Przez chwilę poczuć się wojownikiem

Ludziom znudziły się zwykłe formy aktywności fizycznej, a taki Runmageddon to trochę powrót do dzieciństwa: taplanie się w błocie, skakanie po kałużach, wchodzenie do wody w ubraniu – mówi Joanna Zmokła, wielokrotna mistrzyni biegów ekstremalnych, trenerka fitness.

Publikacja: 28.09.2016 12:00

Przez chwilę poczuć się wojownikiem

Foto: Rzeczpospolita

Katorżnik, Runmageddon Hardcore, Survival Race – brzmi groźnie. A jak wygląda rzeczywistość?

Każdy bieg to inna historia, każdy ma inne przeszkody. Niektóre oczywiście są zbliżone do siebie, ale różnią się stopniem trudności. Taki bieg jak Katorżnik może wydawać się straszny ze względu na to, że większość trasy to teren wodny: stawy, rzeki z naturalnymi przeszkodami – konarami czy powalonymi drzewami, no i te okropnie śmierdzące bagna pełne szlamu, który zostaje na skórze przez kilka dni. Ale z drugiej strony to rewelacyjna odnowa biologiczna (śmiech).    

Skoro jesteśmy przy Katorżniku, przytoczę kilka faktów ze strony organizatora podsumowujących ubiegłoroczny bieg. Wystartowało 1311 osób, ukończyło – 1285. Jest nieźle. Dalsza lektura może jednak niepokoić: jedna reanimacja, dwa podtopienia, trzy rozległe rany cięte, 12 osobom podano tlen, 14 skręceń, dwie pijawki, trzy użądlenia osy, setki zadrapań, otarć i stłuczeń…

Muszę jeszcze zaznaczyć, że w tym biegu większość uczestników to służby mundurowe: policjanci, strażacy, BOR. Miałam okazję zmierzyć się z gronem rozwścieczonych mężczyzn rywalizujących bez pardonu o pierwsze miejsce. Od niejednego dostałam w czoło łokciem, nie usłyszałam słowa „przepraszam”, bo tam się z nikim nie patyczkują. Kobieta czy mężczyzna – wszyscy mają równe prawa. Taka specyfika tego biegu. Ale już Runmageddon, Survival Race czy Hunt Run promują wzajemną pomoc, integrują uczestników.      

Organizatorzy Katorżnika radzą potencjalnym śmiałkom zadać sobie pytanie: „Czy warto za niemałe przecież pieniądze być jeszcze upadlanym, katowanym i mieszanym z błotem?”.

Warto. W biegu ulicznym nie doświadczymy takich emocji i adrenaliny jak w biegu z przeszkodami. Nigdy nie wiemy, co nas za chwilę czeka.

Ile kosztuje taka „przyjemność”?

Ceny pakietów startowych w zależności od zawodów wahają się od 120 do nawet 300 zł. Nie jest to tania impreza, ale liczba uczestników z każdym rokiem rośnie. Wydaje mi się, że ludziom znudziły się zwykłe formy aktywności, a biegi ekstremalne to trochę taki powrót do dzieciństwa: taplanie się w błocie, skakanie po kałużach, wchodzenie do wody w ubraniu. Mnie jest o tyle łatwiej, że pracuję w firmie Benefit Systems, która mocno wspiera pracowników, jeśli chodzi o rozwój poza godzinami pracy. Zachęca do fizycznej aktywności i promuje zdrowy styl życia. Dzięki karcie MultiSport mam szeroki dostęp do klubów i obiektów sportowo-rekreacyjnych. Mogę pójść na basen czy na siłownię i odpowiednio przygotować się do startu, a także zregenerować po zawodach.

To jest moment, w którym może się pani pochwalić. Ile biegów już pani wygrała?

Tak naprawdę ogromnym sukcesem są każde zawody, które uda mi się ukończyć. W ubiegłym roku wygrałam Survival Race w Warszawie (10 km) i Katowicach (ponad 10 km) oraz Runmageddon Classic w Zabrzu (15 km) i Sopocie (10 km), a także Hunt Run w Bałtowie (10 km). W tym roku moim największym osiągnięciem było zwycięstwo w dwudniowym Hunt Runie (10 i 6 km). Przywiozłam trzy puchary, bo byłam najlepsza również w klasyfikacji generalnej. Uwielbiam ten bieg ze względu na ukształtowanie terenu – Góry Świętokrzyskie, rewelacyjne podbiegi, prawdziwe wciągające bagno na kilometrowym odcinku. Tam zresztą debiutowałam.

Kto zaszczepił w pani tę pasję?

Koledzy z pracy: Tomek Netczuk i Kamil Psuj. Namówili mnie na wyjazd do Bałtowa. Pamiętam, że pojechałam niewyspana, nie czułam się dobrze, jeszcze na starcie zastanawiałam się, czy nie zrezygnować, ale pobiegłam i tak uciekałam przed zmęczeniem, że dotarłam na metę jako druga kobieta. Byłam tak podekscytowana, że nie zauważyłam, iż to już koniec. Miałam ochotę na więcej.

Często myśli pani sobie: „Boże, po co mi to było”?

Bywało, że niepotrzebnie nakładałam na siebie presję związaną z wynikiem. Teraz staram się czerpać więcej radości, zarażać nią innych. Założyłam grupę Soldier Team, którą prowadzimy wraz z Dawidem Wnękiem. W minioną sobotę wystartowaliśmy w Giżycku, dla niektórych był to debiut. Nie biegliśmy dla wyniku, tylko cieszyliśmy się wspólnym uczestnictwem.

Nazwa bojowa, ale rozumiem, że nie jest to jednostka komandosów, tylko ekipa zwykłych śmiertelników, którzy kochają wyzwania i adrenalinę…

Dokładnie. Do grupy należy 12 osób. Soldier Team brzmi przewrotnie, ale taki był zamiar. Chodzi o to, żeby chociaż przez chwilę poczuć się takim wojownikiem, bo my walczymy przede wszystkim z własnym strachem i słabościami. Mam w drużynie osobę, która zmaga się z lękiem wysokości, bała się przejść dwa metry nad ziemią po siatce, ale dała radę – pokonała nawet trzymetrową ścianę. Zapraszamy wszystkich chętnych, którzy chcą przeżyć z nami przygodę

Wystarczy rzut oka na kalendarz, by przekonać się, że biegi ekstremalne odbywają się często w malowniczym otoczeniu. Twierdza Boyen w Giżycku, Bieszczady, Beskid Sądecki, poznańska Malta. To dodatkowy atut.

Organizatorzy szukają specyficznych miejsc, które zapadną nie tylko w pamięć, ale także w nasze mięśnie. Potrafią zaskakiwać. Jadąc na przykład do Gdyni, spodziewałam się piasku i wody, a napotkałam na bardzo solidne podbiegi i przeszkody leśne. Ale to urozmaicenie pomaga oczyścić głowę, odrywa od myślenia, że muszę dobiec.     

Miotacz ognia, helikopter, Tarzan, lodowy kontener. Co się kryje pod tymi tajemniczymi nazwami? 

W Runmageddonie tuż przed metą zawsze występuje „miotacz ognia”, czyli ognisko przecinające trasę, przez które należy przeskoczyć. „Helikopter” to zwieszona luźno metalowa drabina, po której trzeba się wspiąć na górę. Natomiast przeszkoda o nazwie „Tarzan” przypomina metalowe drabinki z placu zabaw, przez które przechodzi się na samych rękach, zwisając nogami w dole. I ten mniej ulubiony, a wręcz znienawidzony „lodowy kontener”, napełniony mieszanką skruszonego lodu z wodą bardzo często sięgającą po szyję. Żeby jeszcze utrudnić, organizator położył dwie belki, pod którymi trzeba przepłynąć. W Gdyni nabiłam sobie tak guza na czole, bo walnęłam głową w bryłę lodu.

W pamięć zapadła mi mocno jeszcze jedna przeszkoda, może dlatego, że zawsze tracę na niej mnóstwo sił – tzw. „spacer z psem”. Brzmi przyjemnie, jednak wygląda to, jak szarpanie się z osłem: ja do przodu, a on szarpie mnie do tyłu. Na odcinku minimum 100 m należy przeciągnąć 33-kilogramowy głaz zawieszony na sznurze.

A te „przyjemniejsze” przeszkody?    

Zdecydowanie przeszkody wodno-błotne, m.in. „Indiana Jones” – należy ją pokonać za pomocą dyndającej liny i przeskoczyć ogromny dół z wodą. Często bywa, że się wpada do takiego zbiornika wodnego, jest to przyjemne uczucie. Ach… jeszcze „ślizgawka”. Nie na każdej trasie można ją spotkać, przeważnie na dłuższych odcinkach takich jak Runmageddon Classic (ponad 12 km). Ponad stumetrowa ślizgawka usytuowana na wzniesieniu. Zjeżdżając po niej, czuję się jak w aquaparku.

Mnie zaintrygowała „stodoła Heńka”. O co chodzi?     

Ta przeszkoda składa się z dwóch odcinków: najpierw biega się między pustymi beczkami spuszczonymi na sznurze, a następnie podciąga się do sufitu ok. 15-kilogramowy wór z trocinami.

Często dochodzi do groźnych sytuacji?     

Kilka razy widziałam, jak ściągają kogoś z trasy. Nigdy nie zapomnę, jak dziewczyna spadła ze ściany – amortyzując się ręką, upadła na plecy i złamała rękę. Gdybym była sam na sam z taką osobą, pewnie udzieliłabym pomocy, ale kiedy nie ma takiej potrzeby, wolę, by zajął się tym jakiś mężczyzna. Jestem wrażliwa, nienawidzę widoku krwi, odwracam wzrok nawet przy rutynowym pobieraniu krwi.

Z roku na rok poprzeczka podnoszona jest coraz wyżej?

To da się zauważyć na każdym Runmageddonie. Organizatorzy czerpią pomysły z zagranicy. Ale jeszcze dużo przed nami. Obserwując mistrzostwa Europy, widać, że nie wszystkie przeszkody zostały do nas przyniesione – im cięższe, tym dłuższe przygotowania i więcej spędzonego czasu na siłowni.  

Jedną z takich morderczych przeszkód na tegorocznych mistrzostwach Europy było przeskakiwanie kołków za pomocą kółek gimnastycznych na samych rękach, następnie przejście nad ziemią z liny na linę niczym Tarzan i na koniec „drewniane holenderskie chodaki”. Ten odcinek najbardziej zapamiętała moja koleżanka Gosia Szaruga, jedna z dwóch Polek, które brały udział w OCR. Pokonanie go zajęło jej prawie dwie godziny. Mimo silnych skurczów palców i przedramion, dotarła do mety. 

Gosia wybrała drogę, która wymaga poświęceń, wyrzeczeń i pieniędzy. Bez sponsorów ciężko myśleć o wyczynowym uprawianiu tej dyscypliny. Teraz przygotowuje się do mistrzostw świata OCR w Kanadzie. Już zaczynam trzymać za nią kciuki.   

Który bieg dał pani najbardziej w kość?    

Bez wątpienia Runmageddon Hardcore. Miałam nadzieję, że nie będziemy o nim rozmawiać (śmiech).     

Nie obiecywałem, że będzie łatwo…   

Do pokonania było nieco ponad 21 kilometrów, na dwunastym musiałam zrezygnować. Był listopad, ale temperatura dochodziła do minus 20 stopni. Nie byłam odpowiednio ubrana, przemarzłam, zrobiło mi się słabo, pracownicy grupy Runmageddon i wolontariusze ściągnęli mnie z trasy. To był jedyny taki przypadek w historii moich startów. Kilka tygodni dochodziłam do siebie, ale to była dobra nauka. Zrozumiałam, że regeneracja i sen są bardzo ważne przed każdymi zawodami. Nie wystarczy przygotować się pod względem sprawnościowym i żywnościowym, istotny jest także ubiór: odzież termoaktywna. 

O czym jeszcze należy pamiętać?  

Ważne jest obuwie. Coraz więcej firm produkuje takie buty ze specjalistycznym bieżnikiem do nierównych i śliskich terenów. Biegam w Salomonach Speedcross, rewelacyjnie spisują się na miękkich terenach, podbiegach, troszkę gorzej na mokrych ścianach.   

Poza tym istotne są opaski na łokcie, skarpety do kolan, dodatkowo mogą być piłkarskie ochraniacze na piszczele oraz rękawiczki – zwykłe ogrodowe bądź skórzane, takie na siłownię – które uchronią nas przed drzazgami, pomogą przy wspinaczce czy nawet na podbiegach, gdzie często po prostu idzie się na czworaka. Kobietom polecam dodatkowo długie legginsy i spięcie włosów, najlepiej w warkocz. Przeglądając listy startowe, można zauważyć, że pań jest coraz więcej, obecnie już jedna-trzecia uczestników. Chcą udowodnić zarówno sobie jak i mężczyznom, że potrafią z nimi rywalizować jak równy z równym.

No właśnie – pozory mylą. Siedzi przede mną drobna, delikatna blondynka. Gdybym nie wiedział, czym się pani zajmuje, nie uwierzyłbym, że jest pani mistrzynią biegów ekstremalnych.

W tych małych istotach drzemie ogromna siła. Zapewniam pana, że mam koleżanki – jeszcze szczuplejsze – które regularnie stają na podium. Taki widok może dziwić, ale stali bywalcy już wiedzą, czego się po nas spodziewać.     

Na Instagramie znalazłem pani zdjęcie zrobione po Runmageddonie z tabliczką „Blizny dodają charakteru”. Kobietom również?

Każdy bieg zostawia jakieś pamiątki na ciele, ale raczej są to zadrapania niż głębokie rany. Na początku nie mogłam na nie patrzeć, byłam przerażona, ale już się do nich przyzwyczaiłam. Ostatnio ze względu na natężenie startów pojawiło się mnóstwo siniaków, ale do przyszłych wakacji wszystko się zagoi (śmiech).

Stosuje pani jakąś specjalną dietę?

Dieta to po prostu nawyki i przyzwyczajenia żywieniowe. Każdy z nas je posiada, ale nie zawsze są dopasowane do naszego stylu życia czy zdrowia. Uważam, na to co jem, zwracam uwagę na skład i wartości odżywcze produktów czy posiłków, które kupuję. W dniach treningowych przyjmuję więcej węglowodanów, zaczęłam też jeść więcej zdrowych tłuszczy, bo badania pokazują, że mam niedobór tkanki tłuszczowej. Pizza? Tak, zdarzy mi się zjeść, jak przyjdzie na nią ochota. Życie jest za krótkie, żeby odmawiać sobie od czasu do czasu przyjemności. Nie wyobrażam sobie, by w moim menu mogło zabraknąć mięsa. Czerpię z niego energię. Podziwiam ludzi, którzy uprawiają sport, będąc na diecie wegetariańskiej albo wegańskiej.

Jak przygotować się do swoich pierwszych zawodów, żeby nie zrazić się już na początku?

Osoby, które długo nie uprawiały aktywności fizycznej, powinny zacząć od marszobiegów na dystansie minimum 3 km, stopniowo wydłużając je przez okres 4 tygodni. Proponowałabym również start w lżejszym biegu Survival Race na dystansie 3 km. Do tego rewelacyjnym rozwiązaniem byłyby treningi z trenerem personalnym.

Osoby regularnie uprawiające rekreację ruchową powinny dołożyć do biegania ćwiczenia wzmacniające, stabilizujące, szybkościowo-wytrzymałościowe. Polecam zajęcia typu TBC, ABT, trening obwodowy i kalisteniczny, interwał, ćwiczenia na siłowni czy też crossfit. Ale proszę także pamiętać o stretchingu czy automasażu (rolowanie).

Który bieg jest najlepszy dla debiutanta?

Myślę, że Hunt Run, który ma bardzo mało przeszkód siłowych i daje okazję do rozkoszowania się naturą, oraz wspomniany już Survival Race, w którym możemy wybrać również krótszy 3-kilometrowy dystans i sprawdzić, czy w ogóle nam to się podoba.  

W pani rodzinie ktoś biega?

Jestem pierwsza. W wieku szkolnym chodziłam do klasy sportowej, trenowałam koszykówkę, ale potrzebowałam czegoś więcej. Tata zapisał mnie do klubu, do sekcji lekkoatletycznej. To był krótki epizod, nie lubiłam biegać, ponieważ starty w zawodach mnie stresowały. Koszykówkę trenowałam 10 lat – do 19. roku życia. Na studiach grałam rekreacyjnie w drużynie AZS AWF Warszawa.

Ale słyszałem, że wcześniej był jeszcze taniec towarzyski…

To taka moja niespełniona miłość, w której realizuje się obecnie mój młodszy brat. Grzesiek jest mistrzem Polski klasy A, finalistą University Championship, a także wielokrotnym mistrzem Polski Formacji Tanecznych, obecnie instruktorem tańca. Ja trenowałam od drugiej do szóstej klasy podstawówki, ale musiałam zrezygnować ze względu na dużą liczbę godzin treningów z koszykówki i biegania. Taniec jednak cały czas za mną chodził. Zapisałam się na street dance, próbowałam tańca nowoczesnego, na AWF byłam przez chwilę w zespole ludowym.

Ulubiony styl?

Latynoamerykański – pasodoble, jive, rumba, samba.

Jak długo trwa kariera biegacza ekstremalnego?

Jeżeli startuje się na maksimum możliwości, to do pierwszej poważnej kontuzji. Jeśli bardziej rekreacyjnie – na ile zdrowie pozwoli. Najstarszy uczestnik, jakiego spotkałam na trasie – pan z długą, siwą brodą – miał myślę około 70 lat. Wiadomo – więcej szedł, niż biegł. Ale uśmiechnięty i pełen energii zawsze docierał do celu.

Jakiś wymarzony bieg dopiero przed panią?

Chciałabym spróbować swoich sił za granicą. Miałam propozycję, ale jeszcze się nie odważyłam. Może w przyszłym roku? Ale na razie przede mną długa regeneracja i przygotowania do kolejnego sezonu. Najbliższy start dopiero 21 stycznia – w zimowym Runmageddonie.

Joanna Zmokła, urodzona 6 stycznia 1986 roku w Świdniku. Absolwentka AWF w Warszawie. Pracuje w firmie Benefit Systems jako starszy specjalista ds. zakupów i negocjacji. Instruktorka fitness w klubach Zdrofit Stegny i Wilanów -Rzeczypospolitej.

Katorżnik, Runmageddon Hardcore, Survival Race – brzmi groźnie. A jak wygląda rzeczywistość?

Każdy bieg to inna historia, każdy ma inne przeszkody. Niektóre oczywiście są zbliżone do siebie, ale różnią się stopniem trudności. Taki bieg jak Katorżnik może wydawać się straszny ze względu na to, że większość trasy to teren wodny: stawy, rzeki z naturalnymi przeszkodami – konarami czy powalonymi drzewami, no i te okropnie śmierdzące bagna pełne szlamu, który zostaje na skórze przez kilka dni. Ale z drugiej strony to rewelacyjna odnowa biologiczna (śmiech).    

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Kup teraz
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Materiał Promocyjny
Budowa farm wiatrowych i fotowoltaicznych
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
Razem dla Planety, czyli chemia dla zrównoważonej przyszłości