Czy pana zdaniem rankingi mają znaczenie dla samorządowców?

Ranking „Rzeczpospolitej” na pewno. Ma istotne znaczenie prestiżowe. Wiem, bo spotykam się z samorządowcami w całym kraju, rozmawiam z przedstawicielami konkretnych gmin, słyszę jak ważny jest dla nich awans w tym zestawieniu. To dla nich powód do dumy i słusznie. Ale też korzystanie z dobrych praktyk, wymiana doświadczeń, analiza kryteriów i chęć dorastania do oczekiwań to także bezpośredni wpływ rankingu. Tak było np. z budżetem partycypacyjnym, który dla mieszkańców jest bardzo ważny i stał się też taki dla samorządowców. To budowanie odpowiedzialnego społeczeństwa obywatelskiego.

""

Przewodniczący Kapituły prof. Jerzy Buzek / fot. mat.pras.

regiony.rp.pl

Na ile to kwestia zobiektywizowanych kryteriów?

Właśnie te kryteria wyróżniają nasz ranking “Rzeczpospolitej”. Mówię nasz, bo sam biorę udział w pracach Kapituły. Przede wszystkim ranking opiera się w pierwszej kolejności na twardych, rzetelnie zebranych i zestawionych ze sobą danych finansowych. Ale także na ankietach, których wiarygodność można sprawdzić. Ranking ma też jasny podział na: miasta na prawach powiatu, gminy wiejskie i miejsko-wiejskie. To ważne, bo każda z tych trzech grup ma własne specyficzne warunki i my je uwzględniamy.

CZYTAJ TAKŻE: Prezydent Szczecina: Samorząd jest obcy dla rządu

Nadążamy za zmianami?

Same kryteria modyfikujemy. W ten sposób reagujemy na rozwój samorządności. Najpierw najważniejsze dla nas były inwestycje komunalne, bo tego nam w terenie brakowało najbardziej jeszcze dwie dekady temu. Później skupialiśmy uwagę na inwestycjach w ogóle – gdy nadeszły środki unijne. Potem doszły innowacyjność i wprowadzanie nowych metod zarządzania, cyfryzacja i komputeryzacja. Teraz komfort życia mieszkańców stał się najważniejszy. A więc fakt, że mieszkanie w jakimś miejscu daje nam szczególna satysfakcję.

Czyli ranking zmienia się wraz z samorządami?

Wraz samorządami, ale też wraz z tym, czego oczekują obywatele. Kiedyś chcieli mieć „pociągniętą” wodę, ścieki odprowadzane pod ziemią i działające latarnie na ulicach. A dziś? Liczy się współodpowiedzialność za swój region, osiedle. Dostęp do innowacji, w tym tych społecznych.

A jakie wnioski płyną z obecnej edycji?

Istotne jest to, że mimo zmiany kryteriów wiele miejscowości pozostaje nadal na mapie tych najlepszych w rankingu, spełniających oczekiwania mieszkańców. Choć oczywiście są i takie, które spadły w dół. Pamiętajmy też, że samorządy startowały z różnego poziomu. Niektóre mogły od początku korzystać z finansowania, które dla innych nie było dostępne. Ale tu właśnie najważniejsza jest dynamika zmian miejsca w rankingu. Wiem, jak bardzo dumni są samorządowcy, ale też sami mieszkańcy, z przesunięcia swojego miasta czy wsi z nieco odległej pozycji do czołówki.

CZYTAJ TAKŻE: Bez samorządów nie da się rządzić

Jak pan ocenia 4 lata kończącej się kadencji Sejmu dla samorządów?

Źle. Tu musielibyśmy wrócić do dwóch etapów reformy samorządowej z początku i końca lat 90. W państwach demokratycznych normą jest partnerski model różnych szczebli władzy publicznej. I taki model budowaliśmy: silna gmina rozwiązująca podstawowe potrzeby mieszkańców uzupełniana w rozwiązywaniu problemów przez powiat, który z kolei wraz z samorządowym województwem decyduje o rozwoju i polityce regionalnej. Ten model zaowocował autentyczną decentralizacją państwa i zbliżeniem władz od obywateli.

""

mat.pras.

regiony.rp.pl

Odpowiedzialność polityczna za porażki, niedociągnięcia i błędy rządu przerzucana jest na najczęściej bogu ducha winnych samorządowców.

Warunkiem rozwoju samorządności był więc jasny podział kompetencji pomiędzy trzy szczeble autonomicznych władz samorządowych oraz stabilne finansowanie. W tej ostatniej sprawie spustoszenia dokonało weto prezydenta w 2001 roku do ustawy finansowej, którą uchwalił mój rząd i parlament, a które eliminowało możliwość przerzucenia obowiązków na samorządy bez zapewnienia dodatkowego finansowania. Kolejne rządy po 2001 roku korzystały więc z możliwości „decentralizacji problemów” – przesunięcia dodatkowych obowiązków na samorządy zachowując centralizację finansów.

Czyli trend – tej decentralizacji problemów – nie zaczął się w 2015?

Zgadza się, kolejne rządy korzystały z tej możliwości. W ostatnich czterech latach nastąpiły jednak dwie poważne zmiany. Po pierwsze – ten trend wystepuje w niespotykanej dotąd skali co w sposób fundamentalny zagraża samej istocie samorządności. Drastycznymi przykładami są malejące subwencje, a wiec konkretne środki na szkolnictwo czy na opiekę zdrowotną przy równoczesnym drastycznym wzroście cen energii. To wszystko ze szkodą dla mieszkańców, ich edukacji, zdrowia, możliwości spełnienia najważniejszych potrzeb. Co gorsze – i tu dochodzimy do tej drugiej kwestii – również odpowiedzialność polityczną za te porażki, niedociągnięcia i błędy rządu przerzucane są na najczęściej bogu ducha winnych samorządowców. Najlepszym przykładem jest reforma edukacji i obwinianie samorządowców za przepełnione klasy i zajęcia do nocy. I tu nie chodzi już o decentralizację problemu i odpowiedzialności, ale o polityczną walkę z często bardzo popularnymi liderami lokalnymi. A to wszystko kosztem mieszkańców. To niedopuszczalne. Niekorzystne dla obywateli jest również przesuwanie kompetencji i pieniędzy do centrum, np. w zakresie ochrony środowiska. Pozbawia to społeczności lokalne i regionalne stwarzania warunków dla komfortu życia.

PiS argumentuje, że samorządy mają większe budżety dzięki uszczelnianiu podatków i większym z nich wpływom.

Jest lepsza ściągalność VAT, ale z tego przecież samorządy, a więc mieszkańcy, nic nie mają. Głównym źródłem dochodów samorządów jest podatek PIT, a ten właśnie maleje. Maleją więc pieniądze na rozwiązanie lokalnych i regionalnych problemów mieszkańców. Podkreślam, drenowanie samorządów to zabieranie pieniędzy społecznościom lokalnym co znacząco pogarsza komfort życia ludzi na danym terenie.

Jaki jest bilans 4 lat sporu samorządu z władzą centralną?  W programie PiS jest zapis jest zapis o dalszej wzmocnieniu roli wojewody. Co pan na to?

Polityka partyjna na szczeblu centralnym próbuje coraz bardziej wywierać wpływ na działanie samorządów, ale chciałbym z całą mocą podkreślić, że zgodnie z programem „Solidarności” uchwalonym na Pierwszym Zjeździe w 1981 roku i realizacji tego programu w latach 90. samorządy powołaliśmy nie po to, aby administrowały pod dyktando centrali jak w czasach komunizmu, lecz aby odpowiedzialnie podejmowały decyzje zgodnie z potrzebami regionalnych i lokalnych społeczności. Zapewniliśmy przy tym w ustawie z 1998 roku zachowanie pełnej unitarności systemu w naszym kraju.

Brakuje mi poważnej odpowiedzialnej debaty na temat przyszłego dowartościowania samorządności jako podstawowego kierunku dla zapewnienia zrównoważonego szybkiego rozwoju Polski

Z największym niepokojem dowiaduję się teraz o najnowszym projekcie specustawy Ministra Środowiska dotyczącej zagospodarowania przestrzennego oraz prawa geologicznego i górniczego. Wprowadza się ją zresztą, tak jak wiele innych ważnych ustaw, jako projekt poselski, a wiec bez konsultacji społecznych. To nie do zaakceptowania, bo projekt pomija mieszkańców i władze samorządowe w podejmowaniu decyzji o budowie kopalń. Łamie to zasadę, które mój rząd wprowadził wraz z restrukturyzacją górnictwa węgla kamiennego, a która dawała szczególne uprawnienia ludziom na danym terenie w takich decyzjach. Łamie też oczekiwania młodego pokolenia, które chce mieć wpływ na gospodarowanie bogactwa i naszej planety, aby nie doprowadzić do jej zniszczenia.

Za dwa tygodnie wybory. Jak pan ocenia kampanię z samorządowego punktu widzenia?

Brakuje mi poważnej odpowiedzialnej debaty na temat przyszłego dowartościowania samorządności jako podstawowego kierunku dla zapewnienia zrównoważonego szybkiego rozwoju Polski. Trudno mi się też pogodzić z brakiem gotowości rządzących do rzetelnej, programowej debaty z opozycją. Zwłaszcza brakuje mi rozmowy o wyzwaniach stojących przed moim Śląskiem, a tam do debaty stanąłby przecież premier polskiego rządu.