Prezydent Lubina: Trzeba wzmocnić pozycję radnych

mat.pras.

W roku 1990 r. nie było tak głębokich podziałów politycznych w radzie, oczywiście ludzie kłócili się, ale mieli wspólny cel, pracę dla miasta. Dziś trzeba być albo „za”, albo „przeciw” – uważa Robert Raczyński, prezydent Lubina w latach 1990-1994 oraz od 2002 r. do dziś.

30 lat temu kandydował pan do nowotworzonego samorządu terytorialnego. Jak pan wspomina dzień wyborów?

Pamiętam gigantyczny entuzjazm, może trochę mniej po stronie samych wyborców, ale ogromny po stronie organizatorów i kandydatów. To było coś w rodzaju pospolitego ruszenie, na listach wyborczych pojawiali się prawdziwi entuzjaści, ludzie chętni, z pomysłami, którzy nie chcieli być tylko biernymi obserwatorami.

Mówi pan o kandydatach na radnych miast i gmin?

Dokładnie. W wyborach w czerwcu 1989 r. były dwie główne listy wyborcze – obozu solidarnościowego i obozu postkomunistycznego, obie zresztą tworzone w Warszawie, a Polacy głosowali właśnie na te listy, a nie na konkretnych ludzi. Wybory do rad gmin w maju 1990 r. były pierwszymi prawdziwymi wyborami, także dlatego, że na listach naprawdę znaleźli się ludzie zaangażowani, chcący coś robić w samorządzie.

CZYTAJ TAKŻE: Jerzy Stępień: Samorządy zmieniły i zmieniają nasze życie

Potem w ciągu kilku dni został pan wybrany na prezydenta miasta, spodziewał się pan tego?

Powiem szczerze, że tak. Jakoś to było naturalne, bo byłem aktywny w środowiskach politycznych miasta Lubin. Choć nie było przecież żadnego wcześniejszego porozumienia w tej sprawie, w tamtych czasach radni naprawdę wybierali prezydenta spośród siebie. Natomiast na pewno był to szok dla urzędników. Oni byli przyzwyczajeni, że na czele urzędu stoi jakiś partyjny nominat, tymczasem pojawił ktoś z demokratycznym mandatem, do tego młody, 28-letni, praktycznie z ulicy.

Szok był tym większy, że zgodnie z prawem w dniu wyborów nowego prezydenta miasta, wszyscy urzędnicy tracili automatycznie pracę.

Przyjął pan kogoś z powrotem?

Część zatrudniłem ponownie, część nie, na szefów wydziałów przyjąłem nowych ludzi z zewnątrz. Pierwsze pół roku to było szarpanie się z rządem o pieniądze, o mienie komunalne, o to, co ma być własnością miasta, a co nie. Bo proszę pamiętać, że w 1990 r. zmienił się ustrój polityczny samorządu, ale własne budżety i własność mienia miasta i gminy dostały dopiero od 1991 r. I dopiero wówczas otrzymały możliwość zarządzania miastem.

Trzeba też podkreślić, że wówczas pozycja radnych była niewyobrażalnie silniejsza niż dzisiaj, rada miasta miała znacznie większe kompetencje, większą moc sprawczą. Nie było takiego upolitycznienia wśród radnych jak obecnie, był za to wielki entuzjazm. W 2002 r., wprowadzając wybory bezpośrednie na prezydentów, burmistrzów i wójtów, odebrano jednak radzie ważną kompetencję tworzenia „lokalnego rządu”. To był początek spadku entuzjazmu i roli rad w samorządzie.

CZYTAJ TAKŻE: 30 lat samorządu w Polsce: Entuzjazm wyboru my kontra oni

Pan ma swoje osobiste przygody z radą miasta, bo wielokrotnie nie otrzymał pan absolutorium.

Dokładnie przez osiem lat nie miałem absolutorium.

Jak to możliwe?

W roku 1990 r. nie było tak głębokich podziałów politycznych w radzie, oczywiście ludzie kłócili się, ale mieli wspólny cel, pracę dla miasta. Dziś trzeba być albo „za”, albo „przeciw”. Odkąd mamy wybory bezpośrednie, od 2002 r., pojawiła się trwała opozycja, zawsze w kontrze, ze wszystkim na „nie”.

mat.pras.

To jest pana zdaniem wada wyborów bezpośrednich i trzeba z nich zrezygnować?

To są plusy i minusy, i nie uważam, że trzeba z nich zrezygnować. Uważam jedynie, że należy wzmocnić pozycję radnych.

Razem z b. prezydentem Wrocławia Rafałem Dutkiewiczem brał pan udział w różnych inicjatywach, odczytywanych na poły jako ruchy obywatelskie, na poły jako wielką politykę.

Siła państwa nie bierze się z urzędników w Warszawie. Siła państwa bierze się z siły obywatelskiej na poziomie lokalnym. Naszym celem było więc wzmocnienie samorządu, tak by ludzie widzieli w nim partnera, z którym mogą rozmawiać o sprawach dotyczących ich życia, otoczenia, wszystkiego.

Jeśli ludzie będę mieli poczucie, że to samorząd organizuje im życie, a nie jakiś urząd w Warszawie, to samorząd będzie silny; jeśli nie, będzie obumierać.

Ale chcieliście mieć reprezentację w Senacie. Po co?

Bo chcieliśmy, by samorząd był siłą polityczną uczestniczącą w kształtowaniu prawa. Dziś nie mamy na to żadnego wpływu. Weźmy oświatę, to nasze zadanie własne, ale tak naprawdę możemy decydować o kolorze elewacji czy kredek w świetlicy. Na kształt ustrojowy oświaty nie mamy żadnego wpływu. Ale takie zapisy prawa zostały wprowadzone przez parlament, co pokazuje, że samorząd może się obronić tylko przez przedstawicielstwo w legislaturze.

Co przez 22 lata pana prezydentury okazało się największym wyzwaniem?

Gdy w 2002 r., po ośmioletniej przerwie, ponownie obejmowałem urząd prezydenta, miasto było strasznie zadłużone. By w ogóle ruszyć z inwestycjami, trzeba było je oddłużyć. To była bolesna operacja, wiązała się z restrukturyzacją szeregu miejskich zakładów i przedsiębiorstwa. Pamiętam że przez tydzień spotykałem się z mieszkańcami, by ich przekonać do moich propozycji. To było bardzo trudne, ale się udało.

CZYTAJ TAKŻE: Ręce przy sobie. Samorządy szykują się na „kontrolowaną normalność”

Wirus i kryzys gospodarczy będzie takim wyzwaniem?

Odnoszę wrażenie, że miasta średnie i małe, takie jak Lubin, łatwiej zniosą ten kryzys niż Warszawa czy Wrocław. My nie jesteśmy miastem biurowym, nie ma u nas zdalnej pracy i pustych ulic, u nas ludzie chodzili i chodzą do pracy, przemysł pracuje normalnie, nikt nie zamknął żadnej huty czy fabryki w Zagłębiu Miedziowych. Więc może nie będzie tak źle.

A największy pana zdaniem sukces samorządu przez te 30 lat?

Myślę, że to może być rosnąca frekwencja w wyborach samorządowych. W 1990 r. było to nieco ponad 40 proc. Choć wówczas wydawało się nam, że to mało, to w kolejnych latach było jeszcze gorzej. W Lubinie w 2002 r. w wyborach wzięło udział zaledwie 27 proc. mieszkańców, w innych miastach podobnie, co pokazywało, że może mieszkańcy odwracają się od samorządu. Ale już w 2018 r. tu w Lubinie, głosowało ponad 60 proc. To znaczy, że ludzi są coraz bardziej aktywni, interesują się i może coraz bardziej doceniają samorząd.

Tagi:

Mogą Ci się również spodobać

Zbliża się koniec biurowego eldorado?

Mimo kłopotów z najemcami, biurowce w Łodzi pną się do góry. W budowie jest ...

Różne specyfiki, ale jeden cel

Mniejsze miasta wzorem metropolii stają się inteligentne. Mają utrudnione zadanie, ale wiele z nich ...

Bomba aminokwasowa – innowacyjna recepta na młodość

Medycyna estetyczna cały czas szuka sposobów na spowolnienie procesów starzenia się organizmu, chcąc jak ...

Wolność zaczęła się w Szczecinie

Piknik rodzinny, koncert legend polskiego rocka, spotkania z młodzieżą w ramach „Europejskiego maratonu wolności”, ...

Samorządy: Zróbmy „piątkę transportową”

Co najmniej cztery pary połączeń dziennie między sąsiadującymi gminami, regularne kursy także w święta ...

Wydatki na szkolenia bez podatku dochodowego

To, co płaci gmina za udział sołtysa w konferencjach, jeśli można to zaliczyć do ...