Konkurs pomógł mi pokonać własne ograniczenia

Maciej Koczur, laureat białostockiego Konkursu Młodych Dyrygentów im. Witolda Lutosławskiego.

Publikacja: 19.09.2016 22:00

Maciej Koczur, rocznik 1989, doktorant w  Katedrze  Dyrygentury Akademii Muzycznej w Krakowie. Jest

Maciej Koczur, rocznik 1989, doktorant w Katedrze Dyrygentury Akademii Muzycznej w Krakowie. Jest laureatem „Małego berła” Fundacji Kultury Polskiej.

Foto: materiały prasowe/www.oifp.eu

Rz: Po ogłoszeniu pana zwycięstwa nie krył pan zaskoczenia oraz wspominał, że spodziewał się wygranej innego uczestnika finału. Jak z perspektywy czasu ocenia pan przebieg białostockiego konkursu?

Maciej Koczur: Teraz myślę o wielkiej motywacji i szansie na to, żeby rozwijać się jako dyrygent przed konkursem im. Grzegorza Fitelberga w Katowicach. To najważniejszy cel nie tylko dla mnie, ale i całej trójki białostockich laureatów. Jedną z nagród są też koncerty z polskimi orkiestrami, przede wszystkim zaś z NOSPR – zespołem na znakomitym poziomie. Postaram się wykorzystać najbliższe miesiące na to, żeby zdobyć jeszcze więcej doświadczenia. Z prostej przyczyny: my własnego instrumentu nie mamy i stawanie przed profesjonalnym zespołem, zwłaszcza tej rangi co Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, to wielka szansa.

Młody dyrygent nie może liczyć na kredyt zaufania, musi prowadzić orkiestrę mocną ręką.

Orkiestra inaczej patrzy na młodego dyrygenta niż na doświadczonego i niekoniecznie daje mu taryfą ulgową. My szczególnie jesteśmy brani pod lupę, dlatego musimy być dobrze przygotowani i wiedzieć, co chcemy zrobić z zespołem, żeby nie zawahać się ani na chwilę.

Pan już brał udział w konkursie im. Fitelberga w 2012 roku.

Tak. To było doświadczenie, które na pewno bardzo zaprocentowało w czasie zmagań w Białymstoku. Sytuacja konkursowa jest szczególna z powodu gigantycznego stresu. Trzeba znaleźć własne patenty na to, jak radzić sobie z nim radzić, bo to nie jest sytuacja, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni na co dzień, przychodząc na próbę z orkiestrą. Głównie dlatego, że podczas konkursu mamy bardzo mało czasu. W pierwszym etapie to jest ledwie pół godziny, które mija w mgnieniu oka. Dlatego trzeba mieć bardzo przemyślane komunikaty dla orkiestry i wiedzieć, jak chcemy się pokazać. Właśnie doświadczenia sprzed czterech lat pozwoliły mi w Białymstoku pokonać trudności, jakie mnie spotkały kiedyś w Katowicach. Wtedy, będąc w stresie, zapomniałem o uwagach, których nie zdążyłem przekazać, a potem dziwiłem się, że orkiestra reaguje inaczej niż bym chciał.

Jury w Białymstoku nie ukrywało, że decydujący był drugi etap i poprowadzenie przez pana „Partity” Lutosławskiego.

Potwierdziło się to również w mojej rozmowie z jurorami. Osobiście byłem tym zaskoczony. Wydawało mi się, że decydujący był pierwszy etap. Myślałem, że poszedł mi lepiej od drugiego. Prowadziłem wtedy uwerturę do „Mocy przeznaczenia” Verdiego i symfonię lindzką Mozarta; z kolei w trzecim etapie „Partitę” i IX symfonię Dvoraka, jeden z moich najukochańszych utworów od najmłodszych lat. Przeżyłem ją już wielokrotnie w swojej wyobraźni i to na pewno pomogło. Znałem bardzo dobrze każdą nutę i nie miałem kłopotu, żeby dyrygować z pamięci.

Jak zmienia się interpretacja utworów, gdy dyrygent ma coraz więcej doświadczenia?

Przede wszystkim rozumiemy coraz lepiej jak działa orkiestra, złożona z wielu indywidualności, z wielu instrumentalistów. Latami poznajemy specyfikę wszystkich instrumentów. Ale przede wszystkim zmienia się rodzaj naszego gestu. Mówię na podstawie doświadczeń: nasze ręce zaczynają inaczej działać. Mamy też coraz lepszy kontakt z muzykami – czuję, że orkiestra lepiej podąża za mną. Na początku miałem wrażenie, że nie ma komunikacji i nic nie działa, jak miało działać. Dlatego trzeba spędzać dużo czasu z zespołami, uczuć się i jeszcze raz uczyć się.

Jakie wspomnienia ma pan z Białegostoku?

Po samym mieście nie miałem czasu pochodzić. Stres sprawiał, że większość czasu spędzałem nad partyturami. Oglądałem też innych uczestników konkursu, żeby się od nich uczyć. Ostatecznie miałem okazję pójść na rynek, wybrałem się też na bardzo piękny spacer przez park nieopodal filharmonii. Na pewno byłem pozytywnie zaskoczony akustyką sali. Dobrze mi się w białostockiej sali dyrygowało i słyszało orkiestrę na scenie. Miałem poczucie, że słyszę selektywnie, co nie jest spotykane we wszystkich salach koncertowych w Polsce. Do tego białostocka sala ma delikatny pogłos, który sprawia, że wszystkie dźwięki odpowiednio się ze sobą kleją.

Na Warszawskiej Jesieni wyreżyserował pan spektakl teatralny. Skąd się wzięło takie doświadczenie?

Był czas, kiedy zastanawiałem się nad pójściem do szkoły teatralnej. Zawsze dobrze się odnajdywałem w rolach aktorskich.

Zajmie się pan więc w przyszłości operą?

Jeśli będę na to gotowy. Opera to synteza sztuk, dziedzina mocno zaawansowana i trzeba być w dobrym kontakcie z orkiestrą, zespołem aktorskim i reżyserem, żeby wszystko połączyć w spójną całość.

Kto jest pana mistrzem?

Paavo Jarvi, dlatego, że ma świetny kontakt z orkiestrą. Każdy jego gest, najmniejszy gest znaczy. Bardzo lubię oglądać jego koncerty i mam nadzieję, że będzie mi dane spotkać się z nim na kursach mistrzowskich, które odbywają się w Estonii u jego ojca.

A wybiera się pan na te kursy?

Mam plan, żeby spędzić na nich przyszłe wakacje, spotkać się z Paavo Jarvi i popracować razem z nim.

I właśnie na ten cel przeznaczy pan nagrodę?

Tak jest. Uznałem, że to będzie najlepsza inwestycja w siebie.

Rz: Po ogłoszeniu pana zwycięstwa nie krył pan zaskoczenia oraz wspominał, że spodziewał się wygranej innego uczestnika finału. Jak z perspektywy czasu ocenia pan przebieg białostockiego konkursu?

Maciej Koczur: Teraz myślę o wielkiej motywacji i szansie na to, żeby rozwijać się jako dyrygent przed konkursem im. Grzegorza Fitelberga w Katowicach. To najważniejszy cel nie tylko dla mnie, ale i całej trójki białostockich laureatów. Jedną z nagród są też koncerty z polskimi orkiestrami, przede wszystkim zaś z NOSPR – zespołem na znakomitym poziomie. Postaram się wykorzystać najbliższe miesiące na to, żeby zdobyć jeszcze więcej doświadczenia. Z prostej przyczyny: my własnego instrumentu nie mamy i stawanie przed profesjonalnym zespołem, zwłaszcza tej rangi co Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, to wielka szansa.

Pozostało 85% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
CERT Orange Polska: internauci korzystają z naszej wiedzy