Dom dla Santany i scena na łące

Mam zamiar zacząć przenosić się w czasie, na lata 80. i potem 90. – mówi Mirosław Wawrowski, twórca Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty. W planach ma budowę sceny na koncerty dla 40 tys. osób i muzeum Carlosa Santany.

Publikacja: 15.11.2016 00:00

Rz: Carlos Santana był u pana już trzy razy. Kiedy kolejny raz?

Mirosław Wawrowski: W 2017 nie koncertuje w Europie. Mam jednak nadzieję, że na trasie koncertów będzie Dolina Charlotty. Jest uduchowiony i nawet jego ochroniarz, który jeździ z nim od 15 lat powiedział, że nie widział go jeszcze w tak entuzjastycznym stanie.

Podobno zaproponował pan Santanie, by tutaj zamieszkał?

Oczywiście, że chciałbym (śmiech), ale bardziej chodzi o budowę jego muzeum. Chcę postawić nowy budynek. Na jego górze powstanie duży apartament, by Santana mógł w nim mieszkać, gdy będzie u mnie koncertować. A w międzyczasie będzie dostępny dla innych gości. Na dole powstanie muzeum.

Ma pan już eksponaty?

W styczniu bądź lutym chcę lecieć do Kaliforni. Santana zadeklarował, że mogę wziąć od niego część rzeczy. Mam nadzieję, że da mi instrumenty, jakieś gadżety, ubrania, plakaty, a nawet posąg z wosku, czy materiały reklamowe. Chciałbym też dostać filmy, bo to ma być muzeum multimedialne.

Przyznam, że to niezwykłe, że Santana podaruje swoje rzeczy ośrodkowi wypoczynkowemu w Polsce, pod Słupskiem, a nie np. znanemu muzeum w USA.

O ile podaruje, bo oczywiście nic nie jest pewne. Ale faktem jest, że mamy bliski kontakt i bliskie relacje. Zadziałała magia miejsca, las, staw i pewnie moja determinacja, by go ściągnąć. Artyści to niezwykle wrażliwi ludzie, koncertowanie w Dolinie Charlotty robi na nich wrażenie. Podczas pierwszego pobytu zaintrygowany miejscem Santana postanowił przejść się po afmiteatrze. Jeszcze przed swoim występem. Wyszliśmy więc z hotelu i idziemy do amfiteatru, gdzie gra już support. Ludzie słuchają, tłoczno jest też wokół barów, gdzie piją piwo, jedzą grilla. No i niech pan sobie wyobrazi, że tam się kieruje. I nagle zza baru, gdzie akurat stały ustawione puste beczki po piwie, z takiego rogu wychodzi Santana. Cały na biało. Trzeba było widzieć reakcje ludzi. Jakby zobaczyli papieża.

Bob Dylan też u pana był. Ostatnio głośno było o nim w związku z przyznaną nagrodą Nobla i jego długim milczeniem. Jak go pan zapamiętał?

W 2015 roku gościłem Roberta Planta, pojechałem, standardowo na lotnisko, przestraszony, bo Plant bywa chimeryczny i ma fochy. No i jak zwykle obawiałem się przejazdu z Gdańska do Słupska, że potrwa 3 godziny. Powitałem go słowami: czekałem na ciebie tyle lat. A on na to: czekałeś aż stanieję. Jak się okazało był też dowcipny. Dojechaliśmy do mnie, namówiłem go na kolację, podczas której opowiedział mi historię, jak to Dylan z Markiem Knopflerem nagrywali płytę w Nowym Jorku. Nagrali i owszem, ale przez cały ten miesiąc nagrywania Dylan nie odezwał się do Knopflera ani słowem. Taki jest właśnie Dylan.

Czyli jego zachowanie po informacji o przyznaniu Nagrody Nobla nie zdziwiło pana?

Nie miałem trudniejszego koncertu w historii. Po pierwsze – jest trudny i nieprzewidywalny. Po drugie – tourmanager przesadzał z ochroną i wymaganiami. Nigdy wcześniej nie byłem na jego koncercie. Ale mój przyjaciel, dziennikarz z Belgii, jest „dylanistą”. I powiedział mi, że to był jeden z lepszych koncertów jakie widział. Bo Dylan reagował na publiczość. Podejrzewam, że reagował w miarę pozytywnie, bo widownia była pełna, a on nie gromadzi dziesiątek tysięcy ludzi. U mnie było 8 tysięcy. Co istotne – większość ludzi wiedziała, kto to jest Dylan. Po koncercie podszedł do mnie menedżer i powiedział: jesteś najszczęśliwszym człowiekiem na trasie, bo znalazł on dla ciebie czas. No i znalazł. Klepnął mnie w twarz mówiąc „super miejsce, super publiczność, chcę tu wrócić”. Dał mi plakat z autografem, czego nie robi. Pozwolił też na serię zdjęć, czego też zwykle nie robi. Znowu dolina stała się powodem takiej, a nie innej postawy.

Jak do tego w ogóle doszło, że pod Słupskiem pojawiają się największe gwiazdy rocka?

Kocham tę muzykę, więc trochę to wszystko zaczęło się z z powodów egoistycznych.

Jak?

To był przypadek. Najpierw mieliśmy tutaj konie, które są pasją życiową mojej partnerki. Powstała agroturystyka, wybudowaliśmy stajnie, potem zaczęliśmy budować hotel. Tak powstała Dolina Charlotty. Koło hotelu była niecka, przez którą codziennie przechodziłem i pewnego dnia pomyślałem, że może, by zrobić amfiteatrzyk na 1500 osób. Może przyleci Perfect, Budka Suflera? Wtedy takie były moje marzenia. I przyjechali, potem już jako supporty.

Pierwszy koncert?

W 2007 roku Krystyna Prońko, potem Ray Wilson. Amfiteatr budowałem z więźniami. Było ich 8. Wszystko robiliśmy sami, systemem gospodarczym. I mówię do nich – chłopaki, jak zdążycie na połowę lipca zrobić to postaram się o przepustkę na pierwsze koncerty. I zdążyliśmy. Było prawie pełno. Okazało się, że jest zapotrzebowanie. To było spontaniczne, pełna improwizacja. Po pierwszym koncercie poznałem agencję z Berlina, oni mieli takie gwiazdki jak Slade, Sweet. No i zacząłem.

Długo się pan uczył, jak się poruszać w tym świecie?

Cały czas się uczę.

Czy wielkie festiwale, jak gdyński Opener czy warszawski Orange, są dla pana konkurencją?

W pewnym sensie tak, bo dwa lata temu wpasowałem się akurat w sam środek Openera i wielu ludzi musiało wybierać. Ale mamy trochę inną publiczność i inny klimat.

Trzykrotnie powiększał pan amfiteatr, który teraz pomieści 10 tysięcy osób. Dalej chce Pan go rozbudowywać?

Nie, ale szykuję drugie miejsce koncertowe na łąkach, na 30 – 40 tys. ludzi. Na stojąco.

Czyli Woodstock?

Tak. Mam ładne łąki, pomysł narodził się w tym roku. Obsługiwałem kulinarnie Jarocin i pomyślałem, że czemu nie u mnie.

Dylana pan miał, Planta, Deep Purple i wiele innych legend. Santana bywa regularnie. Ale przecież nikt nie jest wieczny. Co za 10 lat? Ściągnie pan Green Day, a potem Kings of Leon?

Oczywiście, że mam zamiar zacząć przenosić się w czasie, siłą rzeczy na lata 80. i potem 90. Ale o kim myślę, na razie nie zdradzę. Wszystko po kolei.

Rz: Carlos Santana był u pana już trzy razy. Kiedy kolejny raz?

Mirosław Wawrowski: W 2017 nie koncertuje w Europie. Mam jednak nadzieję, że na trasie koncertów będzie Dolina Charlotty. Jest uduchowiony i nawet jego ochroniarz, który jeździ z nim od 15 lat powiedział, że nie widział go jeszcze w tak entuzjastycznym stanie.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Akcje Specjalne
Firmy chcą działać w sposób zrównoważony
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży