Jazda z bratem

Lubuskie będzie miało w przyszłym sezonie aż trzech żużlowców w cyklu Grand Prix. Niewykluczone, że z grona najlepszych zawodników świata Przemysław Pawlicki wyeliminuje swojego brata Piotra.

Publikacja: 31.08.2017 21:00

Od lewej: Patryk Braun, Piotr Pawlicki i Przemyslaw Pawlicki w czasach, gdy próbowali reaktywować żu

Od lewej: Patryk Braun, Piotr Pawlicki i Przemyslaw Pawlicki w czasach, gdy próbowali reaktywować żużel w Warszawie.

Foto: Rzeczpospolita, Mateusz Dąbrowski

W przypadku Przemysława Pawlickiego sprawdza się powiedzenie „do trzech razy sztuka”. W tym roku właśnie po raz trzeci wystąpił w turnieju Grand Prix Challenge w Togliatti, będącym przepustką do grona najlepszych jeźdźców, z którego awans do cyklu uzyskuje trzech zawodników. Raz był już o włos od awansu – przed dwoma laty w Rybniku w ostatnim biegu, tuż przed metą, dał się wyprzedzić Brytyjczykowi Chrisowi Harrisowi. Awansowałby, gdyby dojechał przed nim.

Pawlicki musiał obejść się smakiem, w Grand Prix po raz kolejny pojechał zaś znienawidzony przez kibiców Anglik. Znienawidzony, bo w cyklu startował dziewięć lat i przez ten czas tylko raz zdołał zmieścić się w najlepszej ósemce. Awans w Rybniku uzyskali za to brat Przemysława – Piotr oraz późniejszy brązowy medalista mistrzostw świata – Bartosz Zmarzlik.

Skomplikowane zasady

Zasady przyznawania miejsc w mistrzostwach świata są nieco skomplikowane. Pewne miejsce ma w nich pierwsza ósemka z poprzedniego sezonu Grand Prix, trzech najlepszych zawodników z kwalifikacyjnego cyklu Challenge oraz czwórka wskazana przez promotora mistrzostw, angielską firmę BSI. W tej chwili pewni miejsca w przyszłym roku mogą być Przemysław Pawlicki oraz Patryk Dudek, aktualnie trzeci zawodnik klasyfikacji generalnej Grand Prix. Drugi w mistrzostwach świata jest Maciej Janowski, a szósty Bartosz Zmarzlik. Obaj raczej z pierwszej ósemki już nie wypadną, a nawet jeśli, to będą kandydatami do otrzymania dzikich kart od BSI. Możemy więc być raczej pewni, że ponownie w cyklu zobaczymy czterech Polaków.

Maleją w związku z tym szanse Piotra Pawlickiego. Żużlowiec Unii Leszno jest w klasyfikacji generalnej 11., ale choć wygrał jeden z turniejów (w Daugavpils), to cały sezon jeździ w kratkę. Organizatorzy mistrzostw nie będą raczej zachwyceni pomysłem, by w Grand Prix jeździło aż pięciu Polaków. To sprawia, że aby myśleć o utrzymaniu w cyklu, Piotr musi awansować do pierwszej ósemki. Na odrobienie strat ma jeszcze cztery turnieje.

– Mam nadzieję, że Piotrek odpali w drugiej części sezonu i razem będziemy się ścigać w Grand Prix w przyszłym roku. Taki jest urok turnieju Challenge. Kiedyś w Rybniku to mnie zabrakło kilkuset metrów do awansu, a do GP wjechał Piotrek. Teraz ja awansowałem, taki jest sport. Jestem jednak pewien, że brat nie powiedział jeszcze ostatniego słowa – skomentował tę sytuację Przemysław.

Dodajmy, że w turniejach Grand Prix wystąpił on dotąd zaledwie dwa razy. W 2012 r., jadąc z dziką kartą, zajął dziesiąte miejsce w Grand Prix Europy w Lesznie. Piotr był wówczas rezerwowym i na torze nie zaprezentował się ani razu. W tym roku starszy z braci dostał z kolei zaproszenie od organizatorów Grand Prix Polski w Warszawie. W pamięci kibiców zapisał się jednak przede wszystkim występem w specjalnym kevlarze, przygotowanym na wzór kombinezonu Tomasza Golloba. Dochód z licytacji kevlaru przekazany został na leczenie polskiego mistrza. Na Narodowym Przemysław nie nawiązał jednak do Golloba – zajął przedostatnie miejsce. Ale bezpośredni pojedynek z młodszym bratem wygrał.

W Grand Prix stawali jednocześnie pod taśmą tylko raz, za to już wiele razy w innych rozgrywkach, odkąd drogi wychowanków Unii Leszno się rozeszły. Przemysław przyznał kiedyś, że występy z bratem stanowią dla niego szczególne wyznanie. – Jazda z nim to coś zupełnie innego niż z innym zawodnikiem. Muszę przyznać, że jak jedziemy razem, to się po prostu boję o niego. Bardziej skupiam się na tym, żeby on nie zrobił sobie krzywdy, niż myślę o sobie. Proszę mi wierzyć, jazda z bratem jest przyjemna, ale jednocześnie bardzo stresująca – mówił w rozmowie ze Sportowymi Faktami.

Z konia na motocykl

Co ciekawe, Pawliccy najpierw bardziej interesowali się jazdą konną niż żużlem. Wszystko dzięki tacie, również byłemu żużlowcowi, którego karierę przerwała kontuzja doznana na torze w Gorzowie. Po uderzeniu w bandę Piotr Pawlicki senior stracił drugi i trzeci kręg lędźwiowy, z przerwaniem rdzenia i zerwaniem nerwów. Nie dawano mu szans, by kiedykolwiek jeszcze chodził. – Nie wyglądało to groźnie, przy naszych dmuchanych bandach (które zagościły na torach w XXI w. – przyp. red.) to bym wstał i się otrzepał – wspomniał później.

– Akurat starszy syn, Przemek, mając siedem miesięcy, zaczął raczkować. Ja właśnie przyjechałem z Konstancina (gdzie miał operację – przyp. red.) i zacząłem rehabilitację w domu. Razem uczyliśmy się chodzić – mówił ojciec, który do dziś chodzi o kulach.

Stadninę koni Dajana w Lesznie prowadzi razem z żoną. I córką… Dajaną. W zawodach jeździeckich startowali także bracia, ale przy tej pasji została tylko najmłodsza z klanu Pawlickich. – Tata niedawno powiedział, że cieszy się, że nie jestem chłopcem, ponieważ też pewnie jeździłabym na żużlu – stwierdziła kiedyś. Razem z matką Wiolettą została więc przy koniach prawdziwych, podczas gdy męska część rodziny skupiła się na koniach mechanicznych.

Początki nie były łatwe. – Tata świadomie schował przed nami w kontenerze motocykl żużlowy, więc po trochu próbowaliśmy wszystkiego: jazdy konnej, piłki nożnej, jazdy na rowerach, pływania. Ale to nas aż tak nie kręciło, brakowało w tym szybkości – opowiadał Przemysław w gazecie „Super Speedway”. – Gdy miałem 15 lat, poszedłem na stadion Unii Leszno i potem zdecydowałem się trenować w szkółce. Z treningu wyrzucił mnie jednak trener Zbigniew Jąder – rozpoznał we mnie Pawlickiego i kazał przyjść z ojcem. Wiedziałem, że żaden numer, np. z przyjściem z dziadkiem, już nie przejdzie – dodawał. – W końcu, jak to dzieci, zaszli mnie od strony matki – wszyscy troje weszli mi na ambicję i… tak powstał team Pawlickich – śmieje się Pawlicki senior.

Bracia wspólnie jeździli – przynajmniej w Polsce – do 2015 r. Sezon 2011 spędzili w Polonii Piła, a następnie przez cztery lata reprezentowali Unię Leszno. Mieli także ciekawy epizod w Warszawie, gdzie pomagali w reaktywacji żużla na stadionie Gwardii. Drużyna bez toru rywalizowała w rozgrywkach juniorskich, organizując rundy, których powinna być gospodarzem, na innych obiektach. Bracia wywalczyli młodzieżowe mistrzostwo par klubowych, a walkę o tor w stolicy wspomagają do tej pory. – Razem z bratem zdobyliśmy pierwszy złoty medal Mistrzostwa Polski Par Klubowych właśnie w barwach WTS Nice Warszawa i to wspólne osiągnięcie było w tamtych czasach dla mnie bardzo ważne, bo Piotr dopiero zaczynał karierę – mówił niedawno Przemysław.

Kto zyskał, kto stracił

W 2015 r. bracia wygrali z Unią Leszno Ekstraligę, ale Przemysław zdecydował się na rozstanie z klubem. Przeszedł do Gorzowa, gdzie kiedyś występował już przez rok jako junior, zanim jeszcze Piotr zdał żużlową licencję. Nie tylko stał się szybko jednym z liderów drużyny, ale nawet przejął od mającego kłopoty z formą Krzysztofa Kasprzaka funkcję kapitana drużyny. Koledzy z Leszna mogli tylko patrzeć z zazdrością, jak zdobywa drugie kolejne drużynowe mistrzostwo Polski. Unia, rok po mistrzowskim sezonie, ledwo uratowała się przed spadkiem.

Przemysław Pawlicki nie ukrywał, że jego celem w sezonie 2017 jest awans do Grand Prix. Teraz, gdy już go osiągnął, może się skupić na obronie ze Stalą mistrzowskiego tytułu. – Myślę, że bracia całkiem nieźle radzą sobie, jeżdżąc osobno, a jeśli ktoś na ich rozstaniu traci, to przede wszystkim Unia – kwituje ekspert nc+ Wojciech Dankiewicz.

W przypadku Przemysława Pawlickiego sprawdza się powiedzenie „do trzech razy sztuka”. W tym roku właśnie po raz trzeci wystąpił w turnieju Grand Prix Challenge w Togliatti, będącym przepustką do grona najlepszych jeźdźców, z którego awans do cyklu uzyskuje trzech zawodników. Raz był już o włos od awansu – przed dwoma laty w Rybniku w ostatnim biegu, tuż przed metą, dał się wyprzedzić Brytyjczykowi Chrisowi Harrisowi. Awansowałby, gdyby dojechał przed nim.

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej