Poszedłem za głosem serca

Wychowanek Lechii Gdańsk, dziś dyrektor akademii piłkarskiej, chce nawiązać do czasów, kiedy klub z Pomorza miał najlepszą sekcję młodzieżową w Polsce.

Publikacja: 12.12.2016 21:00

Jarosław Bieniuk

Jarosław Bieniuk

Foto: Fotorzepa / Zubrzycki Marian

Rz: Czy walcząca o mistrzostwo Polski Lechia to spełnienie marzeń dla pana, byłego zawodnika, od dziecka związanego z klubem?

Jarosław Bieniuk: Dla mnie to jest coś, w co nadal trudno mi uwierzyć. Miłe zaskoczenie. Myślę, że większość osób z mojego pokolenia, wychowanych w Lechii nadal w to nie dowierza, ale wszyscy po cichu liczą, że ten sen może się spełnić. Całe życie byłem wychowany na Lechii drugoligowej, dziś to byłaby I liga. Moja miłość do klubu, przywiązanie do niego, rodziła się na meczach z zespołami, których dziś nie ma albo grają w bardzo niskich ligach. Wtedy tylko przez sezon doczekaliśmy się ekstraklasy – po połączeniu z Olimpią Poznań. Dzięki temu zobaczyliśmy zespoły z najwyższej półki, ale nie wszyscy tę drużynę akceptowali, zabierano jej punkty, nie miała więc szansy walczyć o mistrzostwo Polski. Dzisiejsze wyniki wiążą się z ogromną satysfakcją, z takim zwyczajnym szczęściem, że dożyłem takich czasów. Mamy drużynę, która może walczyć o tytuł. Takie oczekiwania istniały sezon, dwa sezony temu, ale dopiero teraz jest to realne. Zespół jest naprawdę silny.

Pan dwa lata temu grał jeszcze w Lechii i wtedy wydawało się, że będziecie walczyć o tytuł, a skończyło się tym, że nie udało się zakwalifikować nawet do europejskich pucharów…

W szatni mówiliśmy sobie, że może się uda włączyć do gry o mistrzostwo, ale raczej wtedy, kiedy rywale dostaną zadyszki. Wiele nam wtedy jeszcze brakowało, mieliśmy dużo słabych punktów.

Pamięta pan pierwszy obejrzany mecz Lechii Gdańsk?

Pamiętam jeden incydent z moim udziałem. Miałem chyba pięć lat. Derby z Arką na stadionie przy ulicy Traugutta. Siedziałem na głównej trybunie i coś tam krzyknąłem w stronę sędziego, nie było to nic brzydkiego, ale okrzyk w ustach takiego brzdąca rozbawił całą krytą trybunę. Moje pierwsze świadome mecze to Lechia prowadzona przez Bogusława Kaczmarka. Młoda drużyna, w której grali chłopcy z Gdańska, z Pomorza. Wszyscy w regionie byli do niej bardzo przywiązani.

Lechia nie była jednak pana pierwszym klubem…

Do 10 roku życia mieszkałem w Gdańsku, potem przeprowadziłem się do Sopotu, w którym mieszkałem do czasu wyjazdu do Wronek. W Sopocie podjąłem treningi w Ogniwie. Klub przeprowadził nabór, rocznik pasował, tata mnie zgłosił. Trenerem był znany przed laty piłkarz Arki Jacek Pietrzykowski. Byłem za młody, żeby jeździć na treningi Lechii, a rodzice nie mieli czasu, by mnie zawozić. Marzeniem każdego chłopaka było w tym czasie grać w Lechii.

Do sekcji rugby Ogniwa nie chciał się pan zapisać?

Mój wujek Stefan Stasiołek grał w Lechii, był reprezentantem Polski w rugby. Chodziłem na mecze Ogniwa, wielkiego Ogniwa prowadzonego przez legendarnego trenera Edwarda Hodurę, poznałem jego synów, którzy zdobywali mistrzostwo. Do dziś lubię oglądać ten sport – Puchar Sześciu Narodów, Puchar Świata. W Trójmieście to popularna dyscyplina, lubimy ją. Kiedy trenowałem piłkę w Ogniwie, rugbiści patrzyli na nas dziwnie, ćwiczyliśmy na zakolach, a oni na głównym boisku. Miałem też krótką przygodę z tenisem w Sopocie. Tata wybrał tę dyscypliną dla mnie jako sport uzupełniający. Uczęszczałem do sekcji mającej zajęcia w hali przy ulicy Haffnera, ale wyrzucili nas do sali gimnastycznej, więc zrezygnowałem. Kochałem zawsze grać w piłkę i byłem zdecydowany, by zostać piłkarzem

Kiedy przeniósł się pan do Lechii?

Gdy mogłem samodzielnie dojeżdżać na treningi jako 15-latek. Na szczęście trener Józef Gładysz dostrzegł mój talent, przyjął mnie do grupy. Miałem wielkie szczęście, trafiłem na złote czasy piłki młodzieżowej w Lechii Gdańsk. Od końca lat 80. do połowy lat 90. juniorzy młodsi albo starsi co roku grali w finałach mistrzostw Polski. Lechia wychowała wielu świetnych zawodników, reprezentantów kraju, piłkarzy występujących w ekstraklasie: Sławomira Wojciechowskiego, Mariusza Pawlaka, Grzegorza Motykę, Macieja Kalkowskiego, a potem przyszła kolej na grupę z Marcinem Mięcielem, Grzegorzem Szamotulskim i naszą z Dawidem Banaczkiem, Grzegorzem Królem, Tomaszem Dawidowskim, Mariuszem Zieńczukiem. W pierwszym sezonie gry w młodzieżowym zespole Lechii zdobyłem mistrzostwo Polski juniorów młodszych.

Skąd się wzięły te sukcesy? Znajduje pan po latach wytłumaczenie?

Świetni szkoleniowcy to była podstawa systemu szkolenia w Lechii: Michał Globisz, Bobo Kaczmarek, Józef Gładysz, Jerzy Brzyski, wielu innych. Mieli ogromną wiedzę, sumiennie podchodzili do naszego rozwoju. Współpracowali z gdańskią AWF, z doktorem Piątkiem. Jeździliśmy na badania wydolnościowe, biomechaniczne. Wtedy trener brał jeden rocznik i prowadził go przez 12 lat. Bazę mieliśmy jak na tamte czasy niezłą, dwa boiska, co prawda piaszczyste, ale było gdzie grać. To wszystko zaprocentowało później wynikami. Byliśmy najlepszą piłkarską sekcją młodzieżową w kraju.

Jak jest dziś?

Liczy się Lech, Legia, Zagłębie Lubin, Pogoń Szczecin, my jesteśmy blisko. Wracając jeszcze raz do dawnych czasów – Lechia była ogromnie popularna. Każdy chłopiec chciał w niej grać, a konkurencji ze strony innych klubów nie było. Nieźle radziła sobie w pracy z młodzieżą Polonia Gdańsk, Gedania i to wszystko. Dziś? Istnieje kilkanaście szkółek piłkarskich, rodzice nie chcą dowozić chłopców gdzieś daleko, wybierają najbliższą sekcję. Od niedawna pełnię rolę dyrektora akademii i postawiliśmy sobie za zadanie nawiązać do dawnych czasów, kiedy Lechia znajdowała się wśród najlepiej szkolących młodzież klubów w Polsce.

Ale w kadrze Lechii jest tylko jeden wychowanek…

To wynika z siły pierwszego zespołu. Żeby drużyna trzymała się w czołówce ekstraklasy potrzebni są piłkarze z zewnątrz. Tak jest na całym świecie. Polityka Lechii się zmienia, w przyszłości wychowankowie mają reprezentować klub. Właściciel postawił nam takie zadanie, czuję z tego powodu wielką odpowiedzialność.

Najlepsze lata kariery spędził pan w Amice Wronki. Czy to był właściwy wybór?

Nigdy nie wiadomo, co by się stało, gdybym poszedł gdzie indziej. Miałem oferty z Legii, Zagłębia Lubin, ŁKS-u Łódź, wybrałem Wronki. Dobrze potoczyła mi się kariera. Zagrałem w ekstraklasie, zdobyliśmy dwa razy Puchar Polski, dwa brązowe medale, zagrałem w kadrze, wyjechałem z Amiki do silniejszej ligi – do Turcji. Wronki były dla mnie akurat. Może w wielkim mieście bym się zagubił i zaprzepaścił talent?

Przez dwa sezony grał pan w tureckim zespole Antalyaspor. Czy to było tylko egzotyczne doświadczenie czy jednak sportowo pan zyskał?

To inny wymiar sportu w porównaniu z polską ligą. Większa rywalizacja, ogromna presja, no i oczywiście większe zarobki. Dane mi było zagrać przeciw takim klubom jak Galatasaray, Fenerbahce, Besiktas na nowoczesnych stadionach, na które przychodziło po 50 tysięcy widzów. Jak wyjeżdżałem z Polski tylko obiekt Korony był nowy. Grałem przeciw lepszym piłkarzom. Pokonaliśmy Fenerbahce Stambuł, prowadzony wtedy przez Zico. Ta drużyna awansowała później do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Kiedy ich ograliśmy, nie mogli w to uwierzyć. Długo nie schodzili z boiska. Turcja to kraj kontrastów, także w piłce. Zapamiętałem też mecze pod granicą syryjską, w głębi kraju. To była wspaniała przygoda.

W Turcji nie mają problemu z frekwencją na stadionach. Co zrobić, by zapełnić stadion Lechii?

Tam jest to trochę kwestią tradycji, innego podejścia do życia. W Lechii frekwencja wcale nie jest najgorsza, należy do najwyższych w lidze, ale mamy bardzo duży stadion i widać puste miejsca. Żadna kampania marketingowa nie pomoże, jeżeli nie ma wyniku. Ludzie w Polsce chcą się utożsamiać z sukcesem. Tak było w Poznaniu, w Warszawie na Legii. Jest wynik, jest pełen stadion. Myślę, że wkrótce Lechia będzie grała przy pełnych trybunach.

Można powiedzieć o panu, że jest stuprocentowym mieszkańcem Trójmiasta. Mieszkał pan w Gdańsku, potem w Sopocie, a teraz w Gdyni. Skąd taka skłonność do przeprowadzek?

Ze względu na Anię (aktorka Anna Przybylska – przyp. red.), która była gdynianką. Zawsze chciała mieszkać w Orłowie. To było jej ulubione miejsce. Poszedłem za głosem serca, za ukochaną kobietą. 

Rz: Czy walcząca o mistrzostwo Polski Lechia to spełnienie marzeń dla pana, byłego zawodnika, od dziecka związanego z klubem?

Jarosław Bieniuk: Dla mnie to jest coś, w co nadal trudno mi uwierzyć. Miłe zaskoczenie. Myślę, że większość osób z mojego pokolenia, wychowanych w Lechii nadal w to nie dowierza, ale wszyscy po cichu liczą, że ten sen może się spełnić. Całe życie byłem wychowany na Lechii drugoligowej, dziś to byłaby I liga. Moja miłość do klubu, przywiązanie do niego, rodziła się na meczach z zespołami, których dziś nie ma albo grają w bardzo niskich ligach. Wtedy tylko przez sezon doczekaliśmy się ekstraklasy – po połączeniu z Olimpią Poznań. Dzięki temu zobaczyliśmy zespoły z najwyższej półki, ale nie wszyscy tę drużynę akceptowali, zabierano jej punkty, nie miała więc szansy walczyć o mistrzostwo Polski. Dzisiejsze wyniki wiążą się z ogromną satysfakcją, z takim zwyczajnym szczęściem, że dożyłem takich czasów. Mamy drużynę, która może walczyć o tytuł. Takie oczekiwania istniały sezon, dwa sezony temu, ale dopiero teraz jest to realne. Zespół jest naprawdę silny.

Pozostało 86% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?