Efekt zmian unijnej polityki

Samorządowcy zaklinają rząd, by walczył o większą pulę funduszy dla Polski po 2020 r. Ale po cichu przyznają, że w negocjacjach z Brukselą wiele wytargować się nie da, więc należy się przygotować na nowe czasy.

Publikacja: 02.07.2018 13:00

Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie – jedna z wielu inwestycji, które powstały w ost

Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie – jedna z wielu inwestycji, które powstały w ostatnich latach dzięki wsparciu z funduszy UE.

Foto: Fotorzepa/Bartek Barczyk

Propozycja budżetu UE na lata 2021–2027, przedstawiona przez Komisję Europejską, jest rozczarowująca – komentuje Mieczysław Struk, marszałek Pomorza. – Nie do końca zrozumiałe jest, dlaczego pomimo dowodów potwierdzających prowzrostowy i prosolidarnościowy charakter polityki spójności zdecydowano się na redukcję środków na jej realizację – wtóruje Witold Stępień, marszałek województwa łódzkiego.

Cięcie o jedną czwartą

Propozycja unijnego budżetu na lata 2021–2027 rzeczywiście jest dla Polski bardzo niekorzystna. Przewiduje, że w ramach polityki spójności dostaniemy 64,4 mld euro, czyli o 23 proc. (19,5 mld euro) mniej niż z budżetu na lata 2014–2020. Bruksela tłumaczy ten spadek głównie zmianą priorytetów – więcej potrzeba na inne cele, np. na poradzenie sobie z wielkim problemem migracji, wspólną politykę obronną, walkę z bezrobociem młodych. Razem z Polską mocno stracić mają kraje Europy Wschodniej, a skorzystać – te z południa Europy.

Polski rząd ostro zaprotestował przeciwko tej propozycji, nie przypadła też ona do gustu – z oczywistych względów – polskim samorządowcom. Bo mniej unijnych pieniędzy to wolniejszy rozwój całego kraju. Mniej pieniędzy pójdzie na inwestycje przedsiębiorców i na inwestycje publiczne, w tym samorządowe.

Dziś głównie dzięki funduszom unijnym możemy obserwować, jak w przyspieszonym tempie zmienia się krajobraz Polski – od nowych dróg i tras kolejowych, po szkoły, szpitale, urzędy, muzea, centra kultury itp. Warto dodać, że około 60 proc. publicznych inwestycji projektów prorozwojowych (jeśli chodzi o ich wartość) jest dofinansowywanych z funduszy Unii Europejskiej.

Ich rolę możemy gołym okiem dostrzec w każdym obszarze naszego życia i ich zmniejszenie możemy odczuć boleśnie. Ryzyko spowolnienia wzrostu gospodarczego, osłabienia tempa gonienia bardziej rozwiniętych krajów UE, jeszcze większego zróżnicowania w rozwoju regionalnym, jest bowiem dosyć duże.

Wciąż w gronie najbiedniejszych

Czy jednak nie powinniśmy być na to gotowi, skoro Polska przez ostatnich 15 lat dosyć szybko nadrabiała dystans do krajów UE? Czy nie czas, by choć trochę uniezależnić się od dotacji?

– Rzeczywiście w Polsce m.in. dzięki funduszom UE dokonał się bezprecedensowy skok rozwojowy, a jako społeczeństwo jesteśmy coraz zamożniejsi – przyznaje marszałek Struk. – Jednak ograniczenie Polsce „paliwa rozwojowego” właśnie wtedy, gdy nasz kraj osiągnął – powiedzmy – prędkość przelotową, by wejść na wyższy poziom rozwoju, z pożytkiem zresztą dla całej UE, byłoby bardzo krótkowzroczne – argumentuje. – Na przestrzeni ostatnich lat znacznie poprawiła się sytuacja społeczno-gospodarcza polskich regionów, w tym tych najbiedniejszych, a dystans pomiędzy średnią UE 28 mierzony PKB na mieszkańca wyraźnie się zmniejszył – przypomina Gustaw Marek Brzezin, marszałek woj. warmińsko-mazurskiego. – Ale trzeba mieć na uwadze, że takie regiony jak warmińsko-mazurskie, podkarpackie, podlaskie, lubelskie i świętokrzyskie wciąż pozostają w pierwszej 20 najbiedniejszych regionów w całej UE. Patrząc z tego punktu widzenia, trudno znaleźć uzasadnienie, aby wsparcie dla Polski zmniejszyło się tak drastycznie, jak proponuje Komisja – zaznacza.

– Należy się cieszyć, że polskie regiony się bogacą. Jednak nie wszystkie są obecnie na takim poziomie rozwoju, aby nie potrzebowały zewnętrznego wsparcia – zgadza się Władysław Ortyl, marszałek Podkarpacia.

I dodaje, że przykładem jest Podkarpackie, które mimo skuteczności w pozyskiwaniu dofinansowania, nadal potrzebuje go co najmniej w takim zakresie jak do tej pory. – Zmniejszenie funduszy UE dla polskich regionów to zagrożenie spowolnieniem czy nawet odwróceniem dotychczasowych pozytywnych trendów – ostrzega.

Ogromne potrzeby

Samorządowcy zgodnie więc kibicują rządowi, by w rozpoczynających się negocjacjach z Brukselą, które mogą potrwać nawet dwa lata, udało się jednak zwiększyć wartość naszej tzw. koperty narodowej, i podpowiadają, jakich argumentów należy użyć.

– Najbardziej przekonujących argumentów dostarczyła sama Komisja – zwraca uwagę marszałek Brzezin. – Wypracowana przez nią metodologia podziału środków w oparciu m.in. o PKB per capita, bezrobocie młodzieży czy zmiany klimatu wskazała, że Polska powinna otrzymać większą pulę środków, niż zaproponowano – wyjaśnia.

Krzysztof Żuk, prezydent Lublina, podpowiada, że Polska mogłaby położyć na negocjacyjnym stole dokumenty, strategie i analizy, które pokazują, jak wielkie zapóźnienia mamy jako kraj i jako poszczególne regiony praktycznie w każdym obszarze. Chodzi o ogromne potrzeby infrastrukturalne (w tym transportowe), ale też w zakresie zanieczyszczania środowiska, niskiego poziomu innowacyjności gospodarki czy wciąż kulejącą jakość kapitału ludzkiego.

– Przyjęta przez KE metodologia nie odzwierciedla sytuacji społeczno-gospodarczej w danym państwie członkowskim. Niesprawiedliwy podział alokacji dla państw członkowskich obciąża przede wszystkim państwa i regiony słabiej rozwinięte – zaznacza marszałek Ortyl.

Inaczej mówiąc, samorządowcy przekonują, że Polska wciąż tak naprawdę jest biedna i dlatego niegotowa na zmniejszenie eurodotacji. Wyliczają, że pod względem wartości nominalnego PKB na osobę w 2017 r. zajmowaliśmy trzecie miejsce od końca wśród państw UE. Tym bardziej niesprawiedliwe jest, że ogólny budżet polityki spójności ma się skurczyć o 10 proc., a fundusze dla najbiedniejszych krajów UE aż o 20–25 proc.

Co by tu przyciąć?

Ile możemy więc w negocjacjach z Komisją wytargować? Samorządowcy przyznają, że debata będzie bardzo trudna, bo Komisja ma silne argumenty i zapewne będzie popierana przez kraje Południa. Ostateczny wynik może więc być dla Polski nie najlepszy.

Zdaniem Adama Struzika, marszałka Mazowsza, pole do negocjacji w Brukseli jest bardzo małe, możemy liczyć na jakieś 3–4 mld euro więcej. I to też tylko pod warunkiem, że KE zgodzi się wziąć pod uwagę, iż w Polsce pojawił się szósty najbiedniejszy region w UE, czyli mniej zamożna część Mazowsza. Chodzi o statystyczny podział Mazowsza na bogaty podregion warszawski i biedną resztę. Nastąpił on na początku tego roku i na razie nie jest uwzględniany we wskaźnikach będących podstawą podziału funduszy UE na lata 2021–2027.

Chcąc nie chcąc, samorządy powinny właściwie już teraz zacząć się powoli przygotowywać na nowe czasy. Czyli zastanowić się na przykład, w jakich obszarach można już nieco ograniczyć interwencję, a w jakich wciąż jest ona niezbędna. Jak ułożyć strategię inwestycyjną, by służyła w największym stopniu rozwojowi miasta czy regionu?

Ale odpowiedzi na te pytania nie są wcale proste.

Krojenie projektów na miarę

– Fundusze UE decydują o zwiększeniu budżetu inwestycyjnego Warszawy o 50 proc. – mówi Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy. – Skala potencjalnych ograniczeń będzie zależeć nie tylko od ogólnej puli funduszy UE dla Polski, ale też od podziału kwot na poszczególne programy oraz od określenia projektów możliwych do realizacji przez samorządy. Z punktu widzenia Warszawy niezbędne jest utrzymanie finansowania UE na rozwój przedsiębiorczości i dużej infrastruktury miejskiej poprawiającej jakość życia, takiej jak metro i inny transport miejski oraz tereny zielone – opisuje wiceprezydent.

Jego zdaniem warto byłoby też kontynuować politykę wspólnych samorządowych przedsięwzięć w ramach tzw. zintegrowanych inwestycji terytorialnych, które pozwalają na planowanie rozwoju w szerszym wymiarze niż tylko jedna jednostka administracyjna.

Gdzie można ewentualnie coś przyciąć? – Wydaje się, że nie ma takich obszarów, które nie potrzebowałyby wsparcia kolejnymi transzami środków unijnych – odpowiada Dariusz Nowak z krakowskiego magistratu. – Dotychczas wspierały one m.in. gospodarkę niskoemisyjną. Pod tym hasłem kryje się wymiana transportu publicznego w miastach na bardziej sprzyjający środowisku, ale też inwestycje polegające m.in. na podłączeniu budynków do sieci ciepłowniczej czy termomodernizacja budynków. Na ochronę środowiska, np. oczyszczalnie ścieków, kanalizację czy gospodarkę odpadami, również przeznaczać trzeba kolejne kwoty, a nie je ograniczać – dodaje.

– Środki z funduszy pomocowych są mocnym filarem finansowania inwestycji naszego miasta – widać rozwój i dobry kierunek, napędzającą się gospodarkę, nowych inwestorów i nowe technologie – zaznacza Michał Przepiera, wiceprezydent Szczecina. Ale jego zdaniem dziś trudno wskazać, w co dalej warto inwestować, a w co już nie. Za to pewne jest, że jeśli prognozy się sprawdzą i wszyscy dostaną o jedną czwartą mniej, to konieczna będzie większa dyscyplina w wykorzystaniu funduszy UE. – Projekty będą musiały być gruntownie zaplanowane i skrojone na miarę. Samorządy odpowiadające za alokację środków będą zaś zmuszone wyodrębnić obszary zaniedbane i najbardziej kluczowe z punktu widzenia rozwoju danego regionu, tak by wszystkie unijne środki były jak najlepiej ukierunkowane – podkreśla Przepiera.

Są pozytywy?

Takie podejście akurat wyszłoby wszystkim na zdrowie. Zresztą samorządowcy przekonują, że nawet okrojony budżet UE też można wykorzystać w odpowiedni sposób. – Jeśli faktycznie Polska straci ok. 23 proc. środków, to zostaniemy zmuszeni do – być może – bardzo trudnych wyborów – przyznaje marszałek Pomorza Mieczysław Struk. – Ale trzeba też podkreślić, że powoli nadchodzi czas, aby wejść na wyższy poziom i poszukiwać pomysłów na rozwój poza polityką spójności. Na poziomie unijnym jest dużo środków zarządzanych przez samą Komisję Europejską (np. programy Horyzont COSME czy Life), z których korzystamy, jak dotąd, w stopniu niesatysfakcjonującym – mówi.

– Dostrzegam pozytywy w propozycjach KE na kolejny okres programowania – zachęca Witold Stępień, marszałek województwa łódzkiego. – Szczególnie w zakresie obszarów tematycznych, na które będzie można otrzymać wsparcie. Planuje się, że strumień środków UE zasili innowacje, małe przedsiębiorstwa, technologie cyfrowe, modernizacje w przemyśle, a także przejście na gospodarkę o obiegu zamkniętym i walkę ze zmianami klimatu. Wszystkie te obszary są zgodne z kierunkami rozwoju regionu łódzkiego, co napawa mnie nadzieją, że nasz rozwój nie straci dynamiki – wyjaśnia.

W kontekście propozycji Komisji co do unijnego budżetu na lata 2021–2027 wszystkich samorządowców niepokoi jeszcze jedna kwestia: sugestia, by podział środków UE był bardziej scentralizowany czy to na poziomie unijnym, czy krajowym. Co oznaczać też może, że polskie urzędy marszałkowskie będą zarządzać mniejszą pulą środków niż obecnie. – Negatywnie oceniam zaproponowaną większą centralizację funduszy. Wzrost znaczenia instrumentów zarządzanych przez Komisję może być przesadnie skomplikowany, mało przejrzysty i – co najważniejsze – odległy od mieszkańca, który powinien czuć, że współdecyduje o kierunkach i sposobach wydatkowania środków UE. Najlepszym pasem transmisyjnym dla mieszkańca powinien być jego region – komentuje marszałek Struk.

Opinie

Marek Woźniak, marszałek województwa wielkopolskiego

Trzeba się głośno domagać większych pieniędzy na rozwój regionalny, mamy jeszcze wiele do zrobienia. Głośno krytykuję, oprócz przedstawionej przez KE propozycji budżetu 2021–2027, także tendencje do centralizacji procedur i decyzji na szczeblu unijnej administracji. Przyszły budżet UE musi stawić czoło tak tradycyjnym, jak i nowym wyzwaniom. Nie można dopuścić do osłabienia polityki spójności, która jest polityką ukierunkowaną na przezwyciężanie strukturalnych barier rozwoju.

Z punktu widzenia polskich regionów lata 2021–2027 powinny być m.in. okresem dalszego nadrabiania zaległości infrastrukturalnych, wzmacniania innowacyjności gospodarki, inwestycji w czyste powietrze i czystą energię, edukację i walkę z ubóstwem. Ale żeby utrzymać ten kierunek i intensywność zmian, potrzebna jest silna polityka spójności.

My w regionach dobrze i skutecznie zarządzamy funduszami, co wielokrotnie podkreślała Komisja Europejska. Ale proces inwestowania w fundamenty naszego rozwoju nie został jeszcze zakończony.

Krzysztof Żuk , prezydent Lublina

Polska jest krajem rozwijającym się, którego gospodarka wciąż wymaga ogromnych nakładów finansowych, dlatego brak 19 mld euro w perspektywie siedmiu lat wpłynąłby na zahamowanie rozwoju i wzrostu gospodarczego. W szczególności odczułby to region Polski wschodniej, który jest najmniej konkurencyjny w stosunku do pozostałych obszarów Polski i potrzebuje najwyższych nakładów. Trudno sobie wyobrazić, by rząd był w stanie skutecznie wspierać rozwój Polski wschodniej, nie posiadając na to funduszy UE. Dodajmy, że aktualnie realizowane inwestycje infrastrukturalne oparte są niemal wyłącznie na środkach z UE.

Priorytetem w wykorzystaniu dostępnych środków z funduszy UE powinno być likwidowanie zapóźnień rozwojowych regionów i mikroregionów. Dlatego błędem byłoby automatyczne cięcie funduszy pomocowych dla samorządów o 24 proc. W praktyce oznaczałoby to mniej inwestycji i różnych projektów realizowanych we wszystkich obszarach życia społecznego i gospodarczego. Odczulibyśmy to wszyscy.

Propozycja budżetu UE na lata 2021–2027, przedstawiona przez Komisję Europejską, jest rozczarowująca – komentuje Mieczysław Struk, marszałek Pomorza. – Nie do końca zrozumiałe jest, dlaczego pomimo dowodów potwierdzających prowzrostowy i prosolidarnościowy charakter polityki spójności zdecydowano się na redukcję środków na jej realizację – wtóruje Witold Stępień, marszałek województwa łódzkiego.

Cięcie o jedną czwartą

Pozostało 97% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej