Konie z NRD

Sportowa Ziemia Lubuska nie kojarzy mi się wcale z tak lubianym tam żużlem, lecz ze sportem, który kiedyś był polski, a dziś jest zapomniany – pięciobojem nowoczesnym i ośrodkiem w Drzonkowie, gdzie bywałem wielokrotnie.

Publikacja: 04.01.2017 22:00

Mirosław Żukowski

Mirosław Żukowski

Foto: Fotorzepa / Kompała Waldemar

Dzisiejszym kibicom zapewne trudno będzie w to uwierzyć, ale był czas, gdy czołowi pięcioboiści stawali się gwiazdami sportu i mediów. Wychowywały ich dwa ośrodki – Warszawa i Drzonków, ostro ze sobą rywalizujące.

Drzonków lat 80. (ubiegłego wieku – jak dodaje dziś młodzież) miał swój klimat. Bywało tam sporo gości z pobliskiego Berlina Zachodniego, przywożących atrakcje u nas trudno dostępne, a małe koniki hodowane przez dyrektora Zbigniewa Majewskiego chodziły, gdzie chciały. Gdy kiedyś zjadły zachodnioberlińskim gościom suszące się na sznurze grzyby, Majewski, przepraszając, powiedział: „To niemożliwe, moje kuce by tego nie zrobiły, musiał się tu gdzieś zaplątać jakiś koń z NRD”.

Drzonków wciąż stoi, ale nie jest już miejscem, do którego przyjeżdża się, by porozmawiać z medalistami olimpijskimi czy mistrzami świata. Pięciobój nowoczesny w warunkach rynkowej, medialnej gry kompletnie przepadł, choć od czasów, gdy sportowymi idolami byli Janusz Peciak, Barbara Kotowska, Dorota Idzi czy Arkadiusz Skrzypaszek, bardzo się zmienił. Z igrzysk w Rio trudno zapomnieć uśmiech Oktawii Nowackiej biegnącej po brąz po jednodniowej rywalizacji, a pamiętam mistrzostwa Europy z dawnych lat trwające dziesięć dni (indywidualnie i w sztafetach).

Gdy Janusz Peciak w roku 1976 zdobył w Montrealu olimpijskie złoto, zaczął się dla pięcioboju złoty czas i właśnie na fali tego entuzjazmu powstał Drzonków. Pięć lat później odbyły się tam mistrzostwa świata, w których ten sam Peciak (dla znajomych wcale nie Janusz, lecz Gerard) zdobył indywidualne złoto, a drużynowo też wygrała Polska.

Kilka lat później zaczęły się sukcesy kobiet i były one naprawdę wielkie, co wraz z kolegą z „Przeglądu Sportowego” odczuliśmy na własnej skórze. Włoscy organizatorzy mistrzostw Europy kazali nam się stawić rano przed hotelem, skąd wraz z ekipą mieliśmy odjechać na lotnisko. Gdy się zjawiliśmy, guru miejscowego pięcioboju w randze pułkownika rozłożył bezradnie ręce i powiedział: „Dziennikarze do pociągu, bo puchary polskiej ekipy się nie mieszczą”. Na szczęście dał się uprosić i leżąc na podłodze busika, dojechaliśmy do Mediolanu.

Częścią tego świata, tego sportu, który minął i nie wróci, był Drzonków, Zbigniew Majewski zwany „Szeryfem” i panie kelnerki patrzące z zazdrością na sportowców (i na nas) jedzących na śniadanie szynkę, gdy w sklepach na kartki była tylko pasztetowa.

Dzisiejszym kibicom zapewne trudno będzie w to uwierzyć, ale był czas, gdy czołowi pięcioboiści stawali się gwiazdami sportu i mediów. Wychowywały ich dwa ośrodki – Warszawa i Drzonków, ostro ze sobą rywalizujące.

Drzonków lat 80. (ubiegłego wieku – jak dodaje dziś młodzież) miał swój klimat. Bywało tam sporo gości z pobliskiego Berlina Zachodniego, przywożących atrakcje u nas trudno dostępne, a małe koniki hodowane przez dyrektora Zbigniewa Majewskiego chodziły, gdzie chciały. Gdy kiedyś zjadły zachodnioberlińskim gościom suszące się na sznurze grzyby, Majewski, przepraszając, powiedział: „To niemożliwe, moje kuce by tego nie zrobiły, musiał się tu gdzieś zaplątać jakiś koń z NRD”.

2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Materiał Promocyjny
Mity i fakty - Czy to prawda, że elektryczne auta palą się częściej niż spalinowe?
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej