Wielkie święto samorządności

Bogusław Chrabota
Rzeczpospolita

Po 30 latach mało kto ma wątpliwości, że majowe wybory z 1990 roku były jednym z aktów założycielskich nowej Polski.

To był wyjątkowy moment w polskiej historii. Pierwsze wolne wybory. Pierwsze prawdziwie demokratyczne głosowanie wolnych ludzi w wolnym kraju. Jeszcze rok wcześniej mogły być tylko marzeniem. Po kilku miesiącach ledwie nieśmiałą nadzieją. Bo takie właśnie były jesień i zima roku 1989.

Powszechnemu po czerwcowym sukcesie Solidarności entuzjazmowi towarzyszył przecież niepokój. Nie byliśmy dostatecznie oswojeni z wolnością, a o sowieckim zagrożeniu przypominały stacjonujące nad Wisłą jednostki Armii Radzieckiej. Co prawda fala wolności rozlewała się coraz szerzej, wywracając dyktatury w całej Europie Wschodniej, ale nikt nie mógł być do końca pewien, że nie dojdzie do zaplanowanego gdzieś na Kremlu kontrataku imperium. Wydarzyło się to zresztą w sierpniu 1991 roku, szczęśliwie bez tragicznych dla nas skutków.

Pamiętam doskonale tamten maj i tamte wybory, bo zanim je ogłoszono i przeprowadzono, świętowaliśmy odtworzenie samorządu terytorialnego. Komuniści zlikwidowali go w mrocznych czasach stalinizmu, w 1950 roku. Przestawał być potrzebny, skoro jego rolę i miejsce w systemie przejmowały struktury partyjne. Kiedy więc totalitarna monopartia umarła, jedną z pierwszych decyzji było oddanie lokalnej władzy w ręce demokratycznie wybranych struktur.

Wybory stały się więc nie tylko świętem demokracji, przywróceniem ciągłości przerwanej tradycji, ale też, a może przede wszystkim, symbolem powracającej normalności. Tak, to była normalność, a z nią coraz twardsze przekonanie, że jesteśmy na drodze, z której nie damy się już zepchnąć.

Wybory do rad gmin sprzed 30 lat były radykalnie inne od tych, w których głosujemy we współczesnych czasach. Wybieraliśmy ludzi głównie z poręczenia Solidarności bądź rekomendowanych przez partie polityczne. Tylko 25 proc. radnych wyłoniły lokalne komitety wyborcze.

Dziś te proporcje są odwrotne. Jednak dzięki tej odmienności do polityki trafiło ponad 50 tys. ludzi z nowym mandatem, otwartymi głowami i dużym kapitałem obywatelskiej odwagi. Ilu tych ludzi służyło potem przez lata dobru publicznemu? To nie do obliczenia.

Wypada po latach im podziękować, podobnie jak twórcom reformy, która przywróciła Polakom samorząd gminny. Po 30 latach mało kto ma wątpliwości, że był to jeden z aktów założycielskich nowej Polski. Polski, dla której prawdziwym DNA polityki jest aktywność publiczna obywateli. Nie zmarnujmy tego dziedzictwa.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Kulinaria, piwo i trójniak

Sześć produktów kulinarnych z Pomorza Zachodniego, m.in. Salceson Przelewicki 
i Polędwica Swojska Świdwińska, zdobyło ...

Nowe pomysły na reformę służby zdrowia

Zamiast wojewódzkich oddziałów NFZ sprawami zdrowia kierować by miały samorządy wojewódzkie.

Wydatki na szkolenia bez podatku dochodowego

To, co płaci gmina za udział sołtysa w konferencjach, jeśli można to zaliczyć do ...

Drastycznie rosną opłaty za parkowanie w miastach

Samorządy podwyższają opłaty za pozostawienie aut w strefach płatnego parkowania. Rozszerzają też granice stref, ...

Mazowsze wygrało w Trybunale

Pod koniec listopada, po trzech latach od złożenia wniosku, Trybunał Konstytucyjny orzekł, że zmuszanie ...

Lokalne inicjatywy blokowane przez złe prawo

Gminy razem z mieszkańcami wydawały przewodniki oraz organizowały zajęcia świetlicowe. Takich działań w całym ...