Tęsknią, ale ciągle wierzą

Zasługi Rzeszowa dla polskiego żużla są niezaprzeczalne. Ale czasy świetności minęły. Powrót na szczyt jest trudny, a jego tempo nie napawa kibiców czarnego sportu optymizmem.

Publikacja: 19.07.2015 17:03

PGE Stal Rzeszów goni dawną sławę. Fot. Bartek Frydrych

PGE Stal Rzeszów goni dawną sławę. Fot. Bartek Frydrych

Foto: Rzeczpospolita

maksymilian radzimirski

Rzeszów to miasto siatkówki. Obecnie trudno znaleźć argumenty, by z tym twierdzeniem dyskutować. Asseco Resovia to hegemon na naszym podwórku. Osiąga wyniki, które przyciągają tłumy kibiców i przykuwają uwagę sponsorów. W ciągu ostatnich pięciu lat mieszkańcy Rzeszowa trzy razy mogli patrzeć z wyższością na kibiców z innych części Polski. Resovia zdobywała mistrzostwo w latach 2012, 2013 i 2015 – pisaliśmy o tym w poprzednim wydaniu naszego miesięcznika „Życie Rzeszowa i Podkarpacia”.

Kiedyś byli królami…

Można sobie zadać pytanie, czy w mieście, którego domeną jest siatkówka, jest miejsce także dla innych dyscyplin sportu. Oczywiście, chociaż muszą się one pogodzić z odgrywaniem drugoplanowych ról. To sytuacja dosyć bolesna, szczególnie dla żużla, który przez lata wiódł prym w Rzeszowie i mogło się wydawać, że nic nie jest w stanie zaszkodzić jego pozycji.

Żużel w największym mieście Podkarpacia pojawił się pod koniec lat 40. XX w. Pierwsze wyścigi organizowano na obiekcie Resovii. Jednak poważna przygoda Rzeszowa z czarnym sportem rozpoczęła się w 1951 roku, gdy w Stali Rzeszów utworzono sekcję żużlową.

Ale zanim przejdziemy do sportowych sukcesów Stali, należy przypomnieć o zasługach Rzeszowa dla całego polskiego żużla.

Cała historia zaczęła się w 1953 roku. W Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego (WSK) pracowało dwóch zawodników Stali – Tadeusz Fedko oraz Romuald Iżewski. Żużlowcami byli raczej przeciętnymi, za to okazali się całkiem dobrymi konstruktorami. Wykorzystując swoją pozycję w WSK i Stali, zaczęli gromadzić materiały, rysować plany i robić odlewy. Inni pracownicy wytwórni, a także zawodnicy Stali obserwowali z zaciekawieniem mozolną pracę Iżewskiego i Fedki.

Mimo piętrzących się przeszkód dwaj inżynierowie amatorzy dopięli swego. Stworzyli pierwszy w historii – i dotąd jedyny – polski silnik do motocykla żużlowego FIS; skrót pochodzi od pierwszych liter nazwisk twórców i nazwy zespołu Stal.

W 1954 roku WSK Mielec dostarczyła ramy i tak powstał motocykl żużlowy WSK FIS. 30 kwietnia maszyna po raz pierwszy wyjechała na tor. Ten dzień był początkiem budowy potęgi polskiego żużla. To na silnikach FIS, wzorowanych na brytyjskich JAP, Polacy wywalczyli w 1961 roku we Wrocławiu złoto drużynowych mistrzostw świata – pierwszy medal polskiej reprezentacji w najważniejszych zawodach międzynarodowych.

Wydawało się, że polski motor niebawem podbije cały żużlowy świat. Jednak w połowie lat 60. na rynku pojawiła się czechosłowacka konstrukcja ESO. FIS nie wytrzymał konkurencji z nowoczesnym, ponad dziesięć lat młodszym, silnikiem. Dzieło Tadeusza Fedki i Romualda Iżewskiego przeszło do historii. Dziś jest kolekcjonerskim rarytasem osiągającym zawrotne ceny.

Szczyt popularności rzeszowskiego silnika zbiegł się w czasie z największymi sukcesami Stali. Lata 60. zdecydowanie należały do żużlowców z Podkarpacia. W 1951 roku Stal awansowała do I ligi (najwyższej wówczas klasy rozgrywkowej), a już rok później kibice mogli się cieszyć z pierwszego mistrzostwa Polski.

Florian Kapała, Jan Malinowski, Stefan Kępa, Józef Batko, Marian Pilarczyk, Janusz Kościelak, Wiktor Brzozowski, Marian Stawecki i Hieronim Kunicki rozpoczęli złotą epokę w dziejach Stali. W 1960 roku udało im się obronić tytuł. Każde spotkanie z trybun oglądało ponad 30 tysięcy widzów. Na tę drużynę nie mogło być mocnych. Tak przynajmniej wtedy się wydawało.

Kolejne dwa lata to dwa następne medale. Tym razem srebrne. Kibice powtarzali, że nie można cały czas wygrywać, więc nikt nie lamentował. Przecież drugie miejsce w mistrzostwach Polski to wynik, o którym marzyli sympatycy niejednego klubu.

Jest lepeij, ale coś zgrzyta…

Czas pokazał, że już wtedy, gdy Stal stawała na niższym stopniu podium, były powody do niepokoju. W 1966 roku rzeszowski zespół zdobył jeszcze brąz, ale w 1969 spadł do II ligi i na wiele lat pożegnał się z  elitą.

Skład, który na początku lat 60. dał mistrzostwo, stawał się coraz starszy. Złą sławą owiany był stadion w Rzeszowie. Na torze przy obecnej ul. Hetmańskiej (oddanym do użytku w 1957 roku) straciło życie wielu znakomitych zawodników, m.in. Stanisław Różański i Eugeniusz Nazimek, którego memoriał do dziś rozgrywany jest w Rzeszowie. Tor miał być najnowocześniejszy w kraju, ale nowinki okazywały się zmianą tylko na nowe, a nie na lepsze. Wiraże wielokrotnie przebudowywano, a granitową nawierzchnię (pierwszą w Polsce, trzecią w Europie) zamieniono na tradycyjną z żużla.

Przegrany sezon 1969 był momentem, w którym los Stali się odmienił. Klub, który rządził i dzielił na polskiej scenie żużlowej, każdego roku musiał walczyć o powrót do czołówki. A jeśli udało mu się awansować do I ligi (lub później ekstraligi), zespół zwykle walczył o utrzymanie. Taki stan rzeczy trwał ponad 30 lat.

W latach 90. władze Stali szukały sposobu na rozwiązanie problemów. Najtańszą i, jak się zdawało, najszybszą drogą do wyjścia na prostą było stawianie na szkolenie młodzieży.

Strategia okazała się słuszna i już po kilku latach przyniosła oczekiwane efekty. Stal w 1998 roku wywalczyła brązowy medal (do tej pory ostatni) drużynowych mistrzostw Polski.

Dużą część tamtego składu stanowili wychowankowie, którzy później zrobili kariery także w innych drużynach: Piotr Winiarz, Maciej Kuciapa, Rafał Trojanowski. Mówiąc o wychowankach rzeszowskiego zespołu, nie sposób nie wspomnieć o Rafale Wilku, obecnie handbikerze, dwukrotnym mistrzu paraolimpijskim z Londynu. Jednak po szkółce wychowującej solidnych zawodników zostały tylko wspomnienia.

Czas dla zagranicznych

Wielu kibiców uważa, że za ten stan rzeczy odpowiada Marta Półtorak. Współwłaścicielka firmy Marma Polskie Folie (która przez wiele lat była sponsorem tytularnym rzeszowskiego klubu) nie żałowała grosza przy zatrudnianiu zagranicznych gwiazd. To dzięki niej kibice mogli się cieszyć jazdą trzykrotnego mistrza świata Nickiego Pedersena i Australijczyka Jasona Crumpa, który tyle samo razy cieszył się z tytułu najlepszego żużlowca na świecie. Jednak szkolenie młodzieży nie było dla pani prezes priorytetem.

Po sezonie 2014 Marta Półtorak zrezygnowała z finansowania Stali. Niektórzy kibice przyjęli tę wiadomość z zadowoleniem (do historii przeszła PGE Marma Rzeszów, wróciła PGE Stal Rzeszów), przeczuwając nadchodzące lata spokoju i stabilizacji. Inni załamali ręce, wieszcząc rychły upadek i likwidację klubu.

Oba stanowiska były mocno przesadzone – życie toczy się dalej, a Stal ma się nawet dobrze. Epoka prezes Półtorak dobiegła końca. Jak wieść niesie, w ciągu 11 lat zainwestowała ona w zespół ok. 30 milionów złotych.

To był okres, jak cała historia Stali – pełen wzlotów i upadków, ze zdecydowaną przewagą tych drugich. Najlepszy dotąd rezultat to czwarte miejsce w sezonie 2007. Od tego czasu zespół dwukrotnie spadał z ekstraligi do I ligi. Ostatni raz Stal walczyła o powrót do elity w zeszłym roku. Udało się i drużyna znów mierzy się z najlepszymi.

W bieżących rozgrywkach kibice mogą podziwiać na torze m.in. Duńczyka Petera Kildemanda, Szweda Petera Ljunga, aktualnego indywidualnego mistrza świata Amerykanina Grega Hancocka. 45-latek, który występował już w większości klubów ekstraligi, po podpisaniu kontraktu stwierdził, że jest dumny, że może być częścią PGE Stal Rzeszów, bo czekają go nowe wyzwania.

W tej chwili tabela pokazuje, że wyzwaniem jest walka o utrzymanie. Stal zajmuje ostatnie, ósme miejsce w tabeli. Już od wielu lat czegoś brakuje, by ustabilizować sytuację i uspokoić skołatane nerwy rzeszowskich sympatyków żużla. Na pewno nie pieniędzy, bo tych w podkarpackim klubie raczej nigdy nie brakowało.

Może owym towarem deficytowym są harmonia i opanowanie? Od 45 lat pokolenia działaczy, trenerów i zawodników starają się znaleźć odpowiedź na pytanie, czego trzeba do sukcesu. Ale recepty nie znaleziono. W oczekiwaniu na lepsze czasy dla żużla rzeszowianom pozostaje cieszyć się z sukcesów siatkarzy.

maksymilian radzimirski

Rzeszów to miasto siatkówki. Obecnie trudno znaleźć argumenty, by z tym twierdzeniem dyskutować. Asseco Resovia to hegemon na naszym podwórku. Osiąga wyniki, które przyciągają tłumy kibiców i przykuwają uwagę sponsorów. W ciągu ostatnich pięciu lat mieszkańcy Rzeszowa trzy razy mogli patrzeć z wyższością na kibiców z innych części Polski. Resovia zdobywała mistrzostwo w latach 2012, 2013 i 2015 – pisaliśmy o tym w poprzednim wydaniu naszego miesięcznika „Życie Rzeszowa i Podkarpacia”.

Pozostało 93% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie. Jak zbudować efektywny HR i skutecznie zarządzać kapitałem ludzkim?