzie centra handlowe to zreplikowane miasta w mniejszej skali. To ważna wskazówka. Zastanawiając się, kiedy możemy być szczęśliwi, i dochodząc do wniosku, że możemy być szczęśliwi tylko, gdy jesteśmy z kimś, to trzeba dążyć do tworzenia takich przestrzeni miasta, do których ludziom chciałoby się iść. Takich miejsc, gdzie można sobie usiąść, spotkać się, poobserwować innych.

Równie ważne jest, byśmy te miejsca akceptowali, żebyśmy je oswajali, bo ludzie zaczynają lubić miasto i się dobrze w nim w czuć, jeśli je trochę znają. Są w stanie przy zamkniętych oczach wyobrazić sobie, gdzie są, albo wiedzą, gdzie jest sklep z jakimiś nietypowymi rzeczami i jak do niego dotrzeć. Jeśli miasto jest trudne do „opanowania”, nie jesteśmy w stanie się w nim spozycjonować, staje się mniej przyjazne. Tworzenie bardziej przyjaznego miast to zadanie dla urbanistów, którzy mogą porządkować przestrzeń miejską. Możemy też zastosować podejście psychologiczne i tworzyć mapy emocjonalne miasta.

To znaczy?

Można zbadać, jakie emocje wywołują konkretne miejsca w mieście. Mogą to być negatywne emocje, jeśli coś się nam nie podoba, uważamy za brzydkie, niebezpieczne itp. Albo pozytywne, albo w ogólne żadne. Taka mapa ludzkich odczuć może być podstawą dyskusji i decyzji, co w danym miejscu można poprawić, by wyciszyć doznania negatywne lub wzmocnić te pozytywne, albo co zrobić, jeśli te doznania są maksymalnie obojętne. Bo jeśli miejsce jest emocjonalnie obojętne, to znaczy, że nic tam ludzi nie przyciąga i będą je raczej omijać.

Dla władz miejskich to trudne wyzwanie?

W książce „Miasta dla pieszych” piszę o tym, że o sensie miejskości stanowi możliwość spotkania innych ludzi. By to osiągnąć, trzeba przywrócić ulice pieszym. Kiedyś ulice były centrum życia miejskiego, ale samochody zepchnęły ludzi pod domy, na chodniki, na jakieś obrzeża. Byśmy mogli poczuć lepszą jakość życia w mieście, trzeba spowolnić tempo przemieszczania się, a ludzie muszą mieć odpowiednią przestrzeń, bez trujących samochodów, za to zieloną i z czystym powietrzem. Więc dla samorządu to rzeczywiście ogromne wyzwanie.

Trzeba przywrócić ulice pieszym. Kiedyś ulice były centrum życia miejskiego, ale samochody zepchnęły ludzi pod domy, na chodniki, na jakieś obrzeża. Byśmy mogli poczuć lepszą jakość życia w mieście, trzeba spowolnić tempo przemieszczania się, a ludzie muszą mieć odpowiednią przestrzeń, bez trujących samochodów, za to zieloną i z czystym powietrzem. Więc dla samorządu to rzeczywiście ogromne wyzwanie.

Jak ideę miasta spotkań można realizować w wielkich miastach? Rozproszonych, z wieloma dzielnicami, które nie bardzo mają ze sobą coś wspólnego. Szczerze mówiąc, mnie osobiście interesuje to, co się dzieje w mojej okolicy i w centrum Warszawy, inne dzielnice to prawie inne miasta.

Nie jest pani wyjątkiem. Z badań socjologa Witolda Rybczyńskiego wynika, że ludzie bardzo lubią duże miasta, ale swoje emocje przenoszą na dzielnice, kwartały czy osiedla, w których mieszkają, wytwarzając sobie takie małe miasta w wielkim mieście. Dlaczego tak jest? Duże miasta oferują więcej niż małe miasta, ale nie można identyfikować się z dużym miastem w całości, musimy się identyfikować z czymś, co jesteśmy w stanie ogarnąć emocjonalnie. Czujemy się pewniej w miejscu, gdzie wszystko jest znane, gdzie widzimy znajome twarze, czujemy bardziej bezpiecznie itp. Jednocześnie wielkie miasta mają większy potencjał, mają więcej szans ogólnie tworzyć dobrej jakości przestrzeń miejską.

Z czego to wynika?

Po pierwsze, wielkie miasta mają więcej pieniędzy do dyspozycji, szczególnie dotyczy to stolicy i innych centrów biznesowych. Po drugie zaś, do metropolii wciąż napływają nowi mieszkańcy, o różnych poglądach i o różnych doświadczeniach, spotykają się, rozmawiają, a w tej dyskusji wychodzą nowe rzeczy. Taka kulturowa mieszanka pozwala wielkim miastom iść jeszcze bardziej do przodu. Oczywiście miasta mogą odnosić większy lub mniejszy sukces, a jego miarą może być siła, z jaką przyciągają do siebie nowych mieszkańców. Dlaczego ludzie przenoszą się do Warszawy?

Bo oferuje wysokiej jakości rynek pracy, bo można tam znaleźć dobrze płatną pracę?

Oczywiście, tak. Ponadto więcej jest tam imprez, rozrywek, teatrów, lepsi są lekarze, fajniejsze sklepy, jedyne w Polsce metro, superwieżowce itp. To wszystko przesądza, że Warszawa spełnia swoją funkcję obietnicy. Bo miasto jest obietnicą lepszej pracy, spotkania nowych ludzi, sukcesu, po prostu lepszego życia. Są różne teorie w tym zakresie, a jedna z nich mówi o tym, że miasto może odnieść sukces jako miasto kreatywne wówczas, gdy spełnia funkcję trzech T. T jak talent, jak technologia i jak tolerancja. Talent rozumiany jest jako miejsca, gdzie ludzie mogą kształcić się w kontekście swojego rozwoju, czyli szeroko pojęte środowisko akademickie, uczelnie, studenci, naukowcy. Technologie to wszystko, co służy do świadczenia usług na najwyższym poziomie, czy prężnie działające przemysły kreatywne. A tolerancja to akceptowanie innych. Mówi się o tym, że społeczeństwo miejskie powinno być heterogeniczne, nie homogeniczne, nie ma być takie samo, tylko zróżnicowane. Wtedy powstaje ferment twórczy. Warszawa takie funkcje posiada, przyciąga jak magnes kreatywnych ludzi, choć oczywiście ma konkurencję w tym zakresie. Nieźle wypadają Wrocław, Poznań, Gdańsk czy Sopot, który jest mniejszym miastem, ale też przyciąga „kolorowych” ludzi.

Czy to znaczy, że mniejsze miasta wojewódzkie, miasta średnie i małe są z góry skazane na porażkę, bo co do zasady nie mają takiego potencjału co te największe?

Powiedziałbym, że nie są skazane na porażkę. Choć muszą borykać się z pewnym błędem genetycznym. Tak mówiąc w skrócie, proszę spojrzeć, kto zarządza takimi miastami. W radach miejskich i w magistracie zasiadają zwykle ludzie z tych miast i – nikogo nie obrażając – nie mają jakichś wielkich wizji. Raczej załatwiają codzienne sprawy, odpowiadają na bieżące potrzeby mieszkańców, wyremontują drogę, zbudują szkolne boisko, czy zrewitalizują miejski rynek. Mają takie pomysły na rozwój miasta, jakie są oczekiwania ludzi tam mieszkających. A że są to zwykle społeczności homogeniczne, mało zróżnicowane, więc ich oczekiwania mogą być duże, ale niekoniecznie coś zmieniające na lepsze. A przecież małe miasta mogą mieć pomysły na siebie, a nawet muszą je mieć, by zdecydować, jaka będzie ich przyszłość.

To się nawet niektórym udaje.

Rzeczywiście, czasami nawet nie przeszkadza brak pieniędzy. W Teksasie czy na Florydzie są miasta, które wyspecjalizowały w usługach dla osób starszych. Spójrzmy na przykład na Hollywood czy Santa Monica, czyli relatywnie niewielkie miasta przy kolosie, jakim jest Los Angeles, które znalazły swoją przewagę, np. w rozwoju przemysłu filmowego czy też w obszarze zdrowia i rekreacji. Mamy więc miasta nastawione ewidentnie na wypoczynek, turystykę, określone usługi czy podkreślające inne atuty. Miasta mogą stawiać na przewidywalną przeszłość, wzorowaną na innych miastach, ale też wymyślać sobie przyszłość samemu. Trzeba mieć jednak ten pomysł i budować wokół tego całą narrację.

Czyli najwięcej zależy od ludzi?

Oczywiście, to ludzie muszą odnaleźć w sobie ten pomysł, a miasta muszą być odważne w szukaniu i realizowaniu tych pomysłów. Odwaga polega na tym, by sobie i innym powiedzieć, że nie będę centrum wszechświata, bo nie mam na to szans, nie będę drugą Warszawą czy Katowicami. Jak się spojrzy na swoje miejskie DNA, na własne zasoby i wymyśli coś ciekawego, to można sobie stworzyć szansę.

Co właściwie należy rozumieć pod pojęciem jakość życia w mieście?

Prof. Jacek Szołtysek: Na jakość życia możemy patrzeć bardzo różnie, inaczej patrzą na to urbaniści, inaczej demografowie, logistycy, ekonomiści, specjaliści od nauk o zdrowiu czy socjologowie. Każdy z nich ma inne spojrzenie ma miasto. Zaprosiłem naukowców różnych dziedzin do dyskusji na ten temat w publikacji „Jakość życia w mieście. Podejście interdyscyplinarne”. Zastanawialiśmy się, czy można znaleźć wspólny pogląd na to, czym jest ta jakość życia.

Pozostało 94% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Materiał partnera
Udana wycieczka rowerowa? – dobra trasa to dopiero połowa sukcesu
Materiał partnera
Dolny Śląsk wspiera turystykę społeczną
Jakość życia
Regiony biedniejsze rozwijają się, ale bogatych nie dogonią
Materiał partnera
Wrocław inwestuje w zieleń i odnawialne źródła energii
Materiał partnera
Wielkie zmiany w marszałkowskich szpitalach Pomorza Zachodniego