Gomułkowskie myślenie

Piotr Gajdziński
materiały prasowe

Wojewoda wielkopolski w ramach swoich dekomunizacyjnych prerogatyw nadał jednej z ulic w Tarnowie Podgórnym, niewielkiej podpoznańskiej miejscowości, imię Zbigniewa Romaszewskiego. Tym samym upadła propozycja miejscowych radnych, którzy proponowali nazwać ulicę imieniem Haliny i Stanisława Zbierskich.

Zbierscy to lokalni bohaterowie. On był żołnierzem Września, odznaczonym Virtuti Militari, po wojnie doprowadził do powstania w Tarnowie Podgórnym pomnika upamiętniającego poległych w walce z Niemcami, przyczynił się do wybudowania szkoły. Jego żona była sanitariuszką w powstaniu warszawskim, a po jego upadku trafiła do jednego z hitlerowskich obozów. W PRL przez kilka lat zasiadała w gminnej radzie narodowej.

Nie sposób ocenić, czy na ulicę w Tarnowie Podgórnym bardziej zasługują Zbierscy czy Romaszewski, bo trudno ocenić, kto z nich miał dla Polski większe zasługi. Zbigniew Romaszewski był działaczem Komitetu Obrony Robotników, kierował Komisją Interwencji i Praworządności NSZZ Solidarność, a w stanie wojennym stworzył podziemne Radio Solidarność. Piękny życiorys. Nie mam wątpliwości, że Romaszewski jak mało kto zasługuje na upamiętnienie. Ale czyż na pamięć mieszkańców Tarnowa Podgórnego nie zasługują Halina i Stanisław Zbierscy?

A może wojewodzie przeszkadza to, że Zbierscy byli po wojnie zaangażowani w rozwój lokalnej społeczności – on jako współtwórca pomnika i szkoły, ona jako radna? No, ale Romaszewski w 1955 roku wstąpił do ZMP…

Rzecz nie w ważeniu zasług i ocenianiu, które bohaterstwo było większe, które wymagało większej odwagi i poświęcenia. Rzecz w sposobie działania wojewody wielkopolskiego, a właściwie w konstrukcji ustawy o dekomunizacji ulic. Toż jest to instrument brutalnego gwałcenia samorządności, odbierania mieszkańcom prawa do decydowania o najbliższym otoczeniu i kształtowania lokalnej przestrzeni publicznej.

Nietrudno w działaniu tej ustawy dostrzec paternalistyczne myślenie, tak charakterystyczne dla PRL, z pamięcią o którym ustawa ma walczyć, ale nieobce wszystkim politykom i urzędnikom we wszystkich ustrojach i pod każdą szerokością geograficzną. Oni zawsze uważają, że wszystko wiedzą najlepiej, a im wyżej w hierarchii władzy są posadowieni, tym silniejsze u nich to przekonanie. Wiedzą lepiej niż ci głupi mieszkańcy Tarnowa Podgórnego, Leska, Siemiatycz czy Pcimia. Oni znają szerszy kontekst. Władysław Gomułka w 1969 roku ułożył szczegółową siatkę płac dla budowlańców i uważał, że jest ona najlepsza na świecie, choć jego doświadczenie budowlane ograniczało się ledwie do kilkutygodniowej pracy przy budowie ogrodzenia parku należącego do hrabiego Aleksandra Skrzyńskiego w Zagórzanach koło Gorlic. Gomułka nie żyje, ale jego sposób myślenia przetrwał.

Oczywiście państwo ma swoje prerogatywy. Wśród nich prawo, a nawet obowiązek, prowadzenia polityki historycznej. Razi mnie, gdy w Sosnowcu wjeżdżam na rondo imienia Edwarda Gierka, w Bydgoszczy na ulicę Zygmunta Berlinga czy (do niedawna) Janka Krasickiego lub Franciszka Zubrzyckiego w Radomiu. Jestem głęboko przekonany, że takie nazwy powinny z przestrzeni publicznej zniknąć. Ale nie mniej razi mnie gwałt, którym posługuje się władza. Czy w końcu drugiego dziesięciolecia XXI wieku jedynym instrumentem, którym władza dysponuje, jest ustawa, czyli siła? Czy urzędnicy wojewody – nie tylko wielkopolskiego, ale też każdego innego – lub historycy Instytutu Pamięci Narodowej zadali sobie trud przekonywania do swoich racji radnych, a najlepiej mieszkańców miejscowości, w których chcą dokonać zmiany nazwy ulic lub placów? Zorganizowali spotkania, tłumaczyli i objaśniali? Wyjaśnili, w czym bohater antykomunistycznego podziemia jest lepszy od żołnierza wojny obronnej 1939 roku i powstania warszawskiego? Przeciwnicy zmian nazewnictwa ulic posługują się argumentem ekonomicznym, twierdząc, że ten proces naraża mieszkańców na ogromne koszty. Słabiutkie. Znacznie większym kosztem takiego postępowania jest wyrobienie u obywateli przekonania, że nie mają na nic wpływu, nic od nich nie zależy, że o wszystkim decyduje „góra”, że są obywatelami drugiej kategorii albo – bardziej współcześnie – „drugiego sortu”.

Dzisiejsze władze żyją w niezachwianym przekonaniu, że samorządność osłabia państwo, bo silne państwo musi być scentralizowane. Pogląd z XIX wieku. Jeśli dzisiaj szukać w Europie wzorów dobrze funkcjonujących państw, to będą to Niemcy i Szwajcaria, z szeroko rozbudowanymi prerogatywami dla lokalnych społeczności. Antywzorem jest natomiast Rosja, gdzie prezydent Putin decyduje nawet o remontach lokalnych dróg.

Autor jest niezależnym publicystą. Do księgarń trafiła właśnie jego biografia Władysława Gomułki „Gomułka. Dyktatura ciemniaków”.

Mogą Ci się również spodobać

Pokoje za złotówkę. Miasta uruchamiają pomoc dla najbardziej potrzebujących

Specjalny autobus, w którym bezdomni będą mogli zjeść ciepły posiłek i ogrzać się, pokój ...

Są pieniądze na walkę ze smogiem

Po dwóch latach starań województwo zachodniopomorskie wprowadza swój własny program antysmogowy. Prawie 40 mln ...

Ćwierć miliarda na dawne PGR. Metropolie też chcą skorzystać

O dotacje z rządowego programu dla gmin, w których działały państwowe gospodarstwa rolne, będą ...

Potrzeba mieszkań, z plusem czy bez. Po prostu

Budowanie mieszkań jest dziś dla gmin kluczowym zadaniem. Mieszkanie+ to jedna z możliwości, ale ...

Krakowska firma pomaga policji i Agencji Rezerw Materiałowych

50 000 jednorazowych masek ochronnych dla Agencji Rezerw Materiałowych w Zduńskiej Woli, 50 000 ...

Opory listonoszy to jeszcze nic. Prawdziwy bojkot wyborów szykują samorządowcy

– Bezpieczeństwo mieszkańców jest ważniejsze, niż głosowanie – uważają prezydenci oraz burmistrzowie i apelują ...