Boli mnie, że nie udało się z Motorem

Naprawdę czułem, że mógłbym w klubie pomóc. Chciałbym działać w polskiej piłce, ale lokalnie. Nie chcę wyjeżdżać z Lublina – mówi Jacek Bąk, wychowanek Motoru Lublin, 96-krotny reprezentant Polski i kapitan reprezentacji w piłce nożnej.

Publikacja: 12.11.2015 20:47

Boli mnie, że nie udało się z Motorem

Foto: Fotorzepa/Piotr Nowak

Rzeczpospolita: Od 1992 roku nie ma w ekstraklasie Motoru Lublin. W tej chwili jest cztery poziomy niżej. W najlepszym wypadku i przy szczęśliwym zbiegu okoliczności piłka na najwyższym poziomie zawita znów do Lublina po 27 latach przerwy.

Jacek Bąk: Według tego scenariusza Motor musiałby co rok zaliczać awans do wyższej ligi. To mało realne.

To kiedy będzie znowu ekstraklasa w mieście? Po 30-letniej przerwie?

To znacznie bezpieczniejsze założenie i bardziej realne. Wciąż jednak wydaje mi się, że nawet 30 lat bez ekstraklasy w Lublinie to może być mało. By zespół wrócił do elity, musi w końcu się stać profesjonalny. Cały sztab ludzi musi wiedzieć, jak powinien funkcjonować biznes pod tytułem klub piłkarski, dobierać odpowiednich wykonawców. Od magazyniera przez kierownika drużyny, ludzi od marketingu po sztab trenerski i piłkarzy. Tymczasem w Lublinie niestety tak to nie wygląda.

No właśnie. Pan swego czasu, w 2012 roku, próbował inwestować w Motor. Wspólnie zresztą z innym byłym reprezentantem Polski Jackiem Krzynówkiem. Ale już się pan z tej zabawy wypisał.

Jacek działał trochę z doskoku, na miejscu w Lublinie byłem oczywiście ja. Niestety Motor okazał się amatorskim klubem, a we wszystkim rządziła prowizorka. Nie było sensu szargać sobie nerwów i nazwiska. Wiadomo było, że skoro z Krzynówkiem weszliśmy w ten projekt, to głównie my będziemy kojarzeni z tym, co się dzieje w klubie. Siłą rzeczy.

Ile czasu pan wytrzymał?

Mniej więcej rok, może trochę dłużej. Ale naprawdę nie było już sensu tego wszystkiego firmować swoim nazwiskiem. Tak naprawdę nie mogłem nic zrobić, bo wszystko się rozbijało o kolejne osoby odpowiedzialne za podejmowanie kluczowych decyzji. Każda z nich uważała, że wie najlepiej. Tymczasem mówimy o klubie w III lidze. Na tym poziomie trener powinien dostać 25 zawodników i zrobić z nich drużynę. To jego jedyne zadanie. Tymczasem co chwila słyszałem, że ten za słaby, ten za dobry, ten nie może, tamten nie umie, kupmy tego, sprzedajmy tamtego. Naprawdę już miałem dość i nie chciałem się w to bawić.

Na tym poziomie to chyba trzeba postawić na piłkarzy z regionu i wychowanków?

Dokładnie tak. Na pewno nie bawić się w wielkie zakupy, bo przecież nikt nie ma na to pieniędzy.

Szczególnie że Motor kiedyś umiał wychować dobrych piłkarzy. Chociażby pana. Jak to dziś wygląda?

Szczerze mówiąc, nie wiem do końca. Przestałem się zajmować Motorem, nie śledzę, co się dzieje w klubie. Nie wiem, jak obecnie wygląda szkolenie.

Do dziś jest pan ostatnim piłkarzem, na którym Motor zarobił duże pieniądze?

To było w 1992 roku. Miałem 18 lat, byłem już podstawowym zawodnikiem Motoru. Przechodziłem do walczącego o tytuł Lecha Poznań. To był ten czas, gdy w polskiej piłce wszystko się zmieniało. Działaczy z zakładów pracy, którzy sprawowali nadzór nad klubami, zastępowali dziwnej maści biznesmeni w białych skarpetkach. Negocjacje między Motorem a Lechem się przedłużały. W końcu jednak udało się osiągnąć jakiś kompromis. To był dzień żniw dla działaczy Motoru. Po odbiór pieniędzy od Lecha ustawiło się ich chyba dziesięciu albo więcej. Wcześniej w klubie widywałem może ze czterech. Przyjechali z reklamówkami na pieniądze. Do dziś nie wiem, kim oni wszyscy byli, ale jestem pewien, że koniec końców te pieniądze za mój transfer niekoniecznie trafiły do klubowej kasy.

Odchodząc, przypuszczał pan, że Motor czeka taka degrengolada?

Absolutnie nie. Ale sygnały ostrzegawcze były przecież widoczne. Najpierw spadek do drugiej ligi, później niżej. Był czas, żeby reagować. Dziś po Motorze została już tylko nazwa i kibice. Oczywiście jest nowy stadion, który powinien być magnesem dla inwestorów i sponsorów. I pewnie tak jest, ale nie każdemu jest w smak, żeby zmieniać układ panujący w Lublinie.

Co ma pan na myśli?

Nie tak dawno temu chcieliśmy wejść w Motor z Mateuszem Borkiem. Mieliśmy za sobą poważnych sponsorów, którzy oczywiście uzależniali swój udział w projekcie od tego, czy znajdziemy się w klubie. Tymczasem w Lublinie trwała zabawa w głuchy telefon. Nasz pomysł był taki, by finansować klub po połowie z miastem. Ale prezydent Lublina, pan Krzysztof Żuk, dostawał jakieś sprzeczne informacje od swoich doradców. Powtarzali mu, że chcemy rządzić w klubie, a nie dawać żadnych pieniędzy. Paranoja.

Dlaczego tak?

Nie wiem, mogę się tylko domyślać. Szkoda, bo naprawdę czułem, że mógłbym pomóc. Bardzo chciałem pomóc. Ponad 16 lat grałem w piłkę za granicą, widziałem kilka poważnie funkcjonujących klubów, mam swoje przemyślenia i wnioski. Chciałbym działać w polskiej piłce, ale lokalnie. Nie chcę wyjeżdżać z Lublina.

No właśnie. Po tylu latach w Lyonie i Wiedniu, gdy wrócił pan do Polski po karierze piłkarskiej, wybrał pan jednak Lublin. Dlaczego?

Bo to moje miejsce na ziemi. Lublin nie jest za duży, nie traci się czasu na stanie w korkach i dojazdy, a jednocześnie nie jest za mały. Powiedziałby,m że jest idealnie skrojony. Poza tym miasto się bardzo zmieniło i wypiękniało.

To prawda. Kiedyś strach było się kręcić w okolicach Starówki po zmroku.

A dziś ta część miasta wypiękniała. Nie ma już tego wrażenia, że zaraz w ciemnej uliczce dostanie się w twarz, prawda? Bardzo dużo się zmieniło od czasu mojego wyjazdu w 1991 roku do momentu, gdy w 2010 wróciłem. W chwilę jestem w stanie się dostać do Kazimierza Dolnego czy do Nałęczowa. Niedaleko mam do Warszawy.

A jak chce pan obejrzeć mecz ekstraklasy, to tylko rzut beretem do Łęcznej. To chyba musiało być największe zaskoczenie po powrocie. Że ekstraklasa jest w podlubelskiej miejscowości, a nie w mieście.

To prawda. Jeżdżę dość często na mecze do Łęcznej. Kibicuję im oczywiście. Skoro nie ma w najwyższej klasie rozgrywkowej klubu z Lublina, to przynajmniej dobrze o tyle, że region jest reprezentowany. Sporo ludzi z miasta jeździ na ich mecze, ale oczywiście to nie to samo, co gdyby w lidze grał Motor. Dla nas lubelaków dobre jednak chociaż i to.

W tej chwili pańskie działanie w futbolu ogranicza się do bycia ambasadorem reprezentacji U-18 i drużyny do lat 19. Trochę chyba mało, jak na pańskie ambicje i możliwości.

Z pewnością stać mnie na więcej i chciałbym robić więcej. Ale tutaj, w Lublinie i w regionie. Dlatego tak mnie boli, że nie udało się z Motorem.

Dużo pan przebywa z tymi nastolatkami, pan sam jako 16-latek zadebiutował w lidze. Zmieniła się piłkarska młodzież od tamtych czasów?

Ogromnie się zmieniła. Przede wszystkim pod względem mentalnym. W tej chwili zawodnicy 18-, 19-letni są wciąż wielkimi talentami, powoli wprowadzanymi do swoich drużyn klubowych. Ja miałem 15 lat, gdy po raz pierwszy awansowałem na treningi seniorów Motoru, 16, gdy zacząłem grać w lidze. Byłem tak naprawdę dzieciakiem. W ich wieku miałem już za sobą transfer do Lecha Poznań, grę w europejskich pucharach. Dziś młodzież nie jest pazerna na karierę. Za łatwo im wszystko przychodzi i nie mają w sobie determinacji, by osiągnąć więcej. Łatwo się zadowalają tym, co tak naprawdę powinno być tylko wstępem do prawdziwej kariery piłkarskiej.

Młodzież jest zagłaskana?

Za moich czasów obowiązywała pewna hierarchia w szatni i w drużynie. Przed treningami wieszałem siatki w bramkach, nosiłem sprzęt. Dopiero jako ostatni mogłem po treningu czy meczu pójść pod prysznic i się wykąpać. Oczywiście taka fala ma też swoje złe strony. Ale jednak też uczy: z jednej strony pokory, a z drugiej powoduje, że każdy młody chce jak najszybciej awansować, być pełnoprawnym członkiem zespołu. A to można osiągnąć było tylko poprzez dobrą grę w piłkę. Polska liga powinna być tylko przystankiem przed wyjazdem na Zachód.

Od pana czasów przynajmniej otoczka ligi się zmieniła na lepsze.

To prawda, jest zdecydowanie bardziej kolorowo, ekstraklasa jest dobrze sprzedawana w telewizji, przede wszystkim są piękne stadiony. Ale sam poziom sportowy się zdecydowanie od moich czasów obniżył. Gdy ja wyjeżdżałem do Francji regularnie, w silnych klubach grało tam sześciu–siedmiu Polaków. Dziś jeden – Kamil Grosicki, który nie zawsze jest podstawowym piłkarzem średniaka. A Dominik Furman nie był w stanie się przebić do składu słabej Tuluzy i musiał uciekać z powrotem do Legii.

—rozmawiał Piotr Żelazny

Rzeczpospolita: Od 1992 roku nie ma w ekstraklasie Motoru Lublin. W tej chwili jest cztery poziomy niżej. W najlepszym wypadku i przy szczęśliwym zbiegu okoliczności piłka na najwyższym poziomie zawita znów do Lublina po 27 latach przerwy.

Jacek Bąk: Według tego scenariusza Motor musiałby co rok zaliczać awans do wyższej ligi. To mało realne.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej