Jak może, to gra

Łodzianin Jerzy Janowicz niebezpiecznie szybko spada w tenisowej hierarchii. Już wrócił do punktu, z którego ruszył podbijać świat.

Publikacja: 01.03.2016 18:47

Jak może, to gra

Foto: Fotorzepa, Piotr Nowak

W opublikowanym w poniedziałek rankingu ATP zajmuje 96. miejsce, miesiąc wcześniej był 99. Tak źle nie było od lata 2012 roku, kiedy 25-letni zawodnik znajdował się na 109. pozycji.

Wtedy jednak zaczął wspinać się po tenisowej drabinie, aż do najlepszej w karierze 14. lokaty rok później, po półfinale Wimbledonu. Jeśli nic się nie zmieni, to za chwilę tenisista z Łodzi opuści pierwszą setkę światowej klasyfikacji.

Oznacza to, że w turniejach wielkoszlemowych i wyższej rangi ATP przyjdzie mu grać w eliminacjach, jeśli do nich w ogóle się zakwalifikuje. Start w igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro staje się coraz mniej realny, choć wciąż jest możliwy. Kwalifikuje się 56 najlepszych zawodników z rankingu publikowanego po zakończeniu turnieju na kortach Rolanda Garrosa, czyli na początku czerwca. Międzynarodowa Federacja Tenisowa (ITF) dopuszcza też możliwość przyznania dwóch dzikich kart.

Tak czy inaczej, sytuacja najlepszego polskiego tenisisty nieoczekiwanie się skomplikowała i aby wrócić do czołówki i awansować do olimpijskiego turnieju w Brazylii Janowicz będzie musiał wrócić do challengerów, czyli do drugiej tenisowej ligi. To żaden wstyd, w tej rangi turniejach odbudowywał się w ubiegłym roku Francuz Benoit Paire czy Hiszpan Nicolas Almagro. Janowicz także próbował w ten sposób nadrobić stracony czas i w październiku wystartował w Orleanie, dochodząc tam do finału.

Szlachetne zdrowie

Już wtedy zmagał się z urazami, które nie pozwalały wdrożyć w życie tego planu B. Od rozgrywanego na przełomie sierpnia i września US Open, w którym w pierwszej rundzie uległ Hiszpanowi Pablo Carrenie Buście, łodzianin zagrał 17 meczów. Na sześć miesięcy to niewiele.

W tym roku Janowicz pojawił się na korcie w oficjalnym pojedynku tylko jeden raz – w Australian Open. W Melbourne uległ Amerykaninowi Johnowi Isnerowi. Po spotkaniu narzekał na ból pleców. Kilka tygodni wcześniej leczył chorą kostkę, dziś – przed najważniejszym meczem w historii polskiej reprezentacji w Pucharze Davisa z Argentyną w grupie światowej – zmaga się z urazem kolana. Kapitan kadry Radosław Szymanik do ostatniej chwili nie wiedział, czy może liczyć na lidera polskiej drużyny w Ergo Arenie.

Wojciech Fibak, jedyny polski tenisista, który w rankingu ATP był wyżej niż łodzianin (na pozycji nr 10), patrzy na ostatnie wyniki Janowicza i możliwość ich poprawy przez pryzmat zdrowia. – Kariera tenisisty jest długa i dobre samopoczucie to najważniejszy czynnik pozwalający zachować wysoką pozycję w rankingu. Uważam, że Jurkowi w rozwinięciu skrzydeł przeszkadzają przede wszystkim kontuzje. Widzę jednak, że on z nimi walczy, że próbuje przeskoczyć pewien próg bólu, łatwo się nie poddaje. Dlatego jestem optymistą, bo właściwa reakcja na tego typu przeciwności, to pierwszy krok do odrodzenia. Kiedy grałem w Bazylei w finale debla z Johnem McEnroe w parze, Amerykanin walczył przez cały mecz z bólem ręki. Brał aspirynę za aspiryną. Dotrwaliśmy do końca, wygraliśmy. Ta zawziętość cechuje wielkich sportowców i Jurek do nich należy. On teraz walczy jak McEnroe wtedy w Bazylei, ale poza kortem. Po to, żeby w końcu dojść do siebie – mówi „Rz” Fibak.

Jednakże nawet wtedy, gdy zdrowie dopisywało, Janowicz nie poszedł za ciosem. Był wspaniały turniej w Wimbledonie w 2013 roku, wcześniej finał w Paryżu, kiedy ukazał światu wielki talent, ale jednak do dziś łodzianin nie wygrał turnieju ATP. W tym czasie jego młodsi rywale nie próżnowali. Austriak Dominic Thiem (rocznik 1993, Janowicz – 1990) zwyciężył już w pięciu turniejach ATP. Niedawno w Marsylii po wygraną sięgnął niespełna 21-letni Australijczyk Nick Kyrgios.

Wciąż można mówić o niewykorzystanym potencjale Polaka. – Stać go na pierwszą dziesiątkę rankingu ATP. To wspaniały atleta, obdarzony doskonałym serwisem, z imponującym czuciem piłki. Dlaczego nie jest wśród najlepszych? Tego doprawdy nie wiem, bo nie jestem jego trenerem. Nie widzę go z bliska, w codziennej pracy, nie mogę mu udzielić żadnych rad. Dostrzegam tylko z daleka, obserwując jego grę, ten ogromny niewykorzystany potencjał – mówił w niedawnej rozmowie z „Rz” szkoleniowiec Sereny Williams Patrick Mouratoglou.

– Trudno się z tym nie zgodzić. Talent Jerzego jest ogromny, nieporównywalny z wieloma tenisistami znajdującymi się wyżej od niego – potwierdza Wojciech Fibak.

W tle tych wypowiedzi kryje się sugestia, że być może wypalił się obecny model przygotowań i szkolenia. Janowicz niezmiennie trenuje z Finem Kimem Tiilikainenem i nie zamierza zmieniać tego układu. Uznaje, że zatrudnienie jeszcze lepszego szkoleniowca kosztowałoby zbyt drogo. Pewnym symptomem zmian była zapowiedź treningów z liderem rankingu ATP Serbem Novakiem Djokovicem, Kanadyjczykiem Milosem Raonicem, Włochami Fabio Fogninim i Andreasem Seppim przed Australian Open, ale – wskutek kontuzji – Polak stracił tę wyjątkową okazję.

Sponsorzy odchodzą

Wśród przeciwników Janowicz jest wciąż ceniony, ale spadek w klasyfikacji, brak zwycięstw uderza go po kieszeni. W dotychczasowej karierze zarobił 3,39 mln dolarów, z czego jedną trzecią we wspaniałym sezonie 2013. Ma z czego żyć, ale odchodzą od niego kolejni sponsorzy, nawet ci związani z rodzinnym miastem. O ile wcześniej można było wskazać jako powód kontrowersyjne zachowanie tenisisty, o tyle teraz słabsze wyniki mają na pewno decydujące znaczenie.

Jeszcze w 2014 roku umowy nie przedłużyła firma Atlas, wybierając w zamian Kamila Stocha. Po dwóch latach w styczniu tego roku wygasł kontrakt Janowicza z firmą ubezpieczeniową Uniqa, której centrala jest w Łodzi. – Nadal ubezpieczamy Jerzego Janowicza, ale umowa reklamowa już nie obowiązuje. Decyzję taką podjęliśmy w związku ze zmianami na rynku ubezpieczeniowym i racjonalizacją kosztów – mówi „Rz” rzecznik prasowy firmy Katarzyna Ostrowska.

Od grudnia łodzianin jest związany z największą na świecie agencją menedżerską IMG. Trafił do niej wraz z Urszulą Radwańską, wcześniej kontrakt podpisała Agnieszka Radwańska. Wszystko za sprawą Stuarta Duguida, który reprezentował Janowicza w agencji Lagardere. To właściwy ruch, ale żeby taki kontrakt przyniósł owoce, muszą pojawić się wyniki. Na razie w związku z tą współpracą tenisista zmienił sponsora odzieżowego – z Adidasa na Nike. Nadal gra rakietami Babolata.

Łatwiej na komputerze

Istnieje jednak ranking, w którym Janowicz ostatnio awansował, i gra, w której czyni stałe postępy. Konkurencja w niej jest nawet większa niż w ATP. Komputerowa gra Counter-Strike ma zarejestrowanych ponad 10 milionów użytkowników, śledzą oni transmisje z turniejów. Gracze na ekranie komputera zabijają, podkładają bomby, należą albo do drużyny terrorystów, albo antyterrorystów.

To ulubiona forma aktywności łódzkiego tenisisty. Nie kryje się z nią. Można go nawet zobaczyć grającego, bo internetowa kamera pokazuje wizerunki uczestników Counter-Strike. W wywiadzie dla jednej z platform do gier Janowicz przyznał, że potrafi przed komputerem spędzić kilka godzin dziennie. Co bardziej wnikliwi gracze wyśledzili, że w ciągu roku mogło to być nawet 700 godzin. – Jak mogę, to gram dużo – przyznał. Ostatnio osiągnął najbardziej prestiżowy poziom – tzw. Globe, czym pochwalił się na profilach społecznościowych. To odpowiednik ścisłej czołówki w tenisowej klasyfikacji.

Przed komputerem nie trzeba jednak wylewać potu.

Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?