Z Cöslina do Koszalina

To zawsze było małe, lokalne miasteczko, więc nie trafiało na łamy. Może z wyjątkiem historii o wiceburmistrzu – mówi Krzysztof Urbanowicz, autor książki „Koszalin – historie mało znane”, która pokazuje miasto najpierw jako pruską stolicę rejencji pomorskiej, a później, w powojennych latach, po polskiej stronie granicy.

Publikacja: 19.01.2017 23:30

Z Cöslina  do Koszalina

Foto: Fotorzepa, Krzysztof Urban Krzysztof Urban

Rz: Jakie miejsce wśród pańskich zajęć zajmuje historia Koszalina?

Krzysztof Urbanowicz: To moja największa fascynacja, choć nie źródło utrzymania – z zawodu jestem artystą malarzem. Przy okazji surfowania (internet jest wielkim ułatwieniem dla takich amatorów jak ja) natykałem się na mnóstwo ciekawych historii związanych z Koszalinem, a jednocześnie na wiele jaskrawych błędów – zacząłem więc badać sprawy na własną rękę. W efekcie zaproponowano mi comiesięczny tekst o historii miasta w lokalnym tygodniku. A ponieważ żywot tekstu prasowego jest krótki, zrobiło mi się żal, stąd pomysł na ich zebranie w postaci książki.

Wpisał się pan w szereg koszalińskich kronikarzy z XVIII i XIX wieku: Johann David Wendland, Christian Wilhelm Haken, Johann Ernst Benno…

Tamte kroniki dotyczą dawnych dziejów – od czasu założenia miasta do XVIII wieku. Ja zajmuję się raczej okresem, który można zilustrować zdjęciami czy pocztówkami.

Fotografia bywa punktem wyjścia dla opowieści?

Tak było m.in. ze zdjęciem zgromadzenia na koszalińskim rynku podpisanym „Nagelung” (wbijanie gwoździ). Okazało się, że podczas pierwszej wojny światowej była to popularna w całych Niemczech i Austro-Węgrzech akcja zbierania funduszy na cele wojenne. W duże drewniane figury mieszkańcy wbijali złote, srebrne i brązowe gwoździe, wykupione wcześniej w urzędzie miasta. Pieniądze ze sprzedaży tych gwoździ szły na potrzeby wojska.

Dziś Koszalin nieczęsto trafia na czołówki gazet. Jak było dawniej?

To zawsze było małe, lokalne miasteczko, więc nie trafiało na łamy. Może z wyjątkiem historii o wiceburmistrzu, który okazał się oszustem, co w tamtych czasach, biorąc pod uwagę ściśle hierarchiczny charakter niemieckiej kasty urzędniczej, było bardzo rzadkie.

Heinrich Thormann rządził w Koszalinie tylko przez cztery miesiące roku 1914, ale stał się sławny w całych Niemczech. Pod nazwiskiem Eduard Alexander (doktor prawa) pokonał 700 kontrkandydatów w konkursie na stanowisko wiceburmistrza Koszalina. Zasłynął z malwersacji finansowych. Trafił do więzienia. Zwolniony w 1922 roku, zapisał się do Komunistycznej Partii Niemiec (KPD), by zająć się między innymi nielegalnym handlem bronią. Przeżył wojnę. W Koszalinie została legenda i dwie ozdobne laski z napisem „Bürgermeister von Cöslin, dr Eduard Alexander”. Jak trafił pan na historię tego człowieka?

Dzięki zdjęciom na stronie Muzeum w Koszalinie. Chociaż informacje były niedokładne, trafiłem w końcu na niemiecką książkę, w której pada nazwisko Thormanna, dzięki czemu udało się ustalić dokładny czas tamtych wydarzeń. Wtedy rozpocząłem poszukiwania w prasie. Nie znalazłem gazet koszalińskich z tego okresu (kwiecień 1914 r.), ale okazało się, że sprawę opisywano także w prasie poznańskiej. Tak udało się ją zrekonstruować. Przy okazji wyszło na jaw, że zarówno koszalińskie muzeum, jak i znajomy kolekcjoner są w posiadaniu „artefaktów”, czyli należących do oszusta ozdobnych lasek. Teraz znamy ich historię.

Kiedy przypadła złota era Koszalina?

Były dwie, a każda przypadała krótko przed wybuchem wojny światowej. W 1912 roku w mieście zorganizowano wielką – oczywiście na miarę prowincji – wystawę przemysłowo-handlową, przy tej okazji wzniesiono wiele budynków, szykowano się nawet do budowy lotniska. Podobnie w latach 30., kiedy Koszalin bardzo zyskał na rządach nazistów – bezrobocie spadło niemal do zera, powstało wiele budynków użyteczności publicznej… I znów wojna wszystko przerwała.

Która z historii dziejących się dziś mogłaby się znaleźć w podobnej kronice za kilkadziesiąt lat?

Może budowa Wrót Sztormowych przy Kanale Jamneńskim w Unieściu? Kiedy prokuratura rozstrzygnie już tę sprawę, dowiemy się, czy – jak się podejrzewa – było to zwykłe wyłudzenie funduszy pod pretekstem zabezpieczenia przed żywiołem morskim.

Rz: Jakie miejsce wśród pańskich zajęć zajmuje historia Koszalina?

Krzysztof Urbanowicz: To moja największa fascynacja, choć nie źródło utrzymania – z zawodu jestem artystą malarzem. Przy okazji surfowania (internet jest wielkim ułatwieniem dla takich amatorów jak ja) natykałem się na mnóstwo ciekawych historii związanych z Koszalinem, a jednocześnie na wiele jaskrawych błędów – zacząłem więc badać sprawy na własną rękę. W efekcie zaproponowano mi comiesięczny tekst o historii miasta w lokalnym tygodniku. A ponieważ żywot tekstu prasowego jest krótki, zrobiło mi się żal, stąd pomysł na ich zebranie w postaci książki.

Pozostało 83% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Materiał Promocyjny
Mity i fakty - Czy to prawda, że elektryczne auta palą się częściej niż spalinowe?
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej