Srebro cenniejsze niż złoto

Karolina Kucharczyk, srebrna medalistka Igrzysk Paraolimpijskich w Rio de Janeiro w skoku w dal, opowiada o treningach, startach, medalach i planach na przyszłość.

Publikacja: 02.10.2016 22:00

Karolina Kucharczyk pochodzi z okolic Rawicza, jest zawodniczką klubu IKS Leszno.

Karolina Kucharczyk pochodzi z okolic Rawicza, jest zawodniczką klubu IKS Leszno.

Foto: PAP/Marcin Obara

Rz: W Londynie zdobyła pani złoty medal, w Rio srebrny. Odbiera to pani jako sukces?

Karolina Kucharczyk: Zdecydowanie tak, to efekt czterech lat przygotowań. Nie ukrywam jednak, że miałam w planach złoto, byłam faworytką, przecież nadal to do mnie należy rekord świata, 6,09 m. Chorwatka Mikela Ristoski w stosunku do igrzysk w Londynie poprawiła się jednak o 51 centymetrów. Kłopot polegał na tym, że w Rio przyszedł szczyt formy, zrobiłam się szybsza, ale przez to zaczęłam mieć problemy na rozbiegu, odbijałam się dwie-trzy stopy przed deską. Sama nie potrafiłam tego skorygować, a nie został ze mną wysłany mój trener Bogusław Jusiak. Jeszcze w Polsce, gdy trenowaliśmy wspólnie, wszystko było dobrze. Gdybym odbijała się w dobrym miejscu, zamiast 5,55 uzyskałabym zapewne wynik w okolicach 6 metrów. Tymczasem właściwie w każdym skoku się ratowałam. Pogodziłam się z tym, że tak to wszystko wyglądało. Cieszę się ze srebra, w końcu tak wielu sportowców jechało do Rio z nadziejami na medal, a musiało zadowolić się miejscami poza podium. Dla mnie te igrzyska były bardzo trudne psychicznie. W Londynie występowałam już po trzech dniach, w Rio czekałam 15. Zżerały mnie nerwy, gdy patrzyłam na sukcesy koleżanek i kolegów z kadry, a ja na codziennych treningach wiedziałam, że coś z tym rozbiegiem jest nie tak.

Dobrze, że poza Chorwatką nie miałam zbyt mocnych rywalek, mogło być bardzo ciężko. Na szczęście udało się, to srebro właściwie jest dla mnie cenniejsze niż złoty medal w Londynie. Tam zapewniłam je sobie w pierwszej próbie, tu medalowy wynik uzyskałam dopiero w piątej. Może uratowało mnie doświadczenie.

W jaki sposób przygotowywała się pani do startu już w Brazylii?

Postępowałam zgodnie z instrukcjami od mojego trenera, który rozpisał mi dokładnie, co mam robić. Tak naprawdę wszystko zadziałało, byłam odpowiednio przygotowana szybkościowo, byłam skoczna jak piłka. Problem był tylko z tym rozbiegiem. Z trenerem zobaczę się dopiero po jego powrocie z urlopu, mam nadzieję, że nie będzie na mnie zły. Celem było 6,10 metra, czyli poprawienie rekordu świata. Gdybym trafiała w deskę, było to możliwe do osiągnięcia. Z trenerem śmiejemy się, że 5,55 to mogłabym skoczyć nawet przychodząc na zawody prosto po piwie. Z drugiej strony, mogę być zadowolona, że mimo tak wczesnego odbicia i tak daleko skakałam. Gdyby Chorwatka trafiała na rozbiegu tak jak ja, miałaby pewnie 5,20. Jednak ona cały czas miała przy sobie trenera, specjalistę od skoku w dal. Zawsze jej towarzyszy na zawodach, to bardzo pomaga. Poziom cały czas rośnie, w Rio padło ponad 100 rekordów świata, niektórzy zaczynają osiągać wyniki zbliżone do sportowców pełnosprawnych. Innym dysfunkcje jednak na to nie pozwalają. Ja musiałabym skakać 7 metrów, nie jestem w stanie takiego rezultatu uzyskać. Przy moim tempie biegu mogę osiągnąć maksymalnie 6,40.

Co ciekawe, skok w dal nie jest pani podstawową dyscypliną, zgadza się?

Moją koronną konkurencją jest bieg przez płotki, jestem aktualną mistrzynią świata na 60 metrów. Skupiałam się na treningach w tej dyscyplinie, ale byłam też wieloboistką, więc gdy przed igrzyskami w Londynie okazało się, że jest do wykorzystania miejsce w skoku w dal, postanowiliśmy z trenerem nad tym popracować. Tak naprawdę nie chciałam tego, klęłam trenując, ale zawzięłam się. Chciałam zdobyć medal olimpijski, żeby moje nazwisko się przebiło. Wcześniej zdobywałam medale mistrzostw świata i Europy, a nawet w Rawiczu nic o mnie nie było słychać. W Londynie się udało, choć kosztem wielu kontuzji i wyrzeczeń. Nie zarabiałam dużo, gdyby nie pomoc rodziców, trenera i klubu nie miałabym wtedy szans się przygotować. Odżywki, sprzęt, to wszystko kosztuje.

Proszę wyjaśnić, w jakiej kategorii pani startuje i od czego zależy to, z kim się rywalizuje?

Sportowcy niepełnosprawni podzieleni są na grupy, w zależności od rodzaju dysfunkcji. Ja należę do T20, w której znajdują się osoby upośledzone intelektualnie. Nie ma wśród nas np. osób bez ręki, ponieważ rywalizacja nie byłaby uczciwa. Kryteria są dość jasne, nie tak dawno głośno było o sprawie hiszpańskich koszykarzy, którzy udawali niepełnosprawnych na paraolimpiadzie w Sydney i zdobyli tam złoty medal. Dla uniknięcia takich sytuacji przeprowadza się testy. Ja oczywiście wszystkie przechodzę. Pogodziłam się ze swoimi ograniczeniami, choć w życiu nie było mi lekko. W szkole przezywali mnie „joystick” lub „tik-tak”, co dla małej dziewczynki było traumatycznym przeżyciem. Nie poddawałam się jednak i postanowiłam sobie, że skończę naukę i do czegoś dojdę. Nie ma co ukrywać, że w rywalizacji pełnosprawnych nie miałabym szans na takie sukcesy, w naszych kategoriach jest jednak nieco łatwiej o medale. Z drugiej strony, szczególnie w przypadku osób bez kończyn, uprawianie sportu jest bardzo kosztowne, wymaga nieprawdopodobnej determinacji. W naszym przypadku jest mniej komplikacji, choć też musi nas wspomagać sztab ludzi, w tym psychologowie. Nie mierzymy się jednak z takimi sytuacjami, jak łucznik spotkany przeze mnie w wiosce olimpijskiej, który nie miał ręki i nogi, SMS-y pisał językiem, a na igrzyskach musiała mu towarzyszyć mama. Byłam zszokowana, jak świetnie sobie radził. Tym bardziej doceniam to, co mam. Te igrzyska bardzo wzmocniły mnie psychicznie, już teraz myślę o tym, by w Tokio walczyć o złoto.

Medal w Rio dedykowała pani rodzinie, w tym zmarłym dziadkom.

Tak, moja babcia odeszła trzy dni po tym, jak wróciłam z Kataru ze złotym medalem mistrzostw świata. Teraz też spotkała mnie rodzinna tragedia, dzień po moim medalu na zawał serca zmarł mój dziadek. Nie mogłam więc tak naprawdę cieszyć się z sukcesu. Na szczęście dziadek zdążył zobaczyć mój start, nagrał mi go nawet, tak jak ceremonię otwarcia. Zamknięcia już niestety nie zdążył… Medal z Rio jest więc właściwie dla niego, skoro złoto z Kataru było dla babci.

Jak porównałaby pani igrzyska w Londynie i w Rio pod względem organizacji i otoczki imprezy?

Londyn trudno będzie przebić. Może jestem bezczelna, ale Rio w ogóle mi się nie podobało, może przez to, że za długo czekałam na start. W Anglii mieliśmy wspaniałe powitanie, na każdym kroku czuliśmy się doceniani. Inna sprawa, że w Brazylii nie mogłam być na ceremonii otwarcia, ponieważ zgodnie z zaleceniami trenera musiałam przede wszystkim zadbać o szybką regenerację i aklimatyzację. Miałam w ogóle jak najmniej wychodzić. Z Londynu mam wspaniałe wspomnienia, myślałam, że z Rio będzie podobnie, ale jednak to nie to samo. Tam podczas mojego startu było 80 tysięcy ludzi na stadionie, na każdym kroku czuć było, jak ważny jest tam sport paraolimpijski. W Brazylii widzów było znacznie mniej, zapewne przez wysokie ceny biletów.

A czy w Polsce podejście do paraolimpijczyków przez te cztery lata poprawiło się?

Zdecydowanie, choćby w mediach było o nas teraz znacznie głośniej niż wtedy. Zdobyliśmy więcej medali niż w Londynie i zostało to zauważone, np. dziewczyny były w „Dzień dobry TVN”. Dobrze, że wchodzimy na rynek, bo cztery lata temu mieliśmy tylko swoje pięć minut i potem wszystko ucichło. Teraz wydaje się, że będzie inaczej. Na spotkanie zaprosiła nas pani premier Beata Szydło i obiecała podwyższenie i zmianę systemu ministerialnych nagród finansowych. Do niedawna warunkiem ich otrzymania było zdobycie medalu w konkurencji o odpowiedniej liczbie uczestników, w moim przypadku wymagano minimum 12 zawodników z 8 krajów. To ograniczenie zostało już zniesione (zmiana rozporządzenia ministra sportu i turystyki weszła w życie 28 września – przyp. red.). Nie będę musiała się martwić, że nie dostanę nagrody albo stypendium, będę mogła się spokojnie przygotowywać do kolejnych startów. Liczę, że ta tendencja się utrzyma i paraolimpijczycy nadal będą zauważani.

Jak na pani przykładzie wygląda sytuacja polskiego paraolimpijczyka? Czy sport jest dla pani zawodem, czy też musi pani jeszcze pracować dodatkowo?

Byłoby to bardzo trudne, bo np. w tym roku byłam na siedmiu obozach, właściwie cały czas nie było mnie w domu. Nie mam jeszcze dzieci i rodziny na utrzymaniu, a na samodzielną egzystencję i przygotowania wystarcza mi pieniędzy ze stypendiów, które otrzymuję za wyniki. Mogę też liczyć na wsparcie sponsorów. Nie wiadomo, jak będzie teraz, ponieważ dotychczas Orlen wspierał tylko mistrzów paraolimpijskich. Podobno jednak rozważana jest zmiana decyzji i wszyscy medaliści mieliby otrzymywać środki od sponsora.

Pochodzi pani z okolic Rawicza, rodzinnego miasta Anity Włodarczyk. Znacie się panie?

Spotkałyśmy się po Londynie, skąd ja przywiozłam złoto, a pani Anita srebro. Mieliśmy wtedy powitanie w kinie. Także wtedy, za czasów burmistrza Tadeusza Pawłowskiego, otrzymałam od władz miasta mieszkanie komunalne. Tym razem miasto mnie trochę zawiodło. Pani Anita po powrocie z Rio miała zorganizowane spotkanie z kibicami na rynku, otrzymała też 25 tysięcy złotych nagrody. Mnie aktualny burmistrz zorganizował powitanie podczas biegu przełajowego, a nagroda wyniosła 5 tysięcy. Nie chodzi mi o te pieniądze, liczyłam po prostu, że będę mogła znów być powitana razem z panią Anitą, żeby to ładnie wyglądało. Nawet dla kibiców byłoby to ciekawe, bo medale z obu imprez mają inny wzór. Muszę dodać, że w przygotowaniach do Rio bardzo wsparło mnie finansowo Leszno, występuję w barwach tamtejszego IKS, choć trenuję w Rawiczu.

Jakie ma pani najbliższe plany życiowe i sportowe?

Teraz chciałabym założyć rodzinę. Mam narzeczonego, chciałabym urodzić teraz przynajmniej jedno dziecko. Nie chcę być w życiu sama, a widziałam zbyt wiele zawodniczek, które miały po 37 lat kiedy postanawiały się na tym skupić i okazywało się, że jest już za późno. Sport jest bardzo ważny, ale kiedyś kariera i sukcesy się skończą, a rodzina zostaje. Także teraz chciałabym się jak najszybciej na tym skoncentrować, żeby móc potem dobrze przygotować się do igrzysk w Tokio.

Rz: W Londynie zdobyła pani złoty medal, w Rio srebrny. Odbiera to pani jako sukces?

Karolina Kucharczyk: Zdecydowanie tak, to efekt czterech lat przygotowań. Nie ukrywam jednak, że miałam w planach złoto, byłam faworytką, przecież nadal to do mnie należy rekord świata, 6,09 m. Chorwatka Mikela Ristoski w stosunku do igrzysk w Londynie poprawiła się jednak o 51 centymetrów. Kłopot polegał na tym, że w Rio przyszedł szczyt formy, zrobiłam się szybsza, ale przez to zaczęłam mieć problemy na rozbiegu, odbijałam się dwie-trzy stopy przed deską. Sama nie potrafiłam tego skorygować, a nie został ze mną wysłany mój trener Bogusław Jusiak. Jeszcze w Polsce, gdy trenowaliśmy wspólnie, wszystko było dobrze. Gdybym odbijała się w dobrym miejscu, zamiast 5,55 uzyskałabym zapewne wynik w okolicach 6 metrów. Tymczasem właściwie w każdym skoku się ratowałam. Pogodziłam się z tym, że tak to wszystko wyglądało. Cieszę się ze srebra, w końcu tak wielu sportowców jechało do Rio z nadziejami na medal, a musiało zadowolić się miejscami poza podium. Dla mnie te igrzyska były bardzo trudne psychicznie. W Londynie występowałam już po trzech dniach, w Rio czekałam 15. Zżerały mnie nerwy, gdy patrzyłam na sukcesy koleżanek i kolegów z kadry, a ja na codziennych treningach wiedziałam, że coś z tym rozbiegiem jest nie tak.

Pozostało 86% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Materiał Promocyjny
Naszą siłą jest różnorodność
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Akcje Specjalne
Dekarbonizacja gospodarki bez wodoru będzie bardzo trudna
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży