Pasja długodystansowca

Mateusz Sawrymowicz znów jedzie na Igrzyska. Nie powróciłby na szczyt, gdyby nie miasto Szczecin, które wspierało go także w trudniejszych latach.

Publikacja: 21.07.2016 23:00

Pasja długodystansowca

Foto: Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak

Sawrymowicz wystartuje na dystansie 1500 m stylem dowolnym, w konkurencji, w której w 2007 r. zdobył mistrzostwo świata i z którą rok temu praktycznie się pożegnał, nie osiągając minimum na czempionat globu w Kazaniu. W tym roku, podczas letnich mistrzostw Polski w Szczecinie, jednak w niej wystartował i wypływał minimum. – Dobrze się stało, że przygotowywałem się także do 1500-tki, a nie postawiłem wyłącznie na dystans na wodach otwartych. Los bywa przewrotny – cieszył się podczas rozmowy z „Rzeczpospolitą” na dzień przed wylotem do Rio de Janeiro.

Krótszy dystans

Pływak, który od Igrzysk w Londynie stawia głównie na pływanie na wodach otwartych, widział się raczej w rywalizacji na dystansie 10 km. Zawody kwalifikacyjne w Portugalii okazały się dla niego jednak pechowe i nie zakwalifikował się do Rio. Tym bardziej stawia na swój koronny dystans w basenie.

Start Sawrymowicza tradycyjnie już przypada na samą końcówkę pływackich zmagań. Polak stanie na słupku rano 12 sierpnia i jeśli zakwalifikuje się do finału, na kolejny start poczeka do sobotniego wieczora 13 sierpnia. Czy liczy na miejsce w pierwszej ósemce? – Igrzyska to loteria, tutaj lubią się objawiać czarne konie. Lepiej nic nie prorokować – mówi ostrożnie. I przyznaje, że minimum satysfakcji przyniosłoby mu, gdyby wyrównał wynik sprzed czterech lat z Londynu. Kto go zna wie jednak, że ta ostrożność wynika z nie zawsze przyjemnych doświadczeń ostatnich lat.

Świat usłyszał o Sawrymowiczu w Prima Aprilis 2007 r. Na mistrzostwa globu do australijskiego Melbourne pojechała wówczas silna, kilkunastoosobowa ekipa. Do medali typowane były główne gwiazdy polskiej reprezentacji – Otylia Jędrzejczak i Paweł Korzeniowski. A na długim dystansie prędzej liczono na drużynowego kolegę „Sawryma”, starszego o dwa lata Przemysława Stańczyka, który zresztą wywalczył medal na 800 m style dowolnym. Dziewiętnastoletni Sawrymowicz na swoich drugich mistrzostwach świata miał się tylko przetrzeć w finale. Kiedy w wyścigu na 1500 m do ściany dopłynął jako pierwszy, nikt nie miał wątpliwości, że jego czas nastał właśnie teraz. Sensacją było nie tylko to, że pokonał amerykańską legendę długich dystansów Granta Hacketta, ale to, że dokonał tego jako pierwszy zawodnik od 10 lat! I w rodzinnym mieście Australijczyk. Polskie media oszalały na punkcie dziewiętnastolatka ze Szczecina. Dwupokojowe mieszkanie Sawrymowiczów na Pomorzanach zamieniło się w studio telewizyjne. Wszystkie stacje chciały mieć wywiad z rodzicami i bratem nowej gwiazdy pływania, a sąsiedzi tłoczyli się z gratulacjami. Sawrymowicza, Stańczyka i ich trenera Mirosława Drozda po powrocie zaskoczyła powitalna feta na ul. Jagiellońskiej przy Deptaku Bogusława. Zawodnicy przyjechali w szortach, bo zapomnieli, że w Polsce w kwietniu jest jeszcze zimno.

Czas po  Melbourne

Sawrymowicz zrozumiał, że teraz walczy nie o medal, a o jego utrzymanie. Udawało się aż do samych Igrzysk. W Pekinie do miejsca w finale zabrakło mu 0,8 sekundy. – To podcięło mi skrzydła. Było może nie załamaniem kariery, ale dużym zawodem – opowiada. Trenował dalej, choć było coraz ciężej. Brak spektakularnych sukcesów i żmudne, katorżnicze treningi, odbijały się na zdrowiu i na psychice. Po dwóch latach i tak już napięta sytuacja z trenerem Drozdem skłoniła Sawrymowicza do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. – Starły się dwa różne charaktery. Ja byłem młody i pyskaty, a trener wymagał bezwarunkowego podporządkowania. To prowadziło do spięć – opowiada dzisiaj. Trudno go namówić na zwierzenia. Chętniej opowiada o początkach w USA – treningach u supertrenera Dave’a Salo z University of Southern California, współautora sukcesów takich sław jak Amanda Beard, Lenny Krayzelburg czy Aaron Peirsol, a dziś także „Żelaznej Damy” pływania, Węgierki Katinki Hosszu. Podkreśla świetną atmosferę w drużynie i wartościowe treningi z mistrzem olimpijskim na 10 km i brązowym medalistą olimpijskim na 1500 m kraulem z Londynu Oussamą Melloullim.

O wyborze Los Angeles przesądził nie tylko trener Salo, ale też klimat łagodny dla zatok, które męczyły Sawrymowicza od 2009 r., gdy przeszedł mononukleozę. Wyjazd do USA był skokiem na głęboką wodę, również pod względem finansowym. Stypendium z Polskiego Związku Pływackiego nie starczyło nawet na mieszkanie. Za treningi płacił niewiele, a koszty codziennego życia pochłaniały stypendium od miasta Szczecina i oszczędności z kilku ostatnich lat. Przez pół roku po Mistrzostwach Europy na krótkim basenie w Szczecinie w 2011 r., podczas których zdobył złoto na 1500 m, sponsorował go szczeciński Ambition, ale potem znów trzeba było korzystać z oszczędności.

Zaczęła się finansowa równia pochyła. – Trening profesjonalnego pływaka, szczególnie długodystansowego, nie pozwala na podjęcie żadnej pracy. W USA wstawałem o szóstej, pierwszy trening trwał od 7.30 do 9.30, drugi od 14 do 16, a trzeci, na lądzie, od 18 do 19. Pomiędzy czas był tylko na posiłki, sen i dojazdy. W weekendy, kiedy miałem tylko jeden trening, był czas na regenerację. Większość i tak odsypiałem, choć, jeśli miałem siłę, zdarzało mi się poserfować i naładować organizm na kolejny tydzień – opowiada. Wytrzymał tak do wiosny 2012 r. Potem trenował z Pawłem Korzeniowskim pod okiem trenera Roberta Białeckiego na obozie we Flag Staff w Arizonie, a przygotowania do Igrzysk kończył w Anglii, pod okiem nieżyjącego już trenera Krzysztofa Michaliszyna, dawniej asystenta Salo. W Londynie wszedł do finału, ale wyścig ukończył jako siódmy. – Miałem dużego pecha. Czas 14:54.32 był moim drugim wynikiem w karierze, ale finał zamknął się bardzo szybko – wspomina.

Samotne treningi

To wówczas zaczął poważnie myśleć o wodach otwartych, do których przymierzał się już podczas pobytu w Kalifornii. Po paru miesiącach treningów w Polsce postanowił wrócić do USA i przetrzeć się u boku Melloulliego. Tym razem było jeszcze trudniej niż wcześniej. Asystenci Salo, skupieni na zawodnikach uniwersytetu, nie przejmowali się Polakiem. Praktycznie trenował się sam. Nową dyscyplinę, jaką jest pływanie na wodach otwartych, poznawał niejako na wyczucie. – To zupełnie inne pływanie, nie tak czyste, jak to w basenie – mówi. – Styl liczy się w o wiele mniejszym stopniu. Ważna jest taktyka. Zwycięzcą nie zawsze zostaje zawodnik najszybszy, a ten, który potrafi, jak w peletonie kolarskim, ciągnąć się za innym, a tuż przed metą przyspieszyć i wysunąć się na prowadzenie. Jest też bardziej brutalnie. Podczas startu można oberwać w głowę – opisuje Sawrymowicz.

O tym, że czyste pływanie nie zawsze popłaca, przekonał się kilka razy. Przez lwią część wyścigu był pierwszy, żeby na ostatnich okrążeniach dać się wyprzedzić słabszym zawodnikom. Choć zaczął świetnie – zwycięstwem w prestiżowym wyścigu na wodach otwartych na świecie Tiburon Mile w Kalifornii we wrześniu 2013 r. – potem już nie było tak różowo. Nie poddaje się jednak. Dziś jest filarem reprezentacji Polski na wodach otwartych i wiąże z nią swoją przyszłość.

Miłość do pływania

Adam Osiński, redaktor i twórca portalu Pływanie.pl, który karierę Sawrymowicza śledzi od początku, uważa, że mu się uda. Nie przekreśla też szans Polaka w olimpijskim wyścigu na 1500 m: – Mateusz to prawdziwy długodystansowiec. Ma niesamowitą wytrzymałość. Przy reszcie światowej czołówki – dwumetrowych Chińczyku Sun Yangu czy Tunezyjczyku Osamie Melloulim – wydaje się wręcz filigranowy, a jednak rywalizuje z nimi na równym poziomie – tłumaczy. I dodaje, że Sawrymowicz to także wzór wytrwałości: – U niego miłość do pływania nie jest pustą deklaracją. Od jego wielkiego sukcesu mija dziewięć lat, a on nadal jest w tym sporcie. Okres igrzysk to dla sportowców zwykle czas przełomu, decyzji o zakończeniu kariery. On po Londynie stwierdził, że nie skończy z pływaniem, a przekwalifikuje się na wody otwarte – mówi Adam Osiński.

Sawrymowicz wystartuje na dystansie 1500 m stylem dowolnym, w konkurencji, w której w 2007 r. zdobył mistrzostwo świata i z którą rok temu praktycznie się pożegnał, nie osiągając minimum na czempionat globu w Kazaniu. W tym roku, podczas letnich mistrzostw Polski w Szczecinie, jednak w niej wystartował i wypływał minimum. – Dobrze się stało, że przygotowywałem się także do 1500-tki, a nie postawiłem wyłącznie na dystans na wodach otwartych. Los bywa przewrotny – cieszył się podczas rozmowy z „Rzeczpospolitą” na dzień przed wylotem do Rio de Janeiro.

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Materiał Promocyjny
Wykup samochodu z leasingu – co warto wiedzieć?
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Materiał Promocyjny
Jak kupić oszczędnościowe obligacje skarbowe? Sposobów jest kilka
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej