Ostatni selekcjoner PRL

W życiu piłkarskim chodzi o to, żeby pozostać przy zdrowych zmysłach – mówi Wojciech Łazarek, były trener reprezentacji Polski.

Publikacja: 11.12.2017 22:30

Ostatni selekcjoner PRL

Foto: Reporter/Wojciech Stróżyk

Rz: Niedawno skończył pan 80 lat…

Wojciech Łazarek: Wolę setkę niż osiemdziesiątkę, ale niech pan pyta. Jeszcze słyszę. Dupcia trochę poszarpana, ale zawsze proszę pana.

Panie trenerze, to ma być poważna rozmowa z poważnym jubilatem.

Panie redaktorze, jak ja bym był poważny, to dawno bym zwariował. W życiu piłkarskim chodzi o to, żeby pozostać przy zdrowych zmysłach. Jednak ponad 60 lat przy piłce pozostawia w organizmie rozmaite ślady.

Nie zauważyłem. Gorzej by było, gdyby był pan bokserem.

Miałem w Olimpii Elbląg kierownika drużyny, Franka, który był wcześniej dobrym bokserem, ale przegrał, bo go przeciwnik przechytrzył numerem na piętę.

Znałem pana Franka i pamiętam, że przyjmował postawę bokserską na dźwięk dzwonka tramwajowego, bo przypominał mu gong.

No a przegrał, bo przeciwnik zatrzymał się na ringu i – opierając się na pięcie – zaczął nagle kręcić stopą. Franek spojrzał w dół, w tym momencie dostał fangę w nos i wylądował obok tej stopy.

W piłce też się zdarzają takie numery?

Opowiem panu za 20 lat, jak już ludzie poumierają. Bo ja oczywiście nie. Dobrze się czuję, jeszcze chętnie usiadłbym na ławce trenerskiej. Nie jestem grzybem, zmusza mnie pan do mówienia: „a w moich czasach” i takich tam dyrdymałów. Więc niech pan nie rozmawia ze mną jak z potencjalnym nabywcą nagrobka na posezonowej wyprzedaży. Mogę oczywiście coś powspominać, lubię to, ale nie żyję przeszłością. Odkryję się jednak przed panem słowami piosenki, wykonywanej w jednej ze śląskich rozgłośni radiowych: „Jak teraz wspominam te czasy stare, żałuję, że wtedy nie stanął zegarek”.

A co by pan chciał zatrzymać?

Atmosferę tamtych czasów. Ludzie się szanowali, było mniej udawania, sztampy, celebry. Pamiętam, że kiedy tygodnik „Piłka Nożna” przyznawał mi dwukrotnie tytuł Trenera Roku, uroczystość wręczenia kryształowej piłki odbywała się w redakcji. Byli sami swoi, ja przywiozłem wędzone łososie i węgorze, a redakcja postawiła wódkę i coca-colę. Żadnej telewizji, sami swoi, można było normalnie porozmawiać, mając w dodatku pewność, że nikt pewnych spraw nie wyniesie na miasto. To nie to co dziś, kiedy przed galą najpierw celebryci pozują do zdjęć na ściance, a potem czekają na ciepłe dania.

Niektórzy nawet nie wiedzą, na jaką imprezę dostali zaproszenia. Słyszałem, że uroczystości pańskiego osiemdziesięciolecia przypominały takie towarzyskie spotkania sprzed lat.

To było wspaniałe spotkanie przyjaciół. Odbywało się na odnowionym stadionie MRKS Gdańsk. Trwało od godziny 16 do 24, czyli do przyzwoitej piłkarskiej pory. Drużyna o nazwie Gwiazdy Łazarka grała z młodszymi oldbojami okręgu pomorskiego, który był głównym organizatorem imprezy. W moim zespole grali między innymi prezesi okręgów: Radek Michalski z Gdańska i Paweł Wojtala z Poznania, oraz Piotr Nowak. „Bobo” Kaczmarek też grał. Podałem mu butlę z tlenem i biegał jak za Gomułki. Długo czytano rozmaite listy gratulacyjne. Dobra, starczy, chwaląc się, robię wiochę. Ale miło było.

Sam pan tego chciał. Ponad 60 lat przy piłce na najwyższym poziomie robi swoje. Czy pan spełnił swoje zawodowe marzenia?

Tak, chociaż zwykle porażki lepiej się pamięta, bo bolą. Kiedy pracowałem w krajach arabskich, poznałem wiele mądrości życiowych, w tym takie, które odnoszą się do pracy. Różnica między wygrywaniem a przegrywaniem polega na niepoddawaniu się. Albo coś bardziej działającego na wyobraźnię: Jeśli góra idzie do ciebie, a nie jesteś Mahometem, to uciekaj, bo to jest lawina. Ja zderzałem się z niejedną taką lawiną.

Jakkolwiek by to zabrzmiało, jest pan ostatnim selekcjonerem PRL.

Wiem. 3 czerwca 1989 roku przegraliśmy z Anglią na Wembley 0:3, a nazajutrz odbywały się wybory, które odmieniły Polskę. Od razu po meczu podałem się do dymisji, ale Kazimierz Górski, który był wtedy wiceprezesem PZPN, jej nie przyjął, argumentując to tym, że jeszcze czekają nas rewanże. Ja byłem psychicznie rozbity, bo niecały miesiąc przed Wembley przegraliśmy w Szwecji 1:2, tracąc gola w 96. minucie. Nie widziałem dużych szans w rewanżach.

Dlaczego? Co wtedy zawodziło w reprezentacji?

Wszystko. Począwszy od spraw organizacyjnych, przepisów, które trzeba było omijać, bo nie przystawały do rzeczywistości. Prezesi PZPN Zbigniew Jabłoński, Jerzy Domański i minister sportu Aleksander Kwaśniewski pomagali, bo to byli życzliwi ludzie, rozumiejący sport. Ale jako władza też niewiele mogli. To były smutne czasy, ale i piękne, bo mieliśmy poczucie, że chcemy coś wspólnie osiągnąć.

A piłkarze?

Po porażce w Meksyku coś się skończyło, kilku zawodników zakończyło kariery: Józek Młynarczyk, Władek Żmuda, Stefan Majewski. Miałem grupę świetnych, zżytych zawodników, dla których orzełek był siłą napędową. Czasami tylko niektórym myliło się, jaki jest podstawowy napój piłkarza. Nie mogę odżałować, że tacy gracze jak Dariusz Marciniak i Andrzej Rudy nie zrobili kariery. To były wybitne talenty. Marciniak nie dożył czterdziestki.

Mówi pan o zżytej grupie, koleżeńskich relacjach w kadrze drugiej połowy lat 80. Czy między trenerami było podobnie?

Ryszard Koncewicz przez kilkadziesiąt lat był guru wszystkich polskich trenerów. Spotkania z nim, Kazimierzem Górskim, Antkiem Piechniczkiem, Andrzejem Strejlauem stanowiły przeżycie, bo z każdej rozmowy można się było czegoś nauczyć.

Piechniczek i Strejlau są młodsi od pana…

I co z tego? Ale mają coś do powiedzenia. Jak chcesz być wszechstronny, to słuchaj. A nie, to turlaj dropsa. Dzięki pracy z reprezentacją, Lechem czy za granicą spotykałem się z innymi trenerami. Wtedy jeszcze kolacje przed meczami lub po nich należały do dobrego tonu. Po wspomnianym, przegranym meczu na Wembley do naszego hotelu przyszedł trener Anglii Bobby Robson, żeby Kazimierza Górskiego i mnie zaprosić na kolację do kasyna. Wszystko na jego koszt, ale chcieliśmy się zrewanżować i nie bardzo mogliśmy, bo woda Perrier kosztowała tam 5 funtów, a my mieliśmy dietę 3 dolary i 14 centów. No dobra, jakoś daliśmy radę i niech mi pan wierzy, najważniejsze było to, że mogliśmy porozmawiać o piłce.

A z Alexem Fergusonem?

Spotkaliśmy się na kolacji w Poznaniu, gdzie przyjechał jako trener Aberdeen na mecz z Lechem. Takie same rozmowy o piłce toczyłem z Jackiem Charltonem, Joe Faganem z Liverpoolu, a kiedy prowadziłem reprezentację Sudanu, spotkałem się z Marco Tardellim, pracującym wtedy z kadrą Egiptu. Nie chodziło się z nimi do knajp, żeby nerki filtrować, tylko żeby się dowiedzieć, jak oni to robią, jaki mają warsztat. To była naturalna potrzeba. Jeśli chcesz gdzieś dojść, to najpierw spytaj kogoś, kto już tam był.

Pan też w wielu miejscach był. Geograficznie i w przenośni. Czy trenera podróże też kształcą?

Oczywiście, i to bez żadnej przenośni. Z klubem Hapoel Kefar Sawa zdobyłem Puchar Izraela, chociaż oni wcześniej w gablotach nawet szklanki nie mieli. Zawodnicy powiedzieli spontanicznie, że premie oddają na dziecięcy szpital onkologiczny. Poszedłem do prezesa z prośbą, żeby docenił ten piękny gest i jednak dał coś piłkarzom od siebie. A on, inteligentny gość, popatrzył na mnie i powiedział: – Mojżesz przez 40 lat błąkał się z ludem Izraela po pustyni. Gdyby szedł jeszcze dwa lata, to dotarłby do Szwajcarii. I wtedy bym ci dał.

Dlatego był prezesem.

Pracując w Afryce, zobaczyłem park Serengeti i wszedłem na Kilimandżaro. W klubie Al-Masry w Port Saidzie kontrakt gwarantował mi samochód służbowy. Ale z hotelu na stadion miałem niecały kilometr, więc powiedziałem, że samochód nie jest mi potrzebny. Dali mi więc do dyspozycji dorożkę z woźnicą. Koń tak się ze mną związał, że kiedy prowadziłem trening, on stał pod trybuną, rżał i nie chciał wrócić na ulicę.

Wiem, że lubi pan zwierzęta. Jakie ma pan teraz w domu?

Od dwóch lat mamy bokserka, którego jakaś menda wyrzuciła pod Warszawą z samochodu. Biedak złamał kręgosłup, ale doprowadziliśmy go do zdrowia.

A tygrys?

Słyszał pan? W Sudanie dostałem na imieniny małego tygryska. Jak wiadomo, w Afryce nie ma tygrysów. Musieli go kupić na jakimś targu, żeby sprawić mi niespodziankę. Trzymałem go przez dwa miesiące na piątym piętrze bloku bez windy. Wyprowadzałem go na spacery, spał ze mną, ale wypychał mnie z łóżka, rósł niebezpiecznie, więc oddałem go polskim pilotom, którzy opylali pola, chroniąc uprawy przed szarańczą. Podobno wypuścili go gdzieś w buszu i wolę nie wiedzieć, co się z nim stało.

Pan się urodził w Łodzi, grał w Starcie i ŁKS. Od kiedy mieszka pan w Gdańsku?

W grudniu mija 50 lat. Trafiłem tu jako piłkarz Lechii. Mieszkam ciągle w tym samym miejscu, w Jelitkowie. Mam 300 metrów do morza. Najpiękniejsze miejsce na świecie. Jestem przewodniczącym Rady Trenerów Pomorskiego Związku Piłki Nożnej. Coś pan wspominał o moim wieku? Nie wiem, o czym pan mówi.

Wojciech Łazarek (urodzony 4 października 1937 roku). Zawodnik Metalowca, Startu i ŁKS w Łodzi, Lechii Gdańsk. Trener m.in. reprezentacji Polski (1986–1989), Sudanu (2002–2004), MRKS Gdańsk, Lechii Gdańsk, Olimpii Elbląg (awans do II ligi), Bałtyku Gdynia, Zawiszy Bydgoszcz (awans do ekstraklasy), Lecha Poznań (dwukrotnie tytuł mistrza Polski, dwa razy Puchar Polski), ŁKS Łódź, Aluminium Konin, Wisły Kraków, Widzewa, Jagiellonii, Narwi Ostrołęka, Ilanka Rzepin oraz Trelleborgs FF (Szwecja), Hapoel Kefar Sawa (Puchar Izraela), Al-Masry Port Said (Egipt), Ettifaq (Arabia Saudyjska), Hapoel Tajbe (Izrael). Dwukrotnie zdobył tytuł Trenera Roku (1983, 1984) przyznany przez tygodnik „Piłka Nożna”.

Rz: Niedawno skończył pan 80 lat…

Wojciech Łazarek: Wolę setkę niż osiemdziesiątkę, ale niech pan pyta. Jeszcze słyszę. Dupcia trochę poszarpana, ale zawsze proszę pana.

Pozostało 98% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Materiał Promocyjny
Wykup samochodu z leasingu – co warto wiedzieć?
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej