Jeden z największych w Polsce aquaparków powstaje właśnie w Lubinie, jako część Dolnośląskiego Centrum Rehabilitacji i Rekreacji. Miało być ono gotowe już w ubiegłym roku, ale ostatecznie zostanie oddane do użytku dopiero w tym roku. Dlaczego?

Jak to zwykle przy dużych inwestycjach bywa, pojawiły się pewne problemy. Chodzi o zaopatrzenie, bo wszystkie kwestie związane z obecną sytuacją geopolityczną powodują opóźnienia zamówień. To bardzo duża inwestycja, przy której mierzymy się z wyzwaniami globalizacji dostaw. I są opóźnienia. Nic na to nie poradzimy.

Dolnośląskie Centrum Rehabilitacji i Rekreacji to będzie okazały obiekt rekreacyjno-sportowy o łącznej powierzchni ponad 18 tys. m kw. Ma pełnić nie tylko funkcje lecznicze, ale też użytkowe. Co przeciętny mieszkaniec zyska dzięki tej wartej około 250 mln zł inwestycji?

To domknięcie naszego samorządowego centrum sportowo-rehabilitacyjnego, które budujemy od ponad dziesięciu lat. W miejscu, gdzie powstaje Centrum, już wcześniej została wybudowana jedyna nowoczesna hala sportowa na terenie Dolnego Śląska, jedyny nowoczesny stadion lekkoatletyczny, nowoczesne baseny otwarte. Działa tam również profesjonalna strzelnica sportowa. Jesteśmy też w trakcie tworzenia Centrum Sportów Zimowych i Wspinaczkowych, więc jest to zwieńczenie bardzo dużego projektu.

Zyskają nie tylko mieszkańcy Lubina – szacujemy, że rocznie będziemy notować ponad milion wejść do naszego obiektu. Tak naprawdę napędzamy region. To Centrum da nam nie tylko miejsce do rekreacji w ramach aquaparku, ale też możliwość rehabilitacji, będzie tu bowiem działać Centrum Leczenia Bólu o ściśle medycznym charakterze.

Właśnie. Innowacyjne Centrum Leczenia Bólu będzie obsługiwało tylko mieszkańców Dolnego Śląska, czy także osoby potrzebujące z innych regionów Polski?

Jeśli mieszkańcy Warszawy będą mieli takie potrzeby, to oczywiście zapraszamy. Nasze Centrum Leczenia Bólu nie będzie dla nich zamknięte.

Czytaj więcej

Marcin Kuchciński: Ponad 110 mln zł na Szlak Kopernikowski i rozwój turystyki

Jest szansa, że ten obiekt stanie się turystycznym magnesem Lubina?

Jak wspominałem, liczymy na milion odwiedzających rocznie i przewidujemy, że dzięki temu rozkręci się u nas gastronomia. Ludzie, którzy przebywają w takich ośrodkach, nie chcą jeść w samym obiekcie, tylko szukają atrakcyjnego miejsca na zewnątrz. Jeśli ten projekt osiągnie zakładaną liczbę odwiedzin, to mamy nadzieję, że wokół centrum rekreacyjnego wkrótce powstanie cała ulica restauracji i barów.

Multimodalne Centrum Przesiadkowe to nie tylko nowy przystanek autobusowy czy parkingi, ale też nowa ścieżka rowerowa i parkingi dla rowerów. Dużo się w Lubinie inwestuje, jeśli chodzi właśnie o infrastrukturę rowerową?

Jak wszystkie miasta zaczęliśmy ją rozwijać ponad trzydzieści lat temu. Pierwszą ścieżkę rowerową, którą otwierałem jako prezydent, oddaliśmy do użytku w 1991 roku. Dziś całe miasto jest pocięte ścieżkami rowerowymi – mamy ich ponad 50 kilometrów. Nasze ścieżki rowerowe są asfaltowe i autonomiczne – nie dzielimy chodnika na pół.

Dlaczego?

Z prostej przyczyny – mamy w mieście klub szybkiej jazdy na łyżwach. W tym roku trzy panczenistki od nas reprezentowały Polskę na zimowych igrzyskach w Mediolanie. Budujemy ścieżki asfaltowe, które są droższe, ale są także wykorzystywane przez tych zawodników. Oni trenują na rolkach po mieście. To świetnie wygląda, gdy 20 osób jedzie w jednym szeregu.

Odrębne ścieżki dla pieszych i rowerzystów to też większe bezpieczeństwo dla obu tych grup...

Oczywiście, że jest też bezpieczniej dla użytkowników, bo jeśli ścieżka jest dzielona, to ani rowerzyści, ani piesi nie ustępują sobie miejsca. Jest tylko bałagan i krzyki.

Czytaj więcej

Prezydent Płocka: Konsekwentnie ograniczamy negatywny wpływ na środowisko

Linia kolejowa łącząca Lubin z Polkowicami znalazła się w planach rządowej Zintegrowanej Sieci Kolejowej, która na początku czerwca została zaprezentowana publicznie. Ma stać się częścią magistrali zachodniej, która przebiegać będzie od Szczecina do Wrocławia. Co to zmieni dla Lubina?

Dla Lubina zmieni to tyle, że będziemy mieli kolej do Polkowic. My zbudowaliśmy kolej sześć lat temu. Lubin był jedynym miastem w Polsce, mającym powyżej 50 tysięcy mieszkańców, które przez lata nie miało linii kolejowej. Byliśmy dosłownie odcięci od kolei.

Podobnie było z Łomżą, ale i Łomża w końcu ma pasażerskie połączenie kolejowe...

Ale Łomża nie daje Polsce kilku miliardów podatku.

Ale tam nie ma miedzi...

Nie ma, ale to nie nasza ani ich wina. Dobrze, że Łomża w końcu ma połączenie, ale Lubin to inny ciężar gatunkowy. Miasto w sercu Zagłębia Miedziowego, skąd co roku do Skarbu Państwa płyną dosłownie miliardy, przez lata w ogóle nie miało kolei dla mieszkańców. Cały czas funkcjonowała kolej techniczna, do przewozu rudy, ale przez wiele lat nikt nie chciał jej zmodernizować, aby można było przewozić pasażerów.

Sześć lat temu udało się otworzyć linię kolejową dla ruchu osobowego i osiągnęła ona już milion pasażerów rocznie. Trasa kolejowa Lubin – Wrocław jest niesamowicie popularna. Ludzie generalnie przerzucili się na pociąg, bo do centrum stolicy Dolnego Śląska można od nas dojechać w 50 minut. Mam nadzieję, że Łomża będzie miała ten sam napływ pasażerów.

A co oznacza połączenie Polkowic i Lubina? Dlaczego to jest ważne?

To zintegruje nas gospodarczo, sportowo, rekreacyjnie i towarzysko, przyspieszając wzajemny rozwój. Szczególnie ważne jest to dla Polkowic, bo to miasto jest odcięte od kolei. Istnieje tam co prawda linia kolejowa, ale to też linia techniczna, do transportu rudy miedzi. Nie ma pasażerskiej linii kolejowej i tu leży problem. Lubinowi natomiast da to możliwość wejścia w rolę regionalnego węzła kolejowego. Trochę mnie zaskakuje, że będziemy czekać na to 20 czy 30 lat.

W maju wystąpił pan do władz gminy wiejskiej Lubin z raczej niespotykaną propozycją. Chodzi o 100 mln zł pożyczki z budżetu miasta na kompleksową modernizację sieci wodociągowej i kanalizacyjnej w gminie. Skąd taki pomysł?

Znam problemy gminy wiejskiej, czy w ogóle gmin zlokalizowanych wokół większych miast. Stoją one przed wyzwaniami związanymi z gwałtownym rozwojem urbanistycznym, a budowa infrastruktury kompletnie nie nadąża za tak intensywnym rozwojem osadniczym.

Jeśli chodzi o sieci infrastrukturalne w takich gminach, to były one projektowane na zupełnie inne liczby mieszkańców. Tam woda czy ścieki płyną rurkami o średnicy kilkudziesięciu centymetrów, a dziś, przy tej gęstości zasiedlenia, trzeba już budować metrowe rury, żeby sprawnie doprowadzać wodę i odbierać ścieki. Gminy takie, jak Lubin, nie są w stanie udźwignąć inwestycji w tej skali, dlatego zaproponowałem zintegrowaną sieć kanalizacyjno-wodociągową – poprzez pożyczkę dla gminy, bo my nie możemy jej wybudować.

Czytaj więcej

Prezydent Olsztyna: Granica administracyjna jest tylko linią na mapie

I coś odpowiedziała panu gmina wiejska Lubin?

Tradycyjnie, jak wszystkie te gminy podmiejskie, które są obwarzankami miast – ma ciągle lęki, w związku z czym boi się jednoznacznie odpowiedzieć. Nadal więc czekamy na odpowiedź. Te gminy korzystają na sąsiedztwie z miastem – z naszej infrastruktury, miejsc pracy, usług – a jednocześnie każdą naszą propozycję traktują jak próbę zaboru. I dopóki tak na to patrzą, współpraca jest bardzo trudna.

W skali kraju jednak różnie bywa. Są takie gminy, które współpracują lepiej z władzami miast.

Wszystkie gminy „obwarzankowe” zwykle prowadzą wojnę z miastem centralnym – czy to o dzieci, czy o szkoły i przedszkola. Nawet Wrocław ma konflikt ze swoimi gminami okolicznymi. Nie ma sytuacji, żeby współpraca była całkowicie poprawna.

Ale Wrocław to jednak nie cała Polska...

Tam jest wojna choćby o to, żeby miasto wydłużyło linię autobusową o sto metrów, ale gmina nie chce za to płacić – czasami niestety tak bywa. Tymczasem to interes mieszkańców musi być na pierwszym miejscu, a nie interes władz gmin. Ja to ciągle powtarzam.

Zmieńmy temat. Ponad 4 miliardy złotych trafiły w ubiegłym roku na Dolny Śląsk w ramach programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej. A do samego Lubina? Czy miasto zdążyło te wszystkie środki wydać?

To nie były duże pieniądze – otrzymaliśmy około czterech milionów złotych. W większości tę kwotę przekazaliśmy do Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji i kupiliśmy dla nich agregaty prądotwórcze.

Jak wiadomo, to samorząd jest pierwszą linią reagowania: nie wojsko, nie służby centralne, a prezydent, burmistrz, wójt ze swoimi zasobami. Pan już od dawna podnosi potrzebę odbudowy funkcjonalnych służb komunalnych opartych na formule in-house, czyli realizacji zamówień publicznych, w której zamawiający zleca zadania podmiotom kontrolowanym bez konieczności ogłaszania przetargu i zachowania konkurencji rynkowej. Dlaczego?

Każda katastrofa pokazuje, że takich służb jest za mało. W większości przypadków nie dysponujemy możliwością wykonywania własnych zadań komunalnych bezprzetargowo. Nie mogę wydać polecenia prywatnej firmie, żeby na przykład szybko usunęła drzewa powalone podczas wichury. Ona od razu żąda wyższej stawki, bo mówi, że musi zapłacić pracownikom za nadgodziny. I zamiast usuwania szkód i przywracania bezpieczeństwa mamy negocjacje. Natomiast miejskiej firmie wydaję polecenie i wiem, że ona wykona zadanie od razu i potem się ze mną rozliczy. O to właśnie chodzi – o sprawność służb komunalnych, które dzisiaj są kompletnie w chaosie.

Duże firmy, które sprzątają miasta, często mają centralę za granicą. A co kogo obchodzi w Nowym Jorku czy w Paryżu, że my mamy problemy? Oni czekają na zysk, więc chcą negocjować warunki zamiast usuwać szkody. I to jest poważny problem.

Co zmiana w podejściu do przetargów samorządowych – zwłaszcza tych związanych z infrastrukturą krytyczną, czyli ważną dla bezpieczeństwa – może dać mieszkańcom i samorządom?

Może podnieść naszą szybkość i sprawność działania, bez której o bezpieczeństwie w ogóle nie ma mowy. Dzisiaj mamy taką sytuację, że gdy zamawiam usługę w trybie zamówień publicznych, to samo w sobie długo trwa. A jeśli ktoś w tym przetargu przegra, to się odwołuje, bo ma do tego prawo. I wchodzimy wtedy w procedury administracyjne, które mogą trwać nawet dwa lata.

Czy na swoje postulaty w sprawie zmian w samorządowych przetargach – zwłaszcza dla sektora strategicznego – ma pan jakąś odpowiedź od parlamentarzystów albo od rządu?

Mam poparcie kilkudziesięciu samorządowców, ale generalnie odzew nie jest duży. Samorządowcy często czekają, aż ktoś zrobi pierwszy krok. Dlatego ten krok robię ja i liczę, że kiedy zobaczą gotowy projekt, dołączą. Przygotowuję już konkretny projekt ustawy. Będę chciał zbierać pod nim podpisy, bo wiem, że to jest najbardziej skuteczna metoda.

Jako obywatelski ma szansę. Ale czy obywatele zrozumieją sens takich przepisów?

To bardzo techniczna materia i nie oczekuję, że każdy będzie znał szczegóły prawa zamówień publicznych – od tego obywatele mają przedstawicieli, których wybierają. Mnie zależy przede wszystkim na zaangażowaniu samorządowców, których są dziesiątki tysięcy. Każdy z nas dysponuje pewnym potencjałem, choćby ludzi zatrudnionych w jednostkach komunalnych. Jeśli komunalnik dostrzega wagę tego problemu, to podpisze się pod takim projektem. Przynajmniej powinien. Najmniej obawiam się zbierania podpisów wśród obywateli. Temat jest zbyt poważny, żeby z niego zrezygnować.

Czytaj więcej

Konrad Fijołek: Nie ma powodów do referendum w Rzeszowie

Jest pan jedną z osób, które najdłużej sprawują urząd prezydenta miasta w Polsce. Jesienią minie 26 lat, odkąd nieprzerwanie jest pan prezydentem Lubina. A jak doliczymy pierwszą kadencję z początku lat dziewięćdziesiątych – to będzie 30 lat rządzenia miastem. Pana zdaniem dwukadencyjność powinna zostać utrzymana, czy jednak nie jest to dobry pomysł?

Polska wymaga wielu natychmiastowych decyzji, a rozważania na temat tego, czy jakiś wójt siedzi dłużej czy krócej na stanowisku i przez to ma jakąś swoją ferajnę w gminie, w ogóle nie zasługują na miano dyskusji. Trzeba sobie odpuścić całe te dywagacje o dwukadencyjności i znieść te ograniczenia, bo mamy do rozwiązania naprawdę dużo poważniejsze problemy. Powinna nas martwić przede wszystkim depopulacja, a nie to, czy mają być dwie kadencje czy trzy, bo w międzyczasie niektóre gminy po prostu znikną.

To może prawda. Będą się musiały albo łączyć, albo utrzymywać głównie z emerytów.

Potrzebna jest poważna dyskusja o tym, jaki kształt organizacyjny ma przyjąć Polska, a nie o tym, ile kadencji ma pracować wójt. Musimy poważnie rozmawiać o konsolidacji, bo płacimy już za strukturę zamiast za ludzi. W skali kraju mówimy o ogromnej liczbie takich jednostek. Wie pani, że są już gminy, w których nie rodzi się nikt?

To akurat wiem.

I mimo braku urodzeń urząd tam jest. Szkoła też jest, bo kurator nie pozwala na jej likwidację. Gmina utrzymuje więc taką szkołę, dyrektora i za to wszystko się płaci. I tu nie ma dyskusji. A o dwukadencyjności w samorządzie rozmawia się tak, jakby to był największy problem. Tymczasem takiej gminy bez dzieci może już niedługo w ogóle nie być.

Mieszkańcy mają przecież narzędzie, by odwołać prezydenta czy wójta nawet w trakcie kadencji – referendum. Można w nim odwołać nawet najbardziej popularnego wójta czy burmistrza, jeśli rządzi źle.

Ja już zaliczyłem referendum, w 2009 roku. Frekwencja była wówczas rekordowo niska – zaledwie 1,47 proc.