Podlasie to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi

Zwiedziłem dużą część świata, byłem prawie na wszystkich kontynentach i, proszę mi wierzyć, uważam Podlasie za jedno z najpiękniejszych miejsc na globie – mówi Tomasz Bagiński, światowej sławy reżyser, Honorowy Obywatel Podlasia.

Publikacja: 17.10.2016 21:00

Tomasz Bagiński

Tomasz Bagiński

Foto: Reporter/Jacek Dominski

Rz: Dużą część życia spędził pan w Białymstoku?

Tomasz Bagiński: Zamieszkałem tam mając 2-3 lata, a wyjechałem do Warszawy na studia jako dziewiętnastolatek. Białystok to bardzo ważny okres mojego życia, kiedy wychowujemy się, kształtujemy i dojrzewamy, a także podejmuje kluczowe decyzje związane z przyszłością.

Białystok jest miejscem szczególnym pod względem geograficznym, kulturowym i religijnym. A dla pana?

Białystok to przede wszystkim dom rodzinny, miejsce związane z dzieciństwem, przyjaciółmi, gdzie teraz łapię oddech i wypoczywam. Tak traktuję całe Podlasie, bo duża część mojej rodziny pochodzi spod Suwałk. Nie mam przemyśleń historiozoficznych na temat miasta, które jest po prostu moje, co wynika z czysto prywatnych relacji.

Gdzie było pana podwórko?

Teraz mapa miasta się zmieniła, ale mieszkałem w Białymstoku na Osiedlu Piasta, które sąsiadowało z Bojarami, skąd płynęły bardzo różne i kolorowe wpływy, choćby dlatego, że Bojary były wsią w środku miasta. Ale miały też swoją groźną legendę, dlatego fakt, że byłem rozpoznawalny w okolicy okazał się luksusem. Królowała tam bowiem zasada, że „swoich nie bijemy”. Dopiero kiedy zacząłem jeździć po mieście, mieć znajomych poza najbliższą okolicą, dowiedziałem się, że o miejscu, gdzie chodzę do szkoły i żyję, krążą mrożące krew w żyłach historie. Tymczasem ja zawsze czułem się bezpiecznie i fajnie. Wszyscy się znali i nawet chuligani traktowali mnie jako swojaka. Byłem grzecznym chłopcem z sąsiedztwa, ale lanie mi darowano. Dobrze mi się tam mieszkało!

Gdzie pan chodził do kina?

Przede wszystkim do kina chodziłem od zawsze i to nawet w okresie zapaści, czyli na początku lat 90, kiedy bywałem jedynym widzem na widowni. Chadzałem do kina Ton obok katedry, a także do kina Pokój. Dziś mało kto o nich pamięta, bo wszyscy chodzą do galerii handlowych. Z kolei bardzo dla mnie ważnego „Terminatora 2″ oglądałem w kinie Forum. Kino to jest forma kultury, która mnie w Białymstoku wychowała i z którą potem zawodowo się związałem.

Wagarował pan, żeby oglądać filmy?

Byłem bardzo poukładanym człowiekiem, zdaje mi się, bo też miałem bardzo poukładanych rodziców, którzy mnie i brata mocno stawiali do pionu. Oboje byli nauczycielami matematyki. Mama pracowała w szkole podstawowej, a tata wciąż wykłada na Uniwersytecie Białostockim. Nie wagarowałem. Z bardziej ekstremalnymi przejawami życia społecznego zetknąłem się dopiero kiedy wylądowałem na studiach w Warszawie.

Gdzie pan chodził do liceum?

Do liceum społecznego na Fabrycznej. Była to szkoła specyficzna, bo założyli ją w większości rodzice-pracownicy naukowi ówczesnej białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego. Młodych ludzi uczyli wykładowcy, w tym profesorowie. A ponieważ to było liceum społeczne, ważna była nie tylko nauka, ale i praca na rzecz wspólnoty. Pamiętam, że przez pierwszy miesiąc malowaliśmy okna, ściany, płoty. Nie tylko wykładowcy, ale i uczniowie byli zaangażowani w tworzenie szkoły obywatelskiej.

Pamięta pan moment wyjazdu z Białegostoku?

Tak, bo to była dla mnie jednak ekstremalna decyzja. Próba odcięcia się od pępowiny i, jak się okazało, życia w świecie brutalnym. Z jakiegoś powodu mówi się, że „nie ma cwaniaka nad warszawiaka” i, rzeczywiście, w Warszawie trzeba być twardym, a nawet cynicznym. Ale zacznijmy od tego, że sytuacja moja i moich kolegów spoza stolicy była dramatyczna. Pamiętam, że były okresy, kiedy stać mnie było tylko na chleb z musztardą i zupki chińskie. Tymczasem koledzy z Warszawy dziwili się, że nie chcę wpaść wieczorem na piwko do knajpy. Mieszkali z rodzicami, nie musieli wydawać pieniędzy na podstawowe potrzeby i trudno było im zrozumieć, że na mało mnie stać. Pierwszy rok w Warszawie był piekłem. Przyjechałem do stolicy z Białegostoku, który jest miastem niesamowicie zielonym, pachnącym przyrodą, gdzie wszędzie można dojść na piechotę lub dojechać na rowerze. Dopiero w Warszawie zdałem sobie sprawę, że powietrze w Białymstoku pachnie. W stolicy musiałem się też nauczyć żyć w hałasie, bo w moim pierwszym mieszkaniu tramwaje było słychać już o czwartej nad ranem. Dopiero po roku znalazłem powody, żeby polubić Warszawę, a z czasem doceniłem też, że umiejętność załatwiania swoich spraw w życiu się przydaje. Częściej niż w mniejszych miastach.

Jaki dziś jest odbiór Białegostoku?

Ze zdumieniem dowiaduje się, że to strasznie nietolerancyjne miasto. To kompletna bzdura. Stosunki międzyludzkie są w Białymstoku niezwykle serdeczne. Pewnie, że są jakieś niszowe patologie. Ale gdzie ich nie ma? Jak ktoś chce zobaczyć nietolerancję i prawdziwy hard core – może się go spodziewać po niektórych miejscach w Warszawie, gdzie ja po godzinie 20.30 bym się raczej nie zapuścił.

Pewnie z tym większą ochotą odwiedza pan Podlasie. Które miejsca?

Zwiedziłem dużą część świata, byłem prawie na wszystkich kontynentach i, proszę mi wierzyć, uważam Podlasie za jedno z najpiękniejszych miejsc na globie, gdzie pięknie i przyjemnie się mieszka. Najbardziej fascynuje mnie Suwalszczyzna przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim i granicy z Litwą. To są nieprawdopodobnie piękne tereny: ciche, urokliwe, fantastyczne do wypoczywania. Uwielbiam Wigierski Park Narodowy, bo okolice jeziora Wigry są wspaniałe. Podobnie jest nad jeziorem Hańcza, najgłębszym w Polsce. Znam te okolice dość dobrze, bo zjeździłem je samochodem i na rowerze. Biegałem tam również i to wielokrotnie.

Czy Podlasie to dla pana również temat filmowy?

Raczej tam się wyciszam, a nie pracuję, ale są różne projekty, które chciałbym tam zrealizować, po czym zawsze się okazuje, że trudno w dziewiczy teren przewieźć cały przemysł filmowy, bo to ma niewielki sens ekonomiczny.

Nad czym pan teraz pracuje?

Nad ostatnimi dwoma odcinkami „Legend polskich” – o Bazyliszku i Babie Jadze. Są też dwa projekty pełnometrażowe w Stanach Zjednoczonych, które rozwijam. Pierwszy to „Wiedźmin”. A o drugim nie mogę nic powiedzieć, bo to tajemnica!

CV

Tomasz Bagiński, urodzony 10 stycznia w 1976 roku w Białymstoku, reżyser, rysownik. Studiował architekturę, którą porzucił dla robienia filmów. Jego „Katedra” na podstawie opowiadania Jacka Dukaja była nominowana w 2002 roku do Oscara w kategorii „krótki film animowany”.

Rz: Dużą część życia spędził pan w Białymstoku?

Tomasz Bagiński: Zamieszkałem tam mając 2-3 lata, a wyjechałem do Warszawy na studia jako dziewiętnastolatek. Białystok to bardzo ważny okres mojego życia, kiedy wychowujemy się, kształtujemy i dojrzewamy, a także podejmuje kluczowe decyzje związane z przyszłością.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Akcje Specjalne
Firmy chcą działać w sposób zrównoważony
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży