Dlaczego kocham Olsztyn

Przemysław Borkowski Zakładnik Czwarta Strona, Poznań 2017
materiały prasowe

Przemysław Borkowski, znany artysta kabaretowy i pisarz opowiada o swoim nowym kryminale „Zakładnik” z akcją w Olsztynie.

Rz: Taki zabawny z pana człowiek, a tymczasem w „Zakładniku” same trupy i traumy.

Przemysław Borkowski: Wiele osób mi mówi, że dostrzegają akcenty humorystyczne, ale na pewno nie są one najważniejsze. Chciałem rozdzielić moją pracę, którą jest kabaret, od pisarstwa. Skupić się na poważnych tematach. Lubię występować na scenie, uważam, że to najlepszy zawód świata, poza tym dzięki niemu mam czas, żeby pisać, o co byłoby trudniej, gdybym pracował osiem godzin w biurze. Zawsze mi jednak brakowało poruszania tematów istotniejszych, cięższych. Wyżywam się więc w pisarstwie i tu eksploatuję ciemniejszą stronę swojej natury.

Pana koledzy robią „Ucho Prezesa”. Pana nie interesuje satyra polityczna?

Kabaret Moralnego Niepokoju jest podstawą naszej działalności i utrzymania, ale każdy z nas robi też coś na własną rękę. Taki program jak „Ucho Prezesa” był zawsze marzeniem Roberta i cieszę się, że udało mu się z tak wielkim sukcesem go zrealizować. Z chęcią wystąpiłem w jednym odcinku, nie mam jednak potrzeby, by gościć w nim na stałe.

Pan wybrał pisanie.

Pisarstwo pojawiło się u mnie nawet wcześniej niż kabaret, bo w zasadzie od zawsze chciałem pisać. To między innymi dlatego poszedłem na Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie poznałem moich przyszłych kolegów z kabaretu. Trafiliśmy tam z podobnymi marzeniami – by zostać sławnymi poetami, równymi co najmniej Miłoszowi czy Herbertowi. I właśnie to marzenie z początku nas chyba połączyło. Z tych planów nic oczywiście nie wyszło, ale miłość do literatury mi została. Od zawsze coś pisałem. A to zbiór opowiadań, a to powieść science fiction, a to coś innego. Jednak dopiero „Zakładnik” jest moim pierwszym pełnokrwistym kryminałem. Odnalazłem się w tej formie i myślę, że już w niej zostanę.

Dlaczego kryminał?

Paradoksalnie zacząłem je czytać dopiero, gdy postanowiłem, że będę je pisać. Wcześniej wybierałem raczej literaturę głównego nurtu. Jednak w pewnym momencie zauważyłem, że w moich powieściach, a nawet w wierszach, niemal zawsze ktoś ginie i że zawsze jest tam jakiś wątek kryminalny. Z biegiem czasu stwierdziłem, że to gatunek pozwalający oddać najbardziej intensywne emocje, i to mnie wciągnęło.

Teraz wszyscy piszą kryminały.

Warto zauważyć, że najciekawsze dzieła literatury światowej mają często komponent kryminalny. Poczynając od Szekspira i Dostojewskiego, aż po greckie tragedie. Tam zbrodnia zawsze się pojawia i pokazuje ludzi w sytuacjach ekstremalnych. Wtedy najlepiej uwidaczniają się ludzka natura i motywacje.

W „Zakładniku” nie brakuje mocnych scen.

Lubię, żeby było ostro, lubię mocne doznania, a zwykła powieść obyczajowa nie do końca może takich emocji dostarczyć. Całe szczęście te wysokie obroty potrafię wzbudzić w sobie, pisząc, więc nie muszę skakać na bungee, żeby dostarczyć sobie adrenaliny.

W pewnej chwili dziennikarka Karolina stwierdza, że normalnych ludzi jest chyba mniej niż nienormalnych.

Literatura jest ekstraktem z rzeczywistości, więc kryminał musi być ekstraktem z najciemniejszych elementów ludzkiego życia. Psycholog Rozłucki tłumaczy dziennikarce Karolinie, że jej wrażenie, iż wszyscy dookoła są nienormalni, bierze się z tego, że spotkała po kolei trzy osoby, które miały takie doświadczenia. Co nie znaczy, że wszyscy tacy są, że wszyscy mają za sobą takie doświadczenia jak Rozłucki z jego traumatyczną historią rodzinną czy choćby morderca w powieści. Generalnie uważam, że ludzie są w większości raczej normalni i sympatyczni, chociaż oczywiście każdy ma swoje dziwności. Jednak potencjalne cechy, które mogą doprowadzić do zaburzeń psychicznych lub zbrodni, tkwią w każdym z nas, tylko że w rozwodnionej, nieprzekraczającej pewnej masy krytycznej postaci.

Pański bohater to psycholog, który znalazł się w złym miejscu i czasie w telewizyjnym studiu.

Z początku planowałem, że głównym bohaterem będzie policjant, ale po jakimś czasie stwierdziłem, że, po pierwsze, policjantów jest w kryminałach od groma, a po drugie, przeraziła mnie perspektywa, że musiałbym przyjąć ogromną dawkę wiedzy proceduralnej i prawniczej, której nie posiadałem. Natomiast jeśli chodzi o psychologię, to jednak coś tam wiedziałem. Czytałem sporo książek psychologicznych, a swego czasu byłem zafascynowany Jungiem. Musiałem się tylko trochę podszkolić i znaleźć dobrego konsultanta. Jest jeszcze jedna, być może najważniejsza, rzecz – uczynienie bohaterem psychologa pozwoliło mi przełożyć nacisk z pytania, „kto zabił?” na pytanie, „dlaczego zabił?”.

Do jakich pan doszedł wniosków?

Dla mnie zbrodnia dokonana przez wariata – użyjmy tego nieprecyzyjnego terminu – jest nieciekawa. Podobnie jak zbrodnia dokonana przez gangstera, który morduje po prostu dla zysku. „Zakładnik” jest próbą odpowiedzi na pytanie, jak to się dzieje, że zwykły człowiek może dokonać tak spektakularnie zbrodniczego czynu. Czy to oznacza, że mordercy są takimi samymi ludźmi jak my? I czy w nas samych tkwią zalążki zbrodni? Choćby nawet małe i nigdy niemające się uzewnętrznić? To pytanie wydaje mi się najciekawsze.

Źródło zbrodni Rozłucki odnajduje w młodości bohaterów.

W dużym stopniu to była podróż w przeszłość, bo w „Zakładniku” opisuję własne liceum. Choć oczywiście rzeczy, o których piszę, nie wydarzyły się w rzeczywistości. Paru moich kolegów odnalazło tam siebie lub naszych wspólnych znajomych, ale nie jest to wprost opis przeszłości. Pisanie jest jak układanie mozaiki z potłuczonych talerzy. Bierze się fragmenty wspomnień, wyobrażeń i tworzy nowy obraz.

Dobrze wspomina pan czas dojrzewania?

Okres licealny siłą rzeczy jest niezwykły, bo wtedy przeżywamy wiele rzeczy po raz pierwszy, doświadczamy po raz pierwszy uczuć, które będą nam później towarzyszyły przez całe życie. Tam się dokonują pierwsze razy, począwszy od miłości, przez zazdrość, aż po odrzucenie. Jest tego mnóstwo. Wtedy emocje są intensywniejsze. Być może dlatego wspominamy te czasy z takim sentymentem, choć, szczerze powiedziawszy, byliśmy wówczas raczej pogubieni i niezbyt szczęśliwi.

Warmia i Mazury w „Zakładniku” to po raz kolejny miejsce, gdzie dzieją się straszne rzeczy. Mieszkańcy mogą już mieć tego dosyć.

W odróżnieniu od „Gniewu” Zygmunta Miłoszewskiego, gdzie Olsztyn sportretowany jest nie za fajnie, u mnie samo miasto jest przedstawione dobrze. Choć siłą rzeczy niektórzy jego mieszkańcy nie są za ciekawi. Planuję, że w Olsztynie będą się rozgrywały trzy części cyklu, ale jeśli będę go ciągnął dalej, to pozwolę wrócić Rozłuckiemu z pięknej Warmii do Warszawy. To duże miasto, ma znacznie większy potencjał zbrodni. Trupów wystarczy w nim dla każdego.

Pomysł, by przenieść akcję do Olsztyna, wynikał z tematu i wyprawy do czasów licealnych, bo w końcu moje liceum było właśnie tam. Ale wynikał też z lokalnego patriotyzmu, bo kocham Olsztyn i uważam go za jedno z piękniejszych miast w Polsce. Jestem w nim zakorzeniony od drugiego pokolenia, mój ojciec przyjechał tu z Mazowsza, a mama spod Łodzi. Stąd pewnie mój neoficki żar, jeśli chodzi o sympatię do rodzinnych stron. Choć mieszkam w Warszawie i lubię jej energię, zawsze też zżymam się, gdy ktoś mówi, że jest brzydka, bo to nieprawda, to moje serce zostało na Warmii.

A ile jest w Rozłuckim z Przemysława Borkowskiego?

Sporo pożyczyłem tej postaci, ale nie jest to moje alter ego. Rozłucki jako postać musiał mieć cechy, których ja nie mam. A z kolei pewne cechy, które mam, są u niego podkręcone do granic możliwości. Nie jest mną, chociaż mamy sporo cech wspólnych, także tych denerwujących. Na przykład pewnego typu rozlazłość. Nie jest on człowiekiem, który podejmuje działania, który rzuca się na problem, żeby go rozwiązać, raczej daje się nieść wydarzeniom. Jest nieco zbyt introspektywny, każdą rzecz rozkłada na czynniki pierwsze. Do każdej swojej tezy potrafi od razu dorobić antytezę, sam zaprzecza swemu rozumowaniu. Jest wiecznie niepewny, ale to właśnie ta cecha pozwala mu w końcu rozwiązać zagadkę. Nie zaspokaja go ten najbardziej widoczny obraz rzeczywistości i przez to swoje marudzenie odkrywa prawdę.

A Karolina?

Mam wrażenie, że Karolina stanowi obraz mojej animy, żeby użyć terminologii wspomnianego tu Junga, czyli żeńskiej części mojej osobowości, która, jak sądzę, jest u mnie dosyć silna. Karolina jest niezależna i wie, czego chce. Ten typ kobiety zawsze mnie fascynował.

Na spotkania autorskie przychodzi wielu ludzi. Pytanie, czy są ciekawi książki, czy może raczej chcą zobaczyć znanego kabareciarza?

Po „Zakładniku” to się zmieniło. Choćby dlatego, że wydałem powieść w wydawnictwie Czwarta Strona, które jest niezłą marką i gwarantuje czytelnikom jakość. Również dlatego, że „Zakładnik” odniósł sukces. Może nie oszałamiający, ale jednak widoczny. Bo o tym, czy jesteśmy pisarzami czy nie, decydują czytelnicy. Więc jeśli kupują i czytają moją powieść, podoba im się ona i piszą pozytywne recenzje, to dostaję jasny sygnał, że mogę sam siebie nazywać pisarzem.

Myślał pan, żeby odejść z kabaretu na rzecz pisania?

Moja natura jest na tyle asekurancka, że nigdy bym się nie zdobył na spalenie za sobą mostów. Nie rzuciłbym wszystkiego tylko po to, by poświęcić się pisaniu. Odpowiada mi, że ta bryczka, którą jadę, jest ciągnięta przez dwa konie. Mam nadzieję, że będę jechał w ten sposób jak najdłużej.

Mogą Ci się również spodobać

Pływający ambasadorzy nadmorskich miast

Niektóre samorządy są właścicielami pełnomorskich jachtów. Jednostki służą przede wszystkim do szkolenia młodzieży.

Kraków przyciąga coraz więcej inwestycji technologicznych

Ludzie to największy magnes

Dla inwestorów coraz większe znaczenie ma kapitał ludzki. Miasta to wiedzą i robią wiele, ...

Tworzymy ramy dobrego życia

Inwestujemy i w miasto sąsiedztwa, i w miasto kongresowe. A w środku tego tworzymy bardzo ...

Zagraniczne szkolenie bez preferencji

Powiat, który u zagranicznego kontrahenta zamówił usługi organizacji praktyk zawodowych dla uczniów, musi rozliczyć ...

Nowy terminal przyciągnie cargo

Blisko 17,5 tys. ton ma wynieść roczna zdolność przeładunkowa terminalu, który jesienią ruszy w ...

Krótka kołdra utrudnia rozwój kultury

Coraz więcej środków przeznacza się na działalność muzeów i teatrów. Ciągle jednak jest ich ...