Prawie wszyscy są przekupni

Jerzy Stuhr reżyseruje w Operze Krakowskiej „Cyrulika sewilskiego”. Premiera 15 marca. Pośród najnowszych wydarzeń operowych są „Proces” i „Faust”. Przed nami premiera „Pajaców” w Szczecinie.

Gdyby sporządzić ranking najlepszych oper komicznych, na pewno na jednym z pierwszych miejsc znalazłby się „Cyrulik sewilski” Gioacchina Rossiniego. Arcydzieło gatunku tryskające humorem i żywiołową muzyką znajduje się w żelaznym repertuarze niemal każdego teatru operowego świata. W Operze Krakowskiej zostanie zaprezentowane 15 marca w reżyserii Jerzego Stuhra.

Słowa niesie muzyka

– Intryga „Cyrulika sewilskiego” jest niezwykle skomplikowana, potrzeba dużej wyobraźni, żeby śledzić perypetie bohaterów – przyznaje Jerzy Stuhr. – Widz w teatrze operowym jest atakowany wieloma bodźcami. To scenografia, śpiewacy, balet, chór, przede wszystkim muzyka, a jeszcze dodatkowo wyświetlają się napisy, które też musi śledzić. Moja reżyseria, jak dotąd, polega na tym, aby wytłumaczyć i wyjaśnić widzowi intrygę poprzez sytuacje i ich komizm.

Jerzemu Stuhrowi udało się między innymi komizmem zjednać serca publiczności, gdy debiutował w roli reżysera operowego w spektaklu „Don Pasquale” Gaetano Donizettiego, wystawionym w 2016 roku na deskach krakowskiej sceny. Inscenizacja zebrała przychylne głosy krytyki. Jacek Marczyński na łamach „Rz” pisał wówczas: „Komediowe sytuacje budują: ruch, gest, nawet spojrzenie (…). Reżyser jednak nie odtwarza przeszłości, on się nią bawi i wzbogaca”. Ten punkt widzenia reżyser przyjmuje także w „Cyruliku”.

– Wyrywam tę operę z epoki – powiedział. – Nie interesowała mnie inscenizacja osadzona w czasach Rossiniego, ani też uwspółcześnienie. Chcę umieścić „Cyrulika sewilskiego” w jakimś baśniowym świecie, bo wtedy dopiero ukazuje się walor muzyki, która dla mnie staje się absurdalnie metaforyczna. Postaci w operze Rossiniego nie działają według jakiegokolwiek kanonu psychologicznego – niesie je muzyka, zwłaszcza w finałach I i II aktu.

Walor muzyki „Cyrulika” podkreśla także kierownik muzyczny, Tomasz Tokarczyk, który w dniu premiery poprowadzi orkiestrę i chór Opery Krakowskiej.

– Trudno tę muzykę oddzielić od opowiadanej historii. W czasach Rossiniego libreciści bywali bardziej poważani niż kompozytorzy, którzy grali rolę dostarczycieli muzyki dla wybitnych artystów – powiedział. – Nigdy w całości wcześniej „Cyrulika” nie prowadziłem, natomiast prowadziłem wykonania wszystkich arii podczas różnych koncertów, co dobrze pokazuje ich popularność. W konwencji opery buffa Rossini czuł się wyśmienicie, potrafił tchnąć w nią swoją lekką, chwilami wręcz parodystyczną muzykę. Jest to dzieło żywe, dynamiczne, pomimo licznych repetycji, muzyka się nie nudzi. Na tym właśnie polega fenomen Rossiniego, który używał takich samych technik, co współcześni mu kompozytorzy i stosował harmonię, która nie wykraczała poza epokę. Z wyjątkiem efektu crescendo, którego zdecydowanie nadużywał, jego muzyka jest ciągle aktualna, cieszy nas i bawi. Pomimo upływu tylu lat rozumiemy ją tak, jakby została dzisiaj napisana.

Muzyka na swoich skrzydłach niesie historię, która mimo upływu ponad dwóch wieków od prapremiery wciąż zawiera aktualny przekaz.

– To jest uniwersalna historia o człowieku, który ma ochotę na kobietę, a jeszcze większą na jej spadek – wyjaśnia Tomasz Tokarczyk. – „Cyrulik sewilski” w dużej mierze opowiada o żądzy pieniądza i o tym, że pieniądz rządzi światem. Zarówno Figaro, jak i Don Basilio są przekupni, prawie wszyscy są zapatrzeni w pieniądze, poza Almavivą, który potrafi wszystko oddać, aby zdobyć ukochaną. W pewnym sensie Rozyna jest do niego podobna, mimo, że jest figlarką i jest sprytna. Poznajemy ją w cavatinie, w której udowadnia, że poradzi sobie w każdej sytuacji i zdobędzie to, czego pragnie. Jednak wraz z rozwojem akcji dowiadujemy się, zarówno z jej słów, jak i z muzyki, że faktycznie kocha swojego Lindora (Almavivę). Świadczy o tym również zwrot akcji, w którym Bartolo próbuje rozsiać plotkę, że Lindoro chce sobie znaleźć inną, a Rozyną się zabawić. Ona wówczas wpada w furię!

„Cyrulik sewilski” prezentowany jest na krakowskiej scenie operowej od 1957 roku. Reżyserem pierwszego w Krakowie powojennego wystawienia był Antoni Wolak. Drugą inscenizację stworzył w 1991 roku Sławomir Żerdzicki, wcześniej solista, a później reżyser związany z Operą Śląską w Bytomiu. Wersja Żerdzickiego była także dwukrotnie prezentowana podczas XIII Letniego Festiwalu Opery Krakowskiej na dziedzińcu arkadowym Zamku Królewskiego na Wawelu. Za pierwszym razem spektakl był grany w strugach deszczu, co zostało zręcznie wykorzystane przez śpiewaków, którzy bawili się parasolkami, a za drugim z powodu zupełnego załamania pogody spektakl przeniesiono na Dużą Scenę nowego gmachu Opery.

Tegoroczna premiera, a zarazem trzeci krakowski „Cyrulik” będzie pierwszą inscenizacją przygotowaną specjalnie dla sceny przy ulicy Lubicz 48. Za scenografię odpowiada Natalia Kitamikado, która współpracowała już przy produkcjach operowych jako asystent scenografa Borisa Kudlički. Działała w różnych teatrach operowych, także w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej i Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Współpracowała także z Jerzym Stuhrem.

– Z Natalią Kitamikado robiliśmy już „Szewców” w Teatrze Nowym w Łodzi (2017) i tam ją dobrze poznałem – wspomina reżyser. – Zaproponowała mi wówczas scenografię w skali makro i tu ją również o to poprosiłem. Jest to jedna z rzeczy, które przyciągają mnie do opery – to teatr totalny, który daje ogromne możliwości.

Zaprojektowanie kostiumów powierzono Joannie Klimas, znanej polskiej projektantce mody, zwanej także pierwszą damą polskiego minimalizmu. Z Operą Krakowską Klimas współpracowała przy „Mefistofelesie” Arrigo Boito, który miał swoją premierę w 2014 roku. Projektantka wspominała podczas konferencji prasowej: „Doceniam atmosferę miejsca, życzliwość ludzi, zwłaszcza osób z pracowni krawieckich. Produkcja była bardzo trudna, mieliśmy do przygotowania niewyobrażalną ilość kostiumów. Jestem pod wrażeniem pierwszych prób. W Operze Krakowskiej po raz pierwszy spotkałam się z takim zaangażowaniem i zapałem przy pracy”.

Obecnie trwają próby z udziałem solistów: Sławomira Kowalewskiego i Łukasza Motkowicza (Figaro), Moniki Korybalskiej i Darii Proszek (Rozyna), Adama Sobierajskiego i Pablo Martineza (hrabia Almaviva), Roberta Gierlacha i Jacka Ozimkowskiego (Doktor Bartolo), Wołodymyra Pańkiwa, Sebastiana Marszałowicza oraz Łukasza Jakubczaka (Don Basilio), Magdaleny Barylak i Agnieszka Cząstki (Berta – Marcelina), Jarosława Bieleckiego i Krzysztofa Kozarka (Fiorello).

Historyjka o oszuście

Premiera spektaklu „Pajace/Gianni Schicchi” odbędzie się w szczecińskiej Operze na Zamku już 9 marca. „Pajace” Ruggera Leoncavalla już publiczność widziała. Teraz będą połączone z jednoaktową operą „Giannim Schicchim” Giacoma Pucciniego.

– Gdy przygotowuję kolejny tytuł, zanudziłbym się, gdybym coś powtarzał – powiedział Michał Znaniecki, reżyser, dramaturg, scenograf i pedagog, studiował na Uniwersytecie w Bolonii u Umberta Eco oraz Giorgio Strehlera w Teatro Piccolo di Milano. Zadebiutował w mediolańskiej La Scali, mając zaledwie 24 lata i był najmłodszym w historii reżyserem debiutującym w tym teatrze. – W związku z tym każda odsłona „Pajaców” w moim wykonaniu była zupełnie inna, każda dotyczy innych emocji i doświadczeń. I opera na to pozwala, jest na tyle bogata, że reżyser musi wybrać. Wybrałem już pewną spektakularność, atrakcje w parku, przejazdy po mieście, parady i niesamowite efekty. W Stralsundzie w Niemczech było zupełnie inaczej: widzowie byli na scenie, a akcja na parterze i balkonach teatru. Za każdym razem jest to nowe wyzwanie, żeby pokazać „Pajace” inaczej. I nie robię tego jedynie dla publiczności, robię to także dla siebie, inaczej bym zwariował. Teraz wybraliśmy nowe tematy, nowe atrakcje – i te głębokie, i te spektakularne, lekkie, teatralne, żeby pokazać wszystkie kolory „Pajaców”. Bo „Pajace” to mają – wesołą historię, którą opowiadają, ale i emocje, miotające wszystkimi postaciami. Ta opera będzie bardzo osobista, bardzo metateatralna. Będziemy bawić się formą i konwencją, pokażemy więcej prywatności artysty, mniej blichtru. Mała odległość pomiędzy aktorem a widzem pozwoli na większą intymność, której w parku być nie mogło. Pogłębimy to, czego nie pogłębiliśmy do tej pory. Ale potem kontrastujemy „Pajace” totalną farsą, w której z kolei pokażemy, jak bardzo teatr może być pusty, gdy jest pełen fajerwerków, a nie mówi o nas.

„Pajace” to opowieść o miłości, zdradzie, zazdrości. „Gianni Schicchi” to zabawna historyjka o oszuście. Pierwsza smuci – każdego może z innego powodu, druga – raczej bawi, choć ironia przykrywa tu nasze ludzkie wady.

– Dla mnie najważniejsze było, żeby stworzyć kontekst całości, żebyśmy nie robili dwóch małych niezależnych oper, oddzielonych antraktem, jako że muzycznie i treściowo to dwie różne formy – mówi reżyser. – Pokazanie takiej błahej, śmiesznej historii, która stawia na komizm postaci i sytuacji, to w kontekście „teatru w teatrze” „Pajaców” jest niesamowicie ciekawe dla wykonawców i publiczności. Pokazujemy bowiem cały czas wychodzenie z roli, wchodzenie w rolę. W „Pajacach” już te role są podwójne, ale w „Giannim Schicchim” musiałem to dodać. Na przykład tę część, gdy aktor gra idiotę czy oszusta, a potem idzie do garderoby i jest w depresji. Tutaj jeszcze bardziej widoczna będzie zabawa „teatru w teatrze” i masek. To, co w „Pajacach” jest już wpisane w libretto, konsekwentnie musiałem umieścić w „Giannim Schicchim”.

Jest już na afiszu Opery na Zamku prapremiera „Józefa K” Phillipa Glassa.

– Prapremiera – to już trochę nasza specjalność – powiedział Jacek Jekiel, dyrektor Opery na Zamku w Szczecinie.

Zacznę od cytatu z „Procesu”, słynnej powieści Franza Kafki: „Wszystko przecież należy do sądu”. To słowa, które usłyszał główny bohater Józef K., oskarżony o przestępstwo. Jakie przestępstwo? Nie wiadomo. Wierne powieści libretto skłania do autorefleksji – wielu z nas to Józef K., nagle wplątany w walkę z opresyjną machiną. Człowiek słaby i samotny, stłamszony. To opera o nas, ludziach należących do symbolicznego sądu. Pokazujemy arcydzieło opery kameralnej Philipa Glassa zaledwie pięć lat po światowej prapremierze w Royal Opera House w Londynie. To opera współczesnych geniuszy. Philip Glass, nominowany do Oscara wirtuoz nut, zdobywca Złotego Globu, razem z librecistą Christopherem Hamptonem, zdobywcą statuetki Akademii Filmowej, stworzyli operę, o której kompozytor mówi: „Koszmar biurokracji i jej przemiana w czarną komedię – jeśli tak na to spojrzymy, z pewnością dostrzeżemy przekaz „Procesu”. Ale to nie są tylko żarty ze świata, który stał się niestabilny, zbyt skomplikowany, z przesadnym nadzorem, tak że rozsądny człowiek nie może nawet dotrzeć do sądu”.

Faust i Małgorzata

Najnowszą premierę w poznańskim Teatrze Wielkim wyreżyserowała Karolina Sofulak. Pracowała jako asystentka reżysera z Mariuszem Trelińskim, Davidem Aldenem, Christopherem Aldenem, Keithem Warnerem, Phyllidą Lloyd oraz Krzysztofem Warlikowskim. W 2017 roku przygotowała entuzjastycznie przyjętą „Rycerskość wieśniaczą” Mascagniego dla Opera North. W 2018 roku została laureatką nagrody European Opera Directing Prize, a jej nagrodzona koncepcja reżyserska „Manon Lescaut” zostanie zaprezentowana na scenie Opera Holland Park w czerwcu 2019 roku.

W interpretacji Sofulak Faust to renesansowy naukowiec i humanista, który poświęcił całe życie studiowaniu natury rzeczy i świata, ale mimo starań nie uzyskał pełnej wiedzy na temat mechanizmów, które nim rządzą, ponieważ odciął się od ludzi i zamknął w bastionie chłodnego intelektu.

Widząc kres swych dni, w akcie desperacji i w obliczu milczenia Boga, przyzywa do siebie Szatana. Skuszony wizją młodości i drugiej szansy na zgłębienie tajemnic istnienia, Faust pozwala Mefistofelesowi wyruszyć w podróż do naszej współczesności. Świat, który poznaje, zdaje mu się groteskowy, przerażający i pełen podziałów. Żyje w nim jednak Małgorzata – według Fausta jedyna nadzieja na zbawienie. Zdaje się być najpełniejszym odzwierciedleniem idei humanizmu, w którą Faust żarliwie wierzy. Kieruje się współczuciem i zrozumieniem dla cudzej inności, duchowością daleką od histerycznej bigoterii jej brata Walentego i reszty otaczającego ją społeczeństwa.

Małgorzata przygarnia pod swój dach zagubionego Siebela, który nie może się odnaleźć w świecie ostrych podziałów na strefy stereotypowej męskości i kobiecości. To lojalność Małgorzaty względem Siebela pozwala Faustowi porzucić optykę swej ery i zobaczyć ją jako silną i niezależną kobietę gotową stawić czoła społeczeństwu w obronie swych praw oraz wartości, w które wierzy. Czy Małgorzacie uda się wyzwolić z pułapki naszych czasów, czy Faust zdoła dorosnąć i zmężnieć, czy Mefistofeles odrzuci wiążącą mu ręce neutralność? Na te i inne pytania przynosi odpowiedzi poznański spektakl.

– Mój klucz do opery jest bułhakowski – powiedziała reżyserka. – Intryguje mnie idea diabła podróżnika, który wszędzie już był i wszystko widział, ale jest mimo wszystko zadziwiony inwencją człowieka we wzajemnym wyrządzaniu zła. Ludzie osiągnęli w tym już taką biegłość, że diabeł nie ma co robić. Mefistofeles jest dla mnie mitem założycielskim współczesności. Jest historią przekraczania tego, co ludzkie, historią buntu i rzucenia rękawicy pewnemu porządkowi, powiedziałabym, teologicznemu. Poza tym Doktor Faust jest dla mnie typem naukowca, który poświęcił całe życie badaniom teoretycznym na ideami humanistycznymi, ale zapomniał w tym wszystkim o człowieku. Zapomniał, że humanizm to przede wszystkim ludzie. Gdybym więc miała powiedzieć, o czym robię spektakl, powiedziałabym, że o kryzysie humanizmu, o postępującej dehumanizacji człowieka, szczególnie w stosunku do Innego czy Obcego. Kolejna sprawa to Małgorzata, która dla Fausta jest ideałem, odzwierciedleniem tego, w co wierzy, anielskim uwzniośleniem. Jest wierna swoim wartościom i do końca wierzy, że zasługuje na wybaczenie, choć według libretta zabiła przecież w rozpaczy własne dziecko. Nie robimy z niej dzieciobójczyni, ale kobietę, która dokonuje domowej aborcji. Zainspirowała mnie tu bardzo Paula Rego, znakomita portugalska artystka, która po przegranym w jej kraju przez zwolenników pro-choice referendum, stworzyła cykl obrazów pokazujących kobiety w sytuacji domowej aborcji. Są niezwykle przejmujące, bije z nich straszliwy smutek i samotność. Wywołały wówczas w Portugalii wielkie poruszenie i parę lat później wywołana nimi dyskusja doprowadziła do zliberalizowania prawa do aborcji. Myślę, że ciągle trzeba o tym mówić, bo prawa reprodukcyjne kobiet są kwestią niezwykle ważną, cywilizacyjną. Tak samo zresztą jak prawa osób LGBT. ©?

Mogą Ci się również spodobać

Znak pojawił się niespodziewanie 

Stała zmiana organizacji ruchu polegająca na zakazie ruchu ciężkich pojazdów wymagała rozważenia racji mieszkańców, ...

4 czerwca znów powieje wiatr od morza

Chcemy, by Polska była znowu praworządna i demokratyczna – mówi prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski.

Miliardy płyną do regionów

Fundusze unijne wsparły samorządowe inwestycje, ale to niejedyna korzyść z europejskiej integracji. Dołączenie naszego ...

Miejsce tylko na zebrania, nie na imprezy

Organizowanie w sali wiejskiej przyjęć weselnych było niedozwoloną zmianą sposobu jej użytkowania.

30 lat po drugim sierpniu

„Szczecin ’88. Tu zaczęła się wolność” – pod tym hasłem w Szczecinie zaplanowano obchody ...

Samorządowe „nie” dla nocnych z alkoholem

Od września będzie mniej sklepów w Krakowie sprzedających alkohol w nocy. Miasto dogadało się ...