Figo z polskiej miedzi

Pół roku temu był na piłkarskim zakręcie. Wrócił do Polski, pojechał na Euro, dziś jest liderem Zagłębia i jednym z czołowych zawodników ekstraklasy.

Publikacja: 25.08.2016 23:00

Figo z polskiej miedzi

Foto: PAP/Maciej Kulczyński

Wołają na niego Figo, choć on sam nie pamięta, skąd wziął się ten pseudonim. Kiedyś na podwórku ktoś porównał go do portugalskiego gwiazdora i tak już zostało. Nie protestował, bo uwielbiał patrzeć na grę Realu Madryt, ale idola miał w dzieciństwie innego: w pokoju wisiały plakaty Zinedine’a Zidane’a.

Z charakteru geniusza z Marsylii w ogóle nie przypomina. Cichy, spokojny, skromny – mówią o nim koledzy. Nigdy nie lubił być w centrum uwagi. Ale – jak żartuje Robert Lewandowski – „sypnąć monologiem potrafi”.  Z nieśmiałością walczy od małego. W Chorzowie miał podobno zapisane w umowie, że raz na pół roku musi udzielić wywiadu klubowym mediom. Wie, że to ważna część obowiązków profesjonalnego piłkarza, ale woli błyszczeć na boisku niż przed kamerami.

Wiosną czynił to regularnie. Strzelał (trzy bramki), asystował (dziesięć decydujących podań), stał się reżyserem gry Zagłębia. Wprowadził beniaminka na podium ekstraklasy, pomógł awansować do europejskich pucharów. Po nieudanym epizodzie w Lokeren wyraźnie odżył.

Czerwona kartka w trzy minuty

W Belgii wiązano z nim duże nadzieje, przyjeżdżał jako następca jednej z gwiazd ligi, odchodzącego do Club Brugge Hansa Vanakena. Na początku dostawał szansę, pojawiał się w podstawowym składzie, ale z czasem coraz częściej siedział na ławce i trybunach. Przez pół roku rozegrał tylko dziewięć meczów, w jednym z nich wytrzymał na boisku zaledwie trzy minuty. Nie z powodu kontuzji, ale dwóch żółtych kartek. Trudno o gorsze wejście do nowego klubu.

– Po tym stracił zaufanie w oczach sztabu szkoleniowego i ciężko było mu się przebić – opowiadał w rozmowie z „Przeglądem Sportowym” Włodzimierz Lubański, były napastnik, a potem trener Lokeren.

– W Polsce liga belgijska nie jest do końca doceniana. A tutaj naprawdę nie jest łatwo zaistnieć. Nawet od zawodników ofensywnych wymaga się agresywnej gry w odbiorze. Ponadto gra tu wielu piłkarzy z Afryki i występują oni właśnie głównie w środku pola. Fizycznie Starzyński od nich odstawał.

Dopóki trenerem był Bob Peeters, polski pomocnik mógł wierzyć, że jego los jeszcze się odmieni. Ale w październiku Peetersa zastąpił Georges Leekens. Były selekcjoner Belgów preferuje zawodników bardziej atletycznych i stworzony do kombinacyjnej gry Starzyński z ławki już nie wstał.

Pogoń w sercu

Za wolny, za chudy, za wątły – Starzyński słyszał to od dziecka. Urodził się w Szczecinie, ale w jego CV próżno szukać Pogoni. Kiedyś jako junior wziął dwukrotnie udział w treningu zespołu, ale oferty nie dostał. Na jego talencie nie poznali się też w Amice Wronki. Karierę zaczynał w klubie Wicher, w rodzinnych Przelewicach – miasteczku położonym około 60 km od stolicy Pomorza Zachodniego.

Na futbol był skazany, ojciec Andrzej grał w niższych ligach, małego Filipa zabierał ze sobą na treningi i mecze. Jeździli też razem na Pogoń. Filip z piłką się nie rozstawał. Kopał w drodze do sklepu, kopał w drodze do szkoły. Nie odpuszczał nawet w święta. Rodzinna legenda głosi, że zauważył to ksiądz proboszcz i skarcił go z ambony.

Regularne treningi zaczął jednak późno, dopiero jako 16-latek trafił do Salosu Szczecin, małego salezjańskiego klubu, wychowującego młodych sportowców w duchu chrześcijańskim. Tam przyszły pierwsze sukcesy, brąz mistrzostw Polski juniorów młodszych nikogo nie zdziwił, bo Salos miał jedną z najmocniejszych ekip w kraju w tej kategorii wiekowej.

Fizyczne ułomności Starzyński nadrabiał techniką. Siłownię długo omijał szerokim łukiem. Nie ukrywa, że gdy w 2009 roku przeniósł się do Ruchu Chorzów, miał problemy ze zrobieniem pięciu pompek i podciągnięciem się na drążku. Żmudna praca nad siłą i masą przyniosła efekty.

Doświadczenie zbierał w Młodej Ekstraklasie, w dorosłej drużynie debiutował u Waldemara Fornalika. Był luty 2012 roku, Ruch prowadził z Lechem 3:0, więc wielkiej tremy nie odczuwał. Podobnie jak wtedy, gdy w zakończonym zwycięstwem 7:0 spotkaniu eliminacji Euro 2016 z Gibraltarem pierwszy raz założył koszulkę reprezentacji Polski. Tam też wszedł w końcówce i zdążył asystować przy jednym z goli Lewandowskiego.

Chłopak z Pomorza, mimo rozłąki z rodziną, nie miał kłopotów z aklimatyzacją na Śląsku. Cztery lata spędzone w Chorzowie to był przez Starzyńskiego czas dobrze wykorzystany. Z Ruchem przeżył i walkę o utrzymanie, i występy w europejskich pucharach. Raz nawet faza grupowa Ligi Europy była na wyciągnięcie ręki – o awansie Metalista Charków zadecydowała dogrywka.

Unikalna atmosfera

Powołanie Starzyńskiego na Euro zaskoczeniem nie było. I choć we Francji zagrał tylko minutę (w ostatnim meczu grupowym z Ukrainą), wydawało się, że pójdzie śladem Bartosza Kapustki czy Karola Linetty’ego i do ekstraklasy już nie wróci. Zagłębie nie wahało się jednak wyłożyć pieniędzy, by wykupić go z Lokeren. Negocjacje były długie i trudne, ale dla klubu sponsorowanego przez KGHM ten transfer był priorytetem. Starzyński przyznaje, że polskie powietrze mu służy.

– Chciałem zostać w Lubinie. Jest tu jakaś unikalna atmosfera. Dobre, spokojne miejsce, żeby się rozwinąć – tłumaczył w rozmowie z portalem WP SportoweFakty. – Sam pobyt na Euro dał mi sporo. Bycie z zespołem, obserwowanie z bliska najlepszych piłkarzy Europy. Nie tylko podczas meczów, ale i w trakcie treningów.

Przejście do Zagłębia okazało się strzałem w dziesiątkę. Drużyna Piotra Stokowca po sześciu kolejkach jest wiceliderem i choć nie wygrała meczu, odkąd odpadła z europejskich pucharów, pozostaje jedyną niepokonaną ekipą w ekstraklasie. Starzyński znów strzela (dwie bramki), rozgrywa i asystuje. Już wie, że z Lubina bliżej do kadry.

Za chwilę ruszają eliminacje do rosyjskiego mundialu. Świetna okazja, by pokazać, że w reprezentacji Adama Nawałki może być kimś więcej niż wartościowym zmiennikiem.

CV

Filip Starzyński, 25 lat. Pomocnik Zagłębia Lubin i reprezentacji Polski. Uczestnik Euro 2016.

Jego bilans w kadrze to cztery mecze i jedna bramka. Wychowanek Wichra Przelewice. W ekstraklasie debiutował w 2012 roku, w spotkaniu Ruchu Chorzów z Lechem Poznań. Rok temu podpisał kontrakt z Lokeren, ale wiosną został wypożyczony do Zagłębia. Do Belgii już nie wrócił.

Wołają na niego Figo, choć on sam nie pamięta, skąd wziął się ten pseudonim. Kiedyś na podwórku ktoś porównał go do portugalskiego gwiazdora i tak już zostało. Nie protestował, bo uwielbiał patrzeć na grę Realu Madryt, ale idola miał w dzieciństwie innego: w pokoju wisiały plakaty Zinedine’a Zidane’a.

Z charakteru geniusza z Marsylii w ogóle nie przypomina. Cichy, spokojny, skromny – mówią o nim koledzy. Nigdy nie lubił być w centrum uwagi. Ale – jak żartuje Robert Lewandowski – „sypnąć monologiem potrafi”.  Z nieśmiałością walczy od małego. W Chorzowie miał podobno zapisane w umowie, że raz na pół roku musi udzielić wywiadu klubowym mediom. Wie, że to ważna część obowiązków profesjonalnego piłkarza, ale woli błyszczeć na boisku niż przed kamerami.

Pozostało 87% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Materiał Promocyjny
Jak kupić oszczędnościowe obligacje skarbowe? Sposobów jest kilka
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej