Posłuchaj ich przed śmiercią

The Prodigy, Breaking Benjamin, Wolfmother, RavenEye będą gwiazdami drugiej edycji festiwalu The Capital Of Rock 19 sierpnia.

Publikacja: 28.04.2017 00:00

The Prodigy na koncertach przypomina swoje największe hity. Tak też zapewne będzie we Wrocławiu.

The Prodigy na koncertach przypomina swoje największe hity. Tak też zapewne będzie we Wrocławiu.

Foto: materiały prasowe

Wrocław to jedna z tych polskich metropolii, które wraz z organizacją Euro w 2012 roku zyskały wspaniały stadion, mogący służyć do organizacji koncertów i widowisk na najwyższym światowym poziomie. Tak się złożyło, że stolica Dolnego Śląska nie przyciąga jednak tak wielu artystów co samofinansujący się Stadion Narodowy. Tym bardziej wypada się cieszyć, że po pierwszej edycji The Capital Of Rock, festiwalu, który był jednym z punktów zeszłorocznego programu Europejskiej Stolicy Kultury – impreza na stałe zagości nad Odrą.

Cyberpunkowcy

Największą gwiazdą będzie The Prodigy. „Q Magazine” zaliczył ich do „50 zespołów, które musisz zobaczyć przed śmiercią”. To grupa, która już nic nie musi udowadniać, zmieniła bowiem muzyczną scenę nie do poznania, łącząc elektroniczne beaty i ekstazę techno z dynamiką punk rocka. Wystarczy, że koncertuje, przypominając swoje wielkie osiągnięcia.

Założycielem i liderem formacji jest Liam Howlett i to on odpowiada za brzmienie The Prodigy.

– Zainteresowałem się kulturą techno, ponieważ wiele czerpała z hip-hopu – powiedział w wywiadzie dla „The Guardian”. – Robiliśmy wszystko, żeby trzymać się z dala od list  przebojów, ale listy przebojów zmieniły się pod naszym wpływem.

Howlett stał się tak wpływowym artystą w muzycznym środowisku, że mógł produkować płyty Davida Bowiego czy Madonny. Jednak odrzucił propozycję legend muzyki pop.

– Jeśli chodzi o Bowiego, skończyło się na miłych pogawędkach w garderobie, gdy razem koncertowaliśmy w Niemczech – powiedział Liam. – Madonna też zrobiła w naszą stronę ukłon. Odnalazła nas i odbyliśmy spotkanie. Podpisaliśmy wtedy umowę z jej amerykańską firmą płytową.

Pierwszy sukces Howletta przyszedł w 1991 roku wraz z wydaniem singla „Charly”. Utwór przeznaczony na niszowe imprezy techno trafił na trzecie miejsce brytyjskiej listy przebojów. Wkrótce potem The Prodigy wydało debiutancki album „Experience”, zawierający klasyczne dziś przeboje „Out of Space”, „Everybody in the Place” czy „Fire”.

– The Prodigy dokonali przełomu – powiedział Moby, protoplasta nowoczesnej muzyki klubowej. – Zanim pojawili się na scenie, myślałem, że płyty z muzyką taneczną muszą być nudne. Nie da się ich słuchać, bo to jedynie kolekcja mniej lub bardziej niepasujących do siebie singli. Moi młodsi koledzy pokazali, że nie musi być aż tak źle.

Siłą The Prodigy była nieokiełznana wyobraźnia. W „Jericho” połączyli cytaty z tak odległych od siebie stylistycznie artystów jak AC/DC i Hijack.

W 1994 roku drugi album „Music for Jilted Generation” od razu trafił na pierwsze miejsce sprzedaży. Howlett wykorzystał sytuację, w której z jednej strony muzycy techno chętnie godzili się na łagodzenie ciężkiego brzmienia, z drugiej zaś państwo i policja uderzały w nielegalne imprezy zwane rave. Organizowano je bowiem w piracki sposób, w najbardziej zaskakujących miejscach – pofabrycznych barakach, lasach czy parkach, przy przenośnym sprzęcie grającym, bez zgody administracji.

Wydane w 1994 roku przez państwo przepisy nie pozwalały na zakłócanie spokoju. Liam już na początku płyty przemawiał do fanów słowami: „Pieprzyć ich prawo”. Po latach przyznał, że upolitycznienie przekazu stało się przypadkowe. Jakkolwiek by było – single „Voodoo People”, „Poison” czy „No Good (Start the Dance)” zdobyły olbrzymią popularność już nie tylko w klubach i na listach przebojów, ale i w radiu. Popularność zwiększała forma albumu przypominająca kolaż cytatów z modnych filmów. Słychać było głos Pierce’aa Brosnana jako agenta 007, a także fragmenty z „Gwiezdnych wojen” czy „2001: Odyseja Kosmiczna”.

Klasycy przełomu

Na świecie piekielnie ostra i taneczna muzyka wywołała zaskoczenie, zwłaszcza u starszych fanów. The Prodigy szokowali nie tylko nagraniami, ale i cyberpunkowym wyglądem, makijażami, kostiumami. Ale dziś „Music For Jilted Generation” jest zaliczane do najlepszych albumów wszech czasów.

Reakcja fanów na trzeci album „The Fat of the Land” zaskoczyła chyba samych muzyków, ponieważ single „Firestarter”, „Breathe” i „Smack My Bitch Up” zdobyły popularność u odpornej na muzykę taneczną publiczności amerykańskiej. To dlatego słynny album z krabem na okładce zadebiutował na pierwszym miejscu listy Billboard 200, zaś w Wielkiej Brytanii pobił rekordy szybkości sprzedaży. Tylko w 2012 roku na świecie kupiono 10 mln egzemplarzy. Nic dziwnego, że wpływowe magazyny „Spin” i „Melody Maker” ogłosiły „The Fat of the Land” albumem roku.

Przebojowe kompozycje uzyskały w teledyskach kontrowersyjną oprawę, co tylko zwiększyło zainteresowanie publiczności i mediów. Grupa prezentowała się już nie tylko jako cyberpunkowcy, ale muzycy z piekła rodem.

Czwarty kompakt „Always Outnumbered, Never Outgunned” został nagrany bez udziału wokalisty i tancerza Keitha Flinta oraz MC Maxima, którzy występowali jednak na koncertach.

Na piątą płytę zespół kazał czekać fanom pięć lat. „Invaders Must Die” od razu trafiła na pierwsze miejsce sprzedaży w Anglii. Można mówić o swoistym paradoksie, bo ci, którzy jeszcze kilka lat temu wyznaczali nowe kierunki, tym razem zaprezentowali się jako klasycy techno.

Najnowszy album z 2015 roku „The Day Is My Enemy” zawdzięcza tytuł piosence Cole Portera, a konkretnie słowom „dzień jest moim wrogiem, noc jest moim przyjacielem”. Najważniejsze jest chyba to, że muzycy nareszcie odkryli główną zasadę żywotności wszystkich zespołów, a mianowicie udział każdego członka grupy w tworzeniu piosenek.

Z przekąsem można powiedzieć, że to była ostatnia szansa, ponieważ lider Liam Howlett zapowiedział, że oto powstaje ostatni studyjny album The Prodigy. Z pewnością znalazł świetną metodę na zebranie kolegów przy mikrofonie – nagrywali w hotelach, przed koncertami, a nawet podróżując w przestworzach, na pokładzie samolotów. Głównym tematem utworów jest przemoc. Na płycie znalazły się też zaskakujące nagrania. Na przykład „Ibiza” z udziałem Sleaford Mods. To krytyka gwiazd kultury didżejskiej.

– Koncertowaliśmy kiedyś na Ibizie, ale nie jestem wielkim fanem tego miejsca – powiedział Liam. – Nie chodzi o samą wyspę, tylko o tych wszystkich jokerów, którzy przylatują własnymi jetami, wyjmują z kieszeni USB, podłączają do komputerów i udają, że są mistrzami improwizacji.

Do Wrocławia The Prodigy przylecą być może jetem. Ale można liczyć na pokaz autentyzmu.

Erupcja witalności

Breaking Benjamin to już dziś klasycy hard rocka, którzy sprzedali 7 mln albumów, podejmując muzyczną historię tam, gdzie skończył się grunge.

Lider Benjamin Burnley zaczynał od grania przebojów The Beatles. Później nie miał pomysłu, jak promować zespół. W grę wchodziło m.in. granie nowej wersji „Enjoy the Silence” Depeche Mode. Na szczęście pierwszym hitem stała się piosenka „Polyamorous”, hymn wolnej miłości, z wydanej w 2002 roku płyty „Saturate”. Amerykańscy fani kupili w milionie egzemplarzy nie tylko „Saturate”, ale również kolejne albumy „We Are Not Alone”, na którym lider popisał się współpracą kompozytorską z Billym Corganem z The Smashing Pumpkins, a także „Phobia”.

Najnowszy album „Dark Before Dawn” przyniósł dwa wielki hity „Failure” i „Angels Fall”. – Jesteśmy po pierwszym europejskim tournée – powiedział lider. – Jechałem na Stary Kontynent z obawami. Ale okazało się, że mamy tyle samo fanów w Europie, co w Ameryce.

Kolejną gwiazdą będzie grupa Wolfmother z Australii, założona w 2000 roku przez Andrew Stockdale’a. Pierwszy koncert dali cztery lata później w jednym z pubów. Wizytówką grupy jest przebój „Woman”, który podbił listy przebojów, zagościł w „Shreku”, wielu grach komputerowych, a także w reklamach Apple i Mitsubishi. Muzycy cenią sobie jednak chyba najbardziej Grammy, jaką otrzymali za piosenkę.

Nowa odsłona rocka w ich wykonaniu została doceniona przez klasyków: zapraszali Wolfmother do otwierania koncertów Aerosmith i AC/DC. Kiedy Led Zeppelin byli wprowadzani do UK Music Hall of Fame – Plant i Page zrobili miejsce na scenie dla młodych kolegów, doceniając ich elektryzujące wykonanie „Communication Breakdown”. Najnowszy album „Victorious” ukazał się rok temu. Może to przypadek, ale kiedy ze sceny zeszli Black Sabbath – dzięki Wolfmother fani hard rocka zamiast rozpaczać nad końcem kariery Ozzy’ego i jego przyjaciół, mogą się cieszyć muzyką Australijczyków.

– Nasza najnowsza płyta jest o wszystkich małych zwycięstwach, jakie odnosimy, nie wywołując wielkich bitew – powiedział lider Wolfmother.

Na koncercie można jednak spodziewać się bitewnego zgiełku.

Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej