Panie prezydencie, pamięta pan, ile wynosiło zadłużenie miasta w czerwcu 2021 r., kiedy objął pan urząd po wygranych przedterminowych wyborach?

Pewnie, że pamiętam. Tylko trzeba dodać, że zadłużenie z połowy roku to jednak dane niepełne.

To jak wysoki był dług za cały 2021 rok?

Zbliżał się do miliarda złotych. To rzecz zupełnie naturalna w życiu samorządu, że się pożycza, ale chodzi o to, żeby pożyczać na inwestycje, a nie na bieżące utrzymanie miasta. Przedsięwzięcia, które realizujemy w Rzeszowie za mojej kadencji, to największy front inwestycyjny w historii miasta. Więc wiadomo, że i zadłużenie musi trochę wzrosnąć. Nie pożyczamy na pełne finansowanie inwestycji, a jedynie na wkład własny. Dzięki temu udaje się nam zrobić więcej.

Ale zadłużenie miasta cały czas rośnie. Na koniec roku ma sięgnąć prawie 1,6 mld zł...

No tak. Zazwyczaj jednak nie osiąga się planowanego progu, dlatego że proces inwestycyjny się opóźnia czy przedłuża. A w Rzeszowie zadłużenie wzrosło, bo zdecydowaliśmy się pożyczyć po to, żeby zbudować stadion. Pożyczyliśmy na połowę tej inwestycji. Podobnie było z realizacją Wisłokostrady – największej inwestycji w historii naszego miasta, czy na nowe drogi. Inwestujemy w coś, co przynosi później dochód, więc to jest niejako naturalne. Na szczęście inwestujemy, a jak te inwestycje przynoszą dochód, to jest z czego spłacać zadłużenie.

Czytaj więcej

Hanna Zdanowska: Samorządowiec musi liczyć się z groźbą referendum

Jednak część radnych miasta alarmuje o potężnym tąpnięciu finansowym. Planowana nadwyżka operacyjna skurczyła się z poziomu 1,5 miliarda złotych do zaledwie 200 milionów zł. A dalsze brnięcie w długi grozi miastu przymusowym programem naprawczym. Rzeczywiście jest takie zagrożenie?

Absolutnie nie ma takiego zagrożenia, dlatego że Regionalna Izba Obrachunkowa co roku pozytywnie ocenia zarówno nasz budżet, jak i jego wykonanie, czy wniosek o absolutorium. Oczywiście, trzeba zadłużać się roztropnie.

W Rzeszowie za chwilę przystąpimy do realizacji jednej z najbardziej ambitnych inwestycji drogowych za 400 mln zł. Mam na myśli nową trasę, która połączy ulicę Warszawską z Krakowską i usprawni ruch między północną, a zachodnią częścią miasta, zapewni dojazd do strefy ekonomicznej. Przy tej nowej drodze już powstają i będą powstawać kolejne nowe zakłady pracy. To jest rozwój miasta, który przyniesie zwiększony dochód i da możliwość spłaty zobowiązań. 

Kredyt samorządowy to nie jest pożyczka na konsumpcję, to dźwignia finansowa. Pożyczamy tylko na wkład własny, by zdobyć setki milionów z funduszy zewnętrznych na rozwój Rzeszowa. Dzięki temu budujemy wartość majątku miasta, a nie go zadłużamy.

Rozumiem, ale nie w każdym mieście opozycja składa wniosek o referendum w związku z pogorszeniem się stanu finansów miasta, jak to ma miejsce teraz w Rzeszowie...

Teraz to już prawie w każdym mieście opozycja składa wniosek o referendum i zawsze szuka jakichś powodów. Albo narzeka na zadłużenie, albo na korki, albo na zbyt zieloną trawę lub wręcz przeciwnie – za dużo betonu. Czasem przeszkadza jej zbyt dużo inwestycji, a czasem – jej zdaniem jest ich za mało. Uzasadnieniem takiego wniosku powinny być sprawy poważne, a takich w Rzeszowie nie ma.

Nasze miasto rozwija się dynamicznie. Rośnie liczba mieszkańców, nawet w oficjalnych statystykach GUS, co jest naprawdę ewenementem. Mamy dodatni przyrost naturalny. Dodatnie migracje. Powstają nowe zakłady pracy, chociażby we wtorek otworzyliśmy rozbudowany zakład firmy Collins Aerospace – giganta lotniczego z USA, a za chwilę – BSH, producenta urządzeń gospodarstwa domowego. To duże przedsięwzięcie na tysiąc osób. Dalej jest Pratt & Whitney, producent silników lotniczych – największy rzeszowski pracodawca, który realizuje u nas inwestycję za 100 milionów dolarów. Jak widać są nowe miejsca pracy, a miasto jest zadbane, jest coraz więcej zieleni, dbamy też o rzekę. Realizujemy największy w historii program inwestycyjny, więc nie ma żadnego powodu dla takiego referendum.

Sięgnijmy po kolejne argumenty pana oponentów. Co np. z pomysłem zamiany działek? Miasto chce przekazać deweloperowi plac Balcerowicza oraz działki przy ul. Krakowskiej i Litewskiej, a w zamian samorząd ma pozyskać większość terenu przy powstającym Podkarpackim Centrum Lekkiej Atletyki. Czy rzeczywiście taka zamiana jest finansowo opłacalna dla miasta?

Trzeba wyjść od drugiej części. Miasto, a w zasadzie jego społeczność – nawet radni opozycji – uważają, że trzeba zabezpieczyć tereny wokół stadionu, żeby powstały tam miejsca przeznaczone na sport i rekreację. Jednak, żeby to zrobić, trzeba rozmawiać z partnerem, któremu klub wcześniej sprzedał te tereny, a które my teraz chcemy odzyskać. Wiadomo, że inwestor, skoro je wcześniej kupił, to teraz nie odda ich za darmo.

Stąd pomysł tej zamiany. Dbamy o to, żeby to było korzystne dla miasta. Przede wszystkim, żeby dalej mógł funkcjonować handel, ale też żeby powstała ładna kubatura. To wszystko jest zabezpieczone. Operujemy wyłącznie na twardych danych rzeczoznawców majątkowych, a nie na emocjach politycznych radnych. Wyceny są jasne i zabezpieczają interes miasta.

Czytaj więcej

Prezydent Bydgoszczy: Miasto czerpie korzyści z rozwoju każdego biznesu, nie tylko wojskowego

Z tych wycen rzeczoznawców rzeczywiście wynika, że taka zamiana jest opłacalna dla miasta?

Przede wszystkim z wycen wynika, że to się bilansuje, bo miasto pozyskuje ważne dla siebie tereny, a jednocześnie pozyskuje przestrzeń na handel. Więc miasto to, co chce sobie zabezpieczyć, będzie miało zabezpieczone.

A co z interesem kupców i głosem mieszkańców, którzy chcą utrzymania tradycyjnego targowiska na tzw. rzeszowskim Balcerku, o czym przekonywali przy okazji Rzeszowskiego Budżetu Obywatelskiego? Jak ten problem rozwiązać?

To zostało już pogodzone. W parterze planowanych przez dewelopera budynków będą normalne miejsca handlowe, których właścicielem będzie miasto. Więc będziemy mogli oferować preferencyjne stawki dla handlujących. Nam też zależy, żeby to był taki handel bliski dla mieszkańca, żeby to były także towary związane z ekologicznym rolnictwem, żywnością z krótkiego łańcucha dostaw od naszych rolników. I to jest zabezpieczone. Więc sprzedawcy, jak i mieszkańcy będą mieli gdzie handlować i kupować. Na razie jednak wycofaliśmy tę uchwałę z Rady Miasta, bo chcemy jeszcze raz wyjaśnić wszelkie wątpliwości.

Chcemy wyjaśnić też te kłamstwa oraz manipulacje wypuszczane przez część opozycji, które pojawiły się w przestrzeni publicznej. Nie chcemy niczego robić na siłę, tylko chcemy jeszcze raz to wszystko wytłumaczyć mieszkańcom.

Jeszcze kilka miesięcy temu przedstawiciele miasta informowali o kosztach budowy aquaparku w wysokości ok. 260 mln zł. W nowym projekcie WPF pojawiła się jednak kwota niemal dwukrotnie wyższa – sięgająca 499 mln zł. Skąd taka różnica? Rzeszów ma ją z czego pokryć?

Aquapark w Rzeszowie to największe marzenie mieszkańców. Od wielu lat wskazywany jako potrzeba numer jeden. Nikt do tej pory nie umiał się za to zabrać, a dopiero mi się udało znaleźć teren, zrobić plan, przygotować projekt. A teraz zabezpieczamy finansowanie, bo chcemy ogłaszać przetarg na jego realizację i już niemalże wkopywać łopaty.

Kwota tej inwestycji jest dalej taka sama - 266 milionów zł. Natomiast blisko 500 mln zł to suma, którą zobaczyli niektórzy radni w WPF-ie. Oznacza ona nie tylko koszt budowy aquaparku, ale też odsetki, jakie będziemy spłacać przez ok. 20 lat. Finanse i wieloletnie prognozy to po prostu matematyka. Zaciągając kredyt na dziesięciolecia, jak wielu z nas na dom, trzeba wliczyć w to koszty obsługi zadłużenia.

Czy miasto rzeczywiście potrzebuje tak drogiego aquaparku?

Oczywiście, że tak. Jeśli chcemy być metropolią i oferować pewne usługi mieszkańcom, których do tej pory nie mieli, to oczywiste, że potrzebujemy takiego aquaparku. We wszystkich ankietach mieszkańcy mówią, że jest to obecnie potrzeba numer jeden.

Czytaj więcej

Prezydent Opola: Zadłużamy się, żeby zrealizować potrzebne miastu inwestycje

W czasie kampanii w 2024 r. zapowiadał pan m.in. poprawę infrastruktury drogowej. W tym m.in. Wisłokostradę, która ma ułatwić dojazd z południowej części miasta do drogi ekspresowej S19. Ją udało się oddać do użytku. A na jakim etapie jest: budowa mostów, nowych skrzyżowań dwupoziomowych, rond i parkingów na obrzeżach miasta, które mają zmniejszyć natężenie ruchu w centrum?

Wszystko jest bardzo mocno zaawansowane. Zrealizowaliśmy zresztą nie tylko Wisłokostradę, ale także połączenie ulicy Wieniawskiego z Armii Krajowej, a szybko urbanizujące się osiedla jak Słocina i Zalesie – połączyliśmy nową drogą z miastem. Budowaliśmy nową drogę Wyspiańskiego. Tych dróg jest naprawdę sporo.

Oczywiście jeszcze sporo przed nami. Z projektu transportowego za 300 milionów złotych z dofinansowaniem unijnym będziemy realizować parkingi podmiejskie, żeby zmniejszyć presję na miasto. W projektowaniu jest rondo Pobitno czy rondo Kuronia. Zatem część inwestycji już zrealizowana, a część jest w trakcie.

Pytam o to wszystko, by sprawdzić, czy nie ma pan sobie nic do zarzucenia. Czy coś można było zrobić lepiej, szybciej, taniej?

Pewnie, że zawsze można coś zrobić lepiej, coś jeszcze poprawić. Ja też widzę pewne wyzwania w tym względzie. Nie mówię, że wszystko jest doskonałe, bo to byłaby nieprawda. Sporą część zamierzeń udało się już zrealizować. Dalej trwają duże inwestycje. Warto wspomnieć, że robimy też jeszcze za ćwierć miliarda oczyszczalnię ścieków, modernizujemy ujęcia wody, magistralę. Wszystko po to, żeby podpiąć kolejnych użytkowników, żeby miasto mogło się rozwijać.

Wiadomo, że chciałoby się zrobić jeszcze więcej. Jest jeszcze sporo mniejszych dróg do zrobienia. Liczę, że w kolejnych latach to się uda nam zrobić, bo mamy już dokumentację. Ale, jak to w samorządach, zawsze jest jeszcze dużo do zrobienia.

Na majowej sesji złożono dwa wnioski o referendum w sprawie pana odwołania. Mają one szansę otrzymać większościowe poparcie w mocno podzielonej Radzie Miasta Rzeszowa?

Ja nie mam większości w Radzie Miasta nawet w koalicji z Koalicją Obywatelską. Większość ma opozycja. Więc opozycja też ponosi pewną odpowiedzialność. Czy te wnioski przejdą? Nie wiem. Wiem, że nie ma sensownych powodów dla referendum. Jedyny powód to jest „ego pana Strojnego”, czyli mojego adwersarza z ostatnich wyborów, który je przegrał. Nie wszedł nawet do drugiej tury.

Czytaj więcej

Prezydent Szczecina: Finanse samorządowe wcale nie są stabilne

Na czerwcowej sesji, a to już za tydzień – czeka pana absolutorium i wotum zaufania. Czy przy tak podzielonej Radzie Miasta liczy pan na poparcie większości radnych, czy to jednak będzie krok zbliżający do referendum w Rzeszowie?

Oczywiście, że liczę na poparcie radnych, choć nie mam większości. Do tej pory dwa razy udało się otrzymać wotum zaufania i absolutorium od Rady. Radni, mimo że są w opozycji, to jednak widzą mnóstwo pozytywnych działań. Na to liczę również teraz, choć zdaję sobie sprawę, że przez rozgrzane emocje polityczne pewnie nie będzie to łatwe.

Jeśli otrzyma pan wotum zaufania, te majowe wnioski o referendum nadal będą „w odwodzie”, ale gdyby któryś z nich zyskał większość w Radzie Miasta, oznaczałoby to referendum dotyczące pana odwołania. W przypadku wniosku Rady Miasta nie trzeba zbierać kilkudziesięciu tysięcy podpisów – jak w sytuacji, gdy inicjatywę przejmują sami mieszkańcy. Pana zdaniem faktycznie może dojść do takiego głosowania, czy jednak referendum to jedynie polityczny straszak?

Trudno powiedzieć. To jest zarówno polityczny straszak, jak i to, że jeden z radnych ma duże „ego” i  bardzo chciałby do takiego głosowania doprowadzić. Więc nawet jak wnioski nie zyskają większości w Radzie, to być może będzie on zbierał podpisy?

Ja przez mieszkańców byłem dwa razy wybrany na prezydenta, to i mieszkańcy zdecydują o moim dalszym losie. Jestem zawsze na to przygotowany.