Igrzyska przed telewizorem to dziwne uczucie

Największe olimpijskie święto było w Sydney. Mieszkałem tam przez półtora roku. Wynajęliśmy dom. Czuło się, że cała Australia żyje tymi igrzyskami – wspomina swoje olimpijskie starty Mateusz Kusznierewicz, żeglarz, złoty medalista z Atlanty.

Publikacja: 13.06.2016 22:00

Igrzyska przed telewizorem to dziwne uczucie

Foto: Archiwum Mateusza Kusznierewicza

Rz: 20 lat temu o tej porze przygotowywał się pan do swojego olimpijskiego debiutu. Moje pokolenie nie pamięta igrzysk bez Mateusza Kusznierewicza. A jak pan się odnajduje w tej nowej rzeczywistości?

Mateusz Kusznierewicz: Jakiś czas temu wybrałem się do lekarza, żeby mnie przygotował na tę chwilę, kiedy pierwszy raz od dawna obejrzę igrzyska w telewizji (śmiech). Żartuję oczywiście, ale prawda jest taka, że to będzie dziwne uczucie. Pięć olimpijskich startów, 20 lat na tak wysokim poziomie – to była cudowna przygoda.

Mamy jednak jedno życie, a ja obiecałem sobie, że spróbuję w nim różnych rzeczy. Dlatego ten etap kariery zamknąłem po igrzyskach w Londynie. W Rio będę się przyglądał starym kolegom, ale i też nowej gwardii.

Przeżyjmy to jeszcze raz. Do Atlanty jechał pan jako debiutant, a wrócił ze złotem w klasie Finn, pierwszym w historii polskiego żeglarstwa. Od sukcesu mogło przewrócić się w głowie.

Były takie momenty, gdy niewiele do tego brakowało. W ciągu kilku miesięcy poznałem wyjątkowych i bardzo ciekawych ludzi biznesu, kultury, polityki. Codziennie wychodziłem na jakąś kolację, brałem udział w różnych wydarzeniach. Całe szczęście, w porę włączył mi się bezpiecznik i powiedziałem sobie: „dość!”. Myślę, że dużo pomogli mi moi rodzice i znajomi. Pilnowali, by woda sodowa nie uderzyła mi do głowy.

Znalazłem pański wywiad dla Playboya z 2005 roku. Zacytuję fragment dotyczący Atlanty: „Ja się tam po prostu bawiłem. Poderwałem chyba z 10 dziewczyn, korzystałem z życia, mieszkałem w Hiltonie, kina, dyskoteki, kręgle, baseny, jacuzzi… Po wyjściu z wody od razu myślałem o wieczorze”.

Może trochę przesadziłem, ale rzeczywiście my, żeglarze, byliśmy zakwaterowani w pięknym miejscu, w Savannah. Warunki jak w raju. Przeżyliśmy inne igrzyska niż pozostali olimpijczycy, a ja byłem w takim wieku, że mogłem sobie na to wszystko pozwolić. Niczego nie nadużywałem, chodziłem wcześnie spać, nie zarywałem nocy, nie piłem alkoholu w nadmiernych ilościach. Zawsze byłem bardzo towarzyski, pamiętam, że prawie zakochałem się w jakiejś Fince.

Skoro o kobietach mowa. Czy to prawda, że jedna z dziewczyn próbowała pana uwieść, podając się za dziennikarkę AFP?

Faktycznie, cwaniara (śmiech). Miałem wtedy setki wywiadów, zdobyła do mnie numer, zadzwoniła i umówiła się na spotkanie. Świetnie się przygotowała, rozmowa schodziła także na inne tematy. Zaprosiła mnie potem na autoryzację do jakiegoś domku letniskowego pod Warszawą. Spędziliśmy miło czas, później okazało się, że to córka mojego wykładowcy. Chciałem jej pogratulować, ale kontakt się urwał. Jeśli przeczyta ten wywiad, pozdrawiam ją serdecznie.

Dużo miał pan takich przygód?

Bywało wesoło (śmiech). Ale nigdy nie przekraczałem pewnych granic. Szanuję kobiety, jestem dżentelmenem.

Atlanta to był 1996 rok, w Polsce szalejąca transformacja. Zachłysnął się pan Ameryką?

Nigdy nie byłem fanem Stanów Zjednoczonych, może nawet teraz bardziej je cenię niż w latach 90. Mnie wtedy pasjonowała Australia i Nowa Zelandia. Dalekie Antypody to było moje miejsce na Ziemi. Tym bardziej, że kolejne igrzyska organizowało Sydney. Ameryka wydawała mi się plastikowa. Nie miała tej głębi, tego klimatu, jaki był u nas. To były wspaniałe, kolorowe czasy, wiele rzeczy się w Polsce tworzyło. Mało osób pamięta, ale to właśnie w 1996 roku pojawiły się sieci komórkowe. Powstawały nowe media, filmy. Nadrabialiśmy stracone lata, a w USA wszystko już było. Miałem wielki komfort, że mogłem pływać po świecie i to porównywać.

Poznał pan też jednak ciemną stronę igrzysk. W Parku Olimpijskim doszło do zamachu bombowego. To najgroźniejsze wspomnienie związane z igrzyskami?

Chyba tak. Wszystkich nas to zabolało. My, żeglarze, byliśmy z dala od centrum tych wydarzeń, ale od razu przypomniały się obrazki z Monachium 1972. Mam nadzieję, że nigdy coś takiego się nie powtórzy.

Pan przeżył jeszcze jedną tragedię – podczas ceremonii otwarcia zmarł szef polskiej misji olimpijskiej Eugeniusz Pietrasik.

Stał tuż za mną na murawie stadionu w Atlancie, nagle zobaczyłem przerażenie w oczach moich kolegów i koleżanek. Pan Pietrasik dostał zawału serca, osunął się na ziemię, nie udało się go uratować. Dedykowaliśmy mu potem swoje medale.

Kiedy wrócił pan do Polski, nie był pan już anonimowym chłopakiem. Wywiady, spotkania, wizyty w szkołach i zakładach pracy. Nie przeszkadzało to panu w przygotowaniach do następnych igrzysk?

Przyznaję bez bicia i z ręką na sercu, że lepiej by było dla mojej dalszej kariery, gdyby tego całego zamętu udało się uniknąć. Ale z drugiej strony nie żałuję, traktuję to jako ciekawe doświadczenie. Do dziś czerpię z tego profity.

Żeglarstwo to sport pasjonujący, ale bardzo drogi. W klasie Finn potrzebowałem rocznie około 900 tys. zł, z polskiego związku otrzymywałem tylko jedną trzecią tej sumy, więc musiałem liczyć na wsparcie sponsorów. A dla nich ważne są nie tylko wyniki, ale również rozpoznawalność czy osobowość. Obecność w mediach to środek do celu, jakim jest spełnianie marzeń. Część tej gry.

W Sydney startował pan już jako faworyt, pojawiła się presja i został pan bez medalu. Przyszedł kryzys, podobno rozważał pan rozstanie z żeglarstwem?

Popełniłem błąd w przygotowaniach. Kilka miesięcy wcześniej wygrałem mistrzostwa świata i Europy, ale ubzdurałem sobie, że rywale dopiero zaczną trenować na poważnie. Zamiast robić swoje, zwiększyłem obciążenia i do Australii poleciałem przemęczony. Do podium zabrakło mi jednego punktu, chciałem rzucić wszystko w cholerę, nie przeżywać już więcej takiego rozczarowania. Płakałem za metą, podchodzili do mnie inni zawodnicy, pocieszali. Mówili, żebym nie przesadzał, bo zająłem czwarte miejsce, a oni dopiero dziewiąte czy dziesiąte, i z chęcią by się ze mną zamienili. Na szczęście nie podjąłem decyzji pod wpływem emocji. Dałem sobie czas, wyciągnąłem wnioski, porozmawiałem z wieloma osobami i wyszło na to, że żeglarstwo kręci mnie najbardziej. Wiedziałem, że jeszcze nie raz stanę na podium.

I tak też stało się w Atenach. Zapamiętamy pana nietypowe zachowanie po zdobyciu brązowego medalu: skok do wody i szał radości. To miała być karta przetargowa w negocjacjach ze sponsorami.

Przyznaję, było to trochę wyreżyserowane. Ale jestem dumny, że tak to sobie wymyśliłem – o poranku przed startem. Walczyłem o swoją przyszłość, musiałem się więc sprzedać jako człowiek sukcesu. Pomogło mi zachowanie mojej koleżanki Sylwii Gruchały, która tego samego dnia także zdobyła brąz, ale chodziła przygnębiona. Mój skok do wody pokazywany był w telewizjach na całym świecie. Ktoś mi potem opowiadał, że oglądał to w Portugalii, nie było żadnego podpisu i był przekonany, że cieszę się ze złota. Sukces polegał na tym, że do igrzysk w Pekinie podpisałem największe kontrakty w swojej karierze. Nie byłbym spełniony, gdyby nie ten brąz z Aten. Pasuje do złota z Atlanty.

Po Atenach przeniósł się pan do klasy Star. Nie wszystkim podobała się ta decyzja. Razem z Dominikiem Życkim zostaliście mistrzami świata, ale w Pekinie znów zabrakło medalu.

Czwarte miejsce to i tak całkiem niezły wynik jak na tamtejsze warunki. Pozostał niedosyt, ale z pewnością nie można tego porównać z Sydney, bo nie jechaliśmy tam jako faworyci. Żałuję, że Dominik nie ma medalu olimpijskiego. Bardzo mu tego życzyłem, ale się nie udało.

Ale podobno mistrzostwo świata zdobyte w Miami ceni pan bardziej niż złoto z Atlanty.

Złoto olimpijskie ma na pewno większą sportową wartość, ale w Atlancie startowało tylko 28 zawodników. W Miami pokonaliśmy 116 załóg z całego świata. Płynęliśmy jak zaczarowani, to był majstersztyk.

Ósme miejsce na igrzyskach w Londynie musiało być rozczarowaniem…

Mieliśmy dużą szansę na medal, ale przekombinowaliśmy. Błąd w wyborze sprzętu. Używając terminologii motoryzacyjnej, dobraliśmy niewłaściwe opony do panujących warunków.

Koniec kariery olimpijskiej zapowiedział pan jeszcze przed startem w Londynie. Nie kusiło pana jednak, by spróbować swoich sił jeszcze raz w Rio?

Z chęcią poleciałbym do Brazylii, ale nie można zjeść ciasteczka i mieć ciasteczka. Trzeba dokonywać wyborów i jestem z nich bardzo szczęśliwy. Zacząłem nowe życie, założyłem rodzinę, mam dwójkę wspaniałych dzieci. Nie wyobrażam sobie, żebym teraz przez 300 dni w roku był poza domem. Jedyne, czego mi brakuje, to tej atmosfery wioski olimpijskiej. Tylko tam spotyka się tak różnorodnych sportowców: od malutkich, drobniutkich gimnastyczek, po olbrzymich koszykarzy i siatkarzy.

Miał pan czas na zwiedzanie?

Brakowało takich okazji. Zwiedziłem trochę Pekin, pooglądałem inne zawody, nawet pograłem w golfa. Ale to wszystko.

Czyli Wielkiego Muru Chińskiego pan nie zobaczył?

To zostawiam sobie na emeryturę.

Podsumowując: pięć igrzysk, pięć różnych miast, pięć zupełnie innych kultur. Która olimpiada była dla pana najbardziej wyjątkowa?

Wspaniale było w Savannah (igrzyska w Atlancie – przyp. red.) i w Sydney. Ateny były słabe, bo Grecy robili wszystko na ostatnią chwilę. Pekin wyróżniał się rozmachem organizacyjnym. A Londyn? Londyn był taki normalny, angielski. Największe święto było jednak w Australii. Mieszkałem tam przez półtora roku. Wynajęliśmy dom. Czuło się, że cały kraj żyje tymi igrzyskami.

Nie myślał pan o wydaniu olimpijskich wspomnień? Rynek sportowej literatury kwitnie.

Może kiedyś? Bardziej myślę o książce dotyczącej związków sportu z biznesem. Mam mnóstwo inspirujących historii z czasów kariery, które można wykorzystać w życiu prywatnym i zawodowym. Pójdę w tym kierunku.

Mateusz Kusznierewicz, rocznik 1975. Najbardziej utytułowany polski żeglarz. Mistrz olimpijski z Atlanty (1996), brązowy medalista z Aten (2004). Mistrz świata w klasie Finn (1998, 2000) i Star (2008). W 2009 roku przeprowadził się z Warszawy do Gdańska i zaangażował w działalność społeczną oraz biznesową.

Rz: 20 lat temu o tej porze przygotowywał się pan do swojego olimpijskiego debiutu. Moje pokolenie nie pamięta igrzysk bez Mateusza Kusznierewicza. A jak pan się odnajduje w tej nowej rzeczywistości?

Mateusz Kusznierewicz: Jakiś czas temu wybrałem się do lekarza, żeby mnie przygotował na tę chwilę, kiedy pierwszy raz od dawna obejrzę igrzyska w telewizji (śmiech). Żartuję oczywiście, ale prawda jest taka, że to będzie dziwne uczucie. Pięć olimpijskich startów, 20 lat na tak wysokim poziomie – to była cudowna przygoda.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej