Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego zapowiadane zmiany w unijnym systemie ETS nie przyniosą ulgi lokalnym ciepłowniom.
  • Jak rosnące koszty uprawnień do emisji CO2 przekładają się na ceny ogrzewania dla odbiorców końcowych.
  • Czemu zwłoka w transformacji energetycznej jest ryzykowna, a atrakcyjnych form wsparcia ubywa.
  • Jakie strategie i technologie pozwalają ciepłowniom ograniczyć koszty i ustabilizować ceny dla mieszkańców.

Komisja Europejska w połowie lipca zaprezentowała propozycje zmian w systemie handlu uprawnieniami do emisji CO₂ (ETS). Obejmuje on instalacje grzewcze i spalania o nominalnej mocy cieplnej powyżej 20 MWt. Uczestniczą one w unijnym systemie handlu uprawnieniami do emisji, a mniejsze źródła są z niego wyłączone. Polski rząd obronił w czasie negocjacji m.in. Fundusz Modernizacyjny (wspierający transformację energetyki i ciepłownictwa) czy dalsze istnienie darmowych uprawnień do emisji CO₂ (przyznawane warunkowo). Wywalczono także wolniejsze tempo redukcji uprawnień CO₂, co ma wpłynąć na utrzymywanie cen uprawnień pod kontrolą.

Mimo zapowiedzi zmian w ETS warto zwrócić uwagę na giełdowe ceny uprawnień. – Te rosną, a więc można domniemywać, że zmiany regulacyjne nie generują impulsu do długoterminowego spadku ich ceny. Cena uprawnień jest pochodną cen paliw i presji makro, a efekty zmian w ETS nie przekładają się na widoczny trend spadkowy – mówi nam Małgorzata Niestępska, prezes Elektrociepłowni Ciechanów.

Koszty CO2 dużym obciążeniem

Jak mówi nam Jacek Szymczak, prezes Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie, wpływ systemu ETS na małe i średnie przedsiębiorstwa ciepłownicze jest dziś jednym z najpoważniejszych wyzwań dla sektora. – W wielu lokalnych systemach, które nadal opierają produkcję ciepła systemowego na węglu lub gazie, koszt zakupu uprawnień do emisji CO₂ stał się jednym z kluczowych składników kosztów działalności – podkreśla Szymczak. Jak wskazuje, dla firm o ograniczonym dostępie do kapitału oznacza to, że środki, które powinny być przeznaczane na modernizację i transformację technologiczną, są w pierwszej kolejności wydawane na pokrycie kosztów regulacyjnych.

Co gorsza, konsekwencje tego mechanizmu odczuwają nie tylko przedsiębiorstwa, ale również odbiorcy ciepła systemowego. – Rosnące koszty emisji przekładają się na presję na taryfy, a więc na wydatki gospodarstw domowych, wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych, samorządów, szkół czy szpitali. Jednocześnie pogarsza się bankowalność projektów inwestycyjnych, ponieważ wysokie koszty ETS, niepewność taryfowa oraz długi okres zwrotu zwiększają ryzyko oceniane przez instytucje finansowe – przyznaje.

Czytaj więcej

Prezydent Ciechanowa: Paradygmat „ozesroze” jest trwale zakorzeniony w umysłach

Co innego duże grupy energetyczne, które dysponują znacznie większymi możliwościami zarządzania ryzykiem, dostępem do finansowania i zapleczem eksperckim. – Małe i średnie przedsiębiorstwa lokalne takiego komfortu nie mają. ETS nie może jedynie zwiększać kosztów funkcjonowania sektora. Powinien być powiązany z realnym, dostępnym i przewidywalnym wsparciem inwestycyjnym, tak aby środki pozostawały w przedsiębiorstwach i służyły ograniczaniu emisji, a nie pogłębianiu ich problemów finansowych – apeluje prezes IGCP.

„Opłaty nie mogą rosnąć bez końca”

W podobnym tonie wypowiadają się prezesi lokalnych ciepłowni, których poprosiliśmy o komentarz. Część ciepłowni stara się sobie radzić, wykorzystując uwarunkowania lokalne i np. odbiór ciepła z pobliskich zakładów energetycznych. Tak jest m.in. w Policach. – Opłaty za emisje CO₂ stanowią znaczną część kosztów produkcji ciepła. W PEC Police, dzięki zakupowi ok. 60–65 proc. ciepła odpadowego z Zakładów Chemicznych Police, koszt uprawnień do emisji (ETS) to ok. 10 proc. łącznych kosztów. Gdyby cała produkcja opierała się na węglu, jak w wielu podobnych firmach, udział ten sięgnąłby ok. 35 proc. Ta różnica jest kluczowa dla stabilności finansowej i przystępnych cen dla odbiorców – mówi Cezary Arciszewski, prezes PEC Police.

Jak podkreśla, priorytetem dla PEC jest bezpieczeństwo energetyczne i finansowe odbiorców. – Trzeba uwzględniać możliwości finansowe mieszkańców, bo ceny ciepła to istotny składnik opłat czynszowych. Nie można ich podnosić bez końca. Bezpieczeństwo energetyczne to nie tylko ciągłość dostaw, ale też cena, którą odbiorcy są w stanie zapłacić – mówi prezes.

Czytaj więcej

Jak zdobyć pieniądze na transformację ciepła? Kluczem dla miast jest elastyczność

Transformacja jest konieczna, ale wymaga ogromnych nakładów finansowych. Strategia transformacji ciepłownictwa do 2040 r. szacuje koszty na 197–231 mld zł. – Firmy nie dysponują takimi środkami, dlatego potrzebne jest finansowanie zewnętrzne. Kluczowe jest ograniczanie kosztów ETS poprzez modernizacje, m.in. w kierunku biomasy i kogeneracji. Finansowanie transformacji będzie wieloźródłowe. Wykorzystane zostaną środki publiczne (NFOŚiGW, np. Fundusz Transformacji Ciepłownictwa), fundusze unijne, finansowanie z BGK oraz dług z rynku komercyjnego. Te mechanizmy dopiero startują – wymienia Cezary Arciszewski.

Coraz trudniej o łatwe pieniądze na modernizacje

Nasi rozmówcy radzą nie zwlekać z podejmowaniem decyzji inwestycyjnych. – Nasza firma jest już na zaawansowanym etapie transformacji. Przy produkcji osiągamy ponad 60 proc. udział ciepła z wysokosprawnej kogeneracji i OZE. Planujemy, że po oddaniu w 2026 r. kolejnego źródła OZE udział węgla spadnie z 36 proc. do ok. 20 proc. z roku na rok. Z tego powodu koszty ETS są dla nas już teraz relatywnie mało obciążające. Spółka posiada plan neutralności klimatycznej do 2050 r. i konsekwentnie realizuje strategię inwestycyjną – podkreśla Małgorzata Niestępska.

Jak mówi, wynegocjowane jeszcze przed rewizją ETS dodatkowe 30 proc. darmowych uprawnień dla ciepłownictwa są elementem motywującym do inwestycji. Problemem są jednak pieniądze. – Podmioty modernizujące się w latach 2020–2026 korzystały z wysokich dotacji. Sięgały one nawet 85 proc. dla sieci i 50 proc. dla źródeł. Obecnie typowo dostępne wsparcie jest niższe, bo wynosi jedynie 30 proc. kosztów kwalifikowanych, co wpływa na problem z ekonomicznym uzasadnieniem dla projektów lub po prostu z brakiem możliwości ich sfinansowania – dodaje prezes Elektrociepłowni Ciechanów.

Czytaj więcej

Kolejne źródło wsparcia dla lokalnych ciepłowni. Do wydania będzie 3 mld zł

Niższa dotacja tworzy lukę finansową przy kosztownych projektach odtworzeniowych, co może utrudnić transformację tym, którzy jeszcze jej nie zaczęli. Co więcej, ciepłownie, które nie rozpoczęły transformacji, mierzą się też z rosnącymi cenami ETS i niższą atrakcyjnością mechanizmów wsparcia (KPO, Fundusz Modernizacyjny). – To może pogłębić trudności w transformacji, zwłaszcza przy inwestycjach odtworzeniowych bez dodatkowych strumieni przychodów – dodaje Małgorzata Niestępska.

Jak wskazuje, tylko ok. 10 proc. przedsiębiorstw ciepłowniczych w Polsce osiągnęło zaawansowanie redukujące ekspozycję na ryzyko ETS, często dzięki wcześniejszemu dostępowi do wysokich dotacji i modernizacji w sprzyjającym okresie.