Ziarno długo kiełkowało

Marek Plawgo, medalista mistrzostw świata w biegu na 400 m ppł. i w sztafecie 4×400 m, prezes łódzkiej Fundacji Arkadia Sztuka i Golf opowiada o życiu po życiu sportowca i godzeniu pracy z pasją.

Publikacja: 05.09.2017 21:00

Marek Plawgo

Marek Plawgo

Foto: Fotorzepa / Piotr Nowak

Rz: Miał pan oficjalne uroczyste pożegnanie z lekkoatletyką?

Marek Plawgo: Nie miałem. W naszej dyscyplinie jakoś nieprzesadnie się o to dba. Jak kiedyś z uśmiechem, ale trafnie mówił Sebastian Chmara, dziś wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki: albo grawerton, albo talerz. Plus kwiatek przy jakiejś okazji. Nie ma takich uroczystości, jakie mieli Piotr Gruszka lub Piotr Gacek w siatkówce, albo Artur Siódmiak w piłce ręcznej. Lekkoatletyka to jednak nie gry zespołowe. Był benefis Moniki Pyrek, był Roberta Korzeniowskiego, natomiast większość lekkoatletów po prostu kończy ze sportem i zaczyna żyć.

Kiedy nadszedł tak naprawdę czas pańskiego przejścia do życia po sporcie?

W zasadzie dałem sobie czas do igrzysk w Londynie. Przygotowywałem się na 110 procent, zabrakło mi 16 setnych sekundy, żeby się zakwalifikować. Uznałem, że to koniec. Ale potem zacząłem się zastanawiać. Pomyślałem, że warto przeżyć jeszcze sezon pożegnalny, że wszystko zrobię po raz ostatni, że ten finałowy rok będzie dla mnie rodzajem sentymentalnej podróży i przygotowaniem do tego, co dalej. Chciałem też jak najszybciej nadrobić zaniedbane studia.

Udało się to długie pożegnanie?

Wszystko było, jak chciałem. Celebrowałem wyjazdy, ostatnie pobyty na lotniskach, starty w zawodach. Stadion powoli przestawał być ważny. Jak pojechałem do Tokio, to przyleciałem trzy dni wcześniej, by mieć czas na codzienne 15-kilometrowe wycieczki z aparatem fotograficznym w ręku, by przeżyć tę przygodę inaczej.

Pierwsza praca?

Dostałem ją, gdyż została zauważona moja krnąbrność i to, że czasem w telewizji coś tam ostro powiedziałem. Ówczesny wiceminister sportu Tomasz Półgrabski zaproponował mi pracę w biurze prasowym, jak mówił, w celu połączenia dwóch światów: sportu i dziennikarstwa, które studiowałem. Zostałem w ministerstwie na dwa lata. Ta praca pozwoliła mi łagodnie wylądować po karierze, ale też ukierunkowała. Kolejne decyzje podejmowałem już po swojemu, świadomie budowałem karierę. Po przeprowadzce do Łodzi jako dyrektor marketingu w Atlas Arenie. Teraz w Pabianicach jako osoba zarządzająca polem golfowym.

Dlaczego golf?

To była magia, magia czystego uderzenia driverem i znikającej na horyzoncie piłki. Ziarno zostało rzucone na żyzną glebę, tylko długo kiełkowało. Najpierw, dawno temu, na zgrupowaniu rehabilitacyjnym w Kołobrzegu, z Szymonem Ziółkowskim. Miał kije w bagażniku, poszliśmy odbijać piłki na plaży. Spodobało mi się, ale wciąż sądziłem, że to sport dla dziadków, do tego drogi, może coś z tego będzie, jak skończę karierę. Gdy przyszedł czas sukcesów lekkoatletycznych, medal MŚ w Osace, sponsor, firma Adidas, zaprosił mnie na wycieczkę do siedziby. Mieli mi dać kolce i sprzęt. Gdy przyjechałem, oczy mi się zaświeciły jak żarówki, bo zobaczyłem kije golfowe TaylorMade – Adidas właśnie kupił ich fabrykę. Patrzę na kije, patrzę na cenę, widzę niemałą, pytam, czy mogę je dostać. Po telefonie do centrali usłyszałem: bierz. Leżały od 2008 roku w moich domach na Śląsku, w Warszawie, w Łodzi, aż do ubiegłego roku, gdy skończyłem kurs i rozpocząłem regularną grę.

Zauroczenie nie mija?

Zdziwiony jestem, że golf, przy swej ideowej prostocie, potrafi człowieka tak opanować, złapać za gardło i trzymać. Może dlatego, że gdy przychodzę na pole z problemami, to one znikają. Tylko w nurkowaniu znalazłem podobne uczucia – wielki relaks i zapomnienie o wszystkim innym dookoła. W golfie mam wciąż dawną przyjemność uprawiania sportu, ale już bez zmęczenia i frustracji, jakie poznałem przez 20 lat trenowania biegu na 400 m.

Jak zaczęła się przygoda z polem golfowym A&A Arkadia, którym pan dziś zarządza?

Była wczesna jesień ubiegłego roku. Bywałem tam jako gość z innego sportu. Korzystałem z tego, że to prawie centrum miasta, właściwie można dojechać tramwajem i po kilkunastu minutach jest się w przyrodniczej enklawie, z rzeką, stawem, owcami, pawiami i jeleniami. Jak spotkałem właściciela, zagadałem, powiedziałem, co można zrobić inaczej, od słowa do słowa – właściciel klepnął mnie po ramieniu i powiedział: to zrób. Tak zostałem prezesem fundacji, łącząc przyjemne z pożytecznym, czyli radość uprawiania golfa z biznesem.

Czy to jest trudny biznes?

Bardzo trudny. Trudności polegają przede wszystkim na przełamywaniu stereotypów, burzeniu fasady drożyzny i ekskluzywności golfa. Przez to wolniej docieramy z ofertą do ludzi, choć np. student może u nas grać za 90 zł miesięcznie plus kurs i sprzęt, choć mamy w Łodzi halę do treningu w zimie. Zainteresowanie jest, ale stanowczo za małe jak na skalę obiektu i możliwości golfa w Polsce. Myślałem z początku, że poskładam ten projekt w trzy miesiące, teraz myślę, że zajmie mi to dwa–trzy lata.

Jakie będą korekty w biznesplanie?

Ponieważ siłą tego miejsca jest kontrast przyrody z miejskim otoczeniem, należy zmodyfikować ofertę, wzbogacić ją o gastronomię, przyciągnąć całe rodziny do spędzania wolnego czasu w tej dużej zielonej przestrzeni, zadbać o sprawy pozagolfowe i wtedy zacząć zarabiać.

Jak pan jest obecnie związany z lekkoatletyką?

Formalnie – wcale. Sercem – wciąż na 100 procent. Trochę jak z kochanką, do której można się skradać po nocach. Tak naprawdę biorę udział w wielu projektach lekkoatletycznych związanych z masowym bieganiem, prowadzeniem imprez typu Orlen Cup, także, z czego bywam dumny, pozyskiwaniem dla Polski imprez międzynarodowych. To praca zbiorowa, ale bywam autorem ofert i niekiedy ich prezenterem przed Radą IAAF lub federacji europejskiej, robiłem to przed ubiegłorocznymi MŚ juniorów, młodzieżowymi ME w tym roku i drużynowymi ME w 2019 roku. Mam kolejne pomysły.

Jaka jest pańska opinia o kryzysie w światowej lekkiej atletyce?

Mamy dwa kryzysy: dopingowo-korupcyjny i, nawijmy go – poboltowski. Ale mistrzostwa świata w Londynie dzięki Brytyjczykom przypomniały dobre czasy. Moja ocena – jest lepiej, niż było. Jestem jednak rozdarty, bo jestem tradycjonalistą i chciałbym zachowania tej dawnej, długiej, rozwlekłej lekkoatletyki, z numerami startowymi, nie nazwiskami na piersiach. Jak w golfie, lubię wartości, jakie niesie tradycja. Z drugiej strony musimy konkurować z nowymi formami rozrywki, nadchodzi era e-sportu, już nawet z ambicjami olimpijskimi, więc trzeba spełniać wymagania telewizji i nowego odbiorcy. Trudno o kompromis, myślę, że przewodniczący Coe na razie bada, co może zrobić po nowemu, i mam nadzieję, że nie będzie wprowadzał zmian zbyt gwałtownie.

My w Polsce pozostaniemy na lata wybitnymi specjalistami od rzutów?

Już nimi jesteśmy. Kule i młoty wciąż lądują daleko, oszczepy też zaczynają fruwać, w dysku jest dobrze. Widać następców, więc to dobra droga – przesunięcie nakładów na rzuty. Jeśli pojawią się talenty w innych konkurencjach, to raczej nie znikną, przy nich także pojawią się pieniądze, więc nie martwię się o polską lekkoatletykę chwilę przed stuleciem związku.

A jakie ma pan wyobrażenie o swej dalszej karierze golfowej?

Gdy miałem za sobą cztery godziny treningu, usłyszałem, że ładnie uderzam i mam dużą powtarzalność, sądziłem zatem, że bez trudu w rok osiągnę poziom Mariusza Czerkawskiego lub Jerzego Dudka. Zaraz dogonię Szymona Ziółkowskiego. Założyłem się z właścicielem Arkadii, że za dwa lata wygram z nim rundę. Gdy wyszedłem na duże pole, po którym muszę przejść 12 km, uderzyć piłkę 120 razy, wykonać 240 zamachów (licząc z próbnymi), pojąłem, jak duże to wyzwanie, i nabrałem pokory. Czekam do wyniku poniżej 100 uderzeń na rundę, mam handicap 49 i o singlowym na razie nie marzę.

Rz: Miał pan oficjalne uroczyste pożegnanie z lekkoatletyką?

Marek Plawgo: Nie miałem. W naszej dyscyplinie jakoś nieprzesadnie się o to dba. Jak kiedyś z uśmiechem, ale trafnie mówił Sebastian Chmara, dziś wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki: albo grawerton, albo talerz. Plus kwiatek przy jakiejś okazji. Nie ma takich uroczystości, jakie mieli Piotr Gruszka lub Piotr Gacek w siatkówce, albo Artur Siódmiak w piłce ręcznej. Lekkoatletyka to jednak nie gry zespołowe. Był benefis Moniki Pyrek, był Roberta Korzeniowskiego, natomiast większość lekkoatletów po prostu kończy ze sportem i zaczyna żyć.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?