Reklama

Prezydent Gdyni: Historia miasta pokazuje, że jako naród potrafimy dokonywać rzeczy niemożliwych

Trwa 100-lecie miasta Gdynia. O jubileuszu, ale przede wszystkim teraźniejszości miasta rozmawiamy z prezydentką Gdyni. – Mam nadzieję, że pozostanie miastem, w którym ludzie są najbardziej szczęśliwi w całej Polsce – mówi nam Aleksandra Kosiorek.
Prezydent Gdyni Aleksandra Kosiorek

Prezydent Gdyni Aleksandra Kosiorek

Foto: Michał Puszczewicz

Gdynia wchodzi w 101. rok istnienia. Czy pani zdaniem mieszkańcy mają dziś powody do radości z tego, w jakim miejscu jest miasto?

Nie mam co do tego wątpliwości. Mamy nie tylko z czego się cieszyć, ale przede wszystkim z czego być dumni. Historia Gdyni pokazuje, że jako naród potrafimy dokonywać rzeczy niemal niemożliwych. Z planów, które dziś uznajemy za fundament miasta, wówczas często się śmiano, a jednak zostały zrealizowane.

Każdy, kto – tak jak ja – mieszka w Gdyni całe życie, jest tą dumą przesiąknięty. To bardzo charakterystyczne dla długoletnich gdynian, ale widać też, że ci, którzy wybrali Gdynię świadomie, szybko przejmują to poczucie identyfikacji z miastem. Dlatego pytanie, czy jest się z czego cieszyć, ma prostą odpowiedź: tak. Ale jeszcze bardziej – jest z czego być dumnym.

Pytam trochę przewrotnie, bo objęła pani władzę w 2024 r. po ponad 20 latach rządów prezydenta Wojciecha Szczurka. Jednym z największych wyzwań, które pani odziedziczyła, jest zadłużenie Gdyni – jedno z najwyższych w Polsce. Oczywiście Gdynia nie jest tu wyjątkiem, wystarczy spojrzeć choćby na Kraków. Ten dług ma jednak bardzo konkretne konsekwencje. Jak więc wyjść z tej sytuacji? Z jednej strony mamy 100-lecie – czy właściwie 101. rok istnienia miasta od 10 lutego 2026 r. – a z drugiej strony miasto musiało sięgnąć po kredyt restrukturyzacyjny.

Wolę powiedzieć, że miasto nie „musiało” wziąć kredytu restrukturyzacyjnego, tylko że ja podjęłam decyzję, aby Gdynia go wzięła. Chodziło o realne ograniczenie kosztów obsługi długu, które były po prostu nieakceptowalne. Na tym kredycie zaoszczędzimy około 22 mln zł. Była to więc decyzja stricte strategiczna, nastawiona właśnie na redukcję zadłużenia.

To prawda, że miasto znajduje się dziś w trudnym momencie, jeśli chodzi o finanse. Dlatego bardzo intensywnie sięgamy po środki zewnętrzne. Uważamy, że jeżeli nie da się zrealizować inwestycji w całości z własnych środków, to rozsądny gospodarz szuka dofinansowania. Takich wniosków mamy złożonych bardzo dużo, także teraz w procedowaniu jest ich sporo.

Zarządzanie tak dużym długiem jest wyzwaniem i każdą złotówkę oglądamy kilka razy, zanim ją wydamy. Jednocześnie nie możemy zapominać, komu i czemu miasto ma służyć. Gdynia ma służyć mieszkańcom, dlatego oszczędności szukamy w takich miejscach, by nie odbijały się one na jakości życia: na infrastrukturze społecznej czy komunikacji miejskiej, która w Gdyni jest kluczowa.

Reklama
Reklama

A sytuacja w oświacie to dziś realny problem w Gdyni? Na problemy w finansowaniu oświaty zwracają uwagę samorządowcy w całej Polsce.

Nie robiliśmy cięć w oświacie – wręcz przeciwnie, w wielu miejscach je odwracaliśmy. Natomiast jeśli mówimy dziś o edukacji, to kluczowym problemem jest to, co określamy mianem luki oświatowej. Luka oświatowa wynika z braku powiązania realnych kosztów funkcjonowania edukacji z tzw. potrzebami oświatowymi, czyli środkami, które trafiają do samorządów z budżetu centralnego. Oczywiście nie mogę dziś podać ostatecznego wyniku za 2026 r. – dopiero po jego zakończeniu będziemy mogli dokładnie określić skalę problemu – ale na ten moment szacujemy, że w skali całej Gdyni luka oświatowa wynosi od 400 do 500 mln zł. To bardzo poważne wyzwanie.

Jeżeli chcemy mieć nowoczesną edukację, taką, po której mieszkańcy Gdyni będą mogli znaleźć dobre zatrudnienie i otrzymywać godne wynagrodzenie, miasto musi dziś dokładać do oświaty niemal pół miliarda złotych. Zdecydowanie nie powinno tak być. W założeniu systemowym edukacja miała być w całości finansowana z budżetu centralnego, ale w praktyce tak się nie stało.

Wracając do symboliki stulecia i w pewnym sensie do bilansu ery Wojciecha Szczurka – skąd pani zdaniem wzięła się obecna sytuacja finansowa Gdyni? Czy był to efekt przeinwestowania? Czy to właśnie ono doprowadziło do rozziewu między tym, jak mieszkańcy odczuwali życie w mieście pod koniec jego rządów, a skalą zadłużenia? Jaka jest pani diagnoza po niemal dwóch latach sprawowania urzędu prezydenta miasta?

Przede wszystkim były to nietrafione inwestycje – albo takie, które nie zostały przeprowadzone w sposób prawidłowy i dziś wymagają kosztownych korekt, albo środki wydane na projektowanie przedsięwzięć, które do dziś nie zostały zrealizowane. W tym upatruję głównych źródeł wydatków, których można było uniknąć. 

Dobrym przykładem jest inwestycja, na którą środki zostały wydane, która formalnie powstała, ale w praktyce nie spełnia swojej funkcji. Mam na myśli słynne gdyńskie lotnisko – obiekt istnieje, ale dziś z niego nie korzystamy. Na budowę tego lotniska – przed którą prawnicy ostrzegali, że może zostać uznana za niedozwoloną pomoc publiczną – ostatecznie wydano ponad 100 mln zł. I dokładnie tak się to skończyło: inwestycja została zakwestionowana. Te 100 mln zł to dziś mniej więcej jedna dziesiąta całego długu, z którym mierzy się Gdynia.

Czytaj więcej

Wojciech Szczurek, prezydent Gdyni: To była najtrudniejsza kadencja

Czy właśnie ta konieczność rekalibracji projektów inwestycyjnych – tak, by bardziej służyły mieszkańcom i realnie poprawiały jakość życia, a mniej były przejawem inwestycyjnej „gigantomanii” – była najtrudniejszym wyzwaniem ostatnich dwóch lat? Czy było coś jeszcze, co okazało się równie trudne?

To było wiele różnych wyzwań. Trudne było także odkrywanie skali nieprawidłowości, z którymi się zetknęliśmy. Podam prosty przykład, który zaskoczył mnie jednocześnie jako człowieka, jako rodzica i jako prawniczkę. W 2017 r. zmieniły się przepisy przeciwpożarowe dla placówek oświatowych. Czas na dostosowanie szkół i przedszkoli do nowych wymogów upływał w 2024 r. My zastaliśmy część z tych remontów w ogóle nieruszonych. Oznacza to, że przez siedem lat nie zrobiono nic, a ja przejęłam placówki w stanie wymagającym natychmiastowych działań, bo nie spełniały one podstawowych przepisów przeciwpożarowych. Mówimy więc wprost o bezpieczeństwie dzieci.

Reklama
Reklama

W takich warunkach trudno myśleć o przyszłości, kiedy trzeba zajmować się zaniedbaniami sprzed siedmiu lat, dotyczącymi elementarnych kwestii bezpieczeństwa najmłodszych. W wielu obszarach było podobnie: zanim można było zrobić jeden krok do przodu, trzeba było wykonać cztery kroki wstecz. 

Drugim przykładem jest sytuacja w spółce gospodarującej odpadami, czyli w Ekodolinie. Stan, w jakim ją zastaliśmy, był naprawdę dramatyczny. Konieczne było podniesienie opłat za wywóz odpadów, co było bardzo trudną decyzją dla wszystkich samorządów współwłaścicielskich. Dziś jesteśmy jednak na prostej: inwestycja ruszyła, pozyskaliśmy środki zewnętrzne i w perspektywie dwóch lat sytuacja w Ekodolinie zostanie uporządkowana. To tylko dwa przykłady spraw, które „wypadły mi z szafy” po przejęciu władzy.

A jak dziś wygląda dialog między ratuszem a mieszkańcami Gdyni? Wydaje się, że jednym z powodów politycznego przesilenia pod koniec rządów prezydenta Wojciecha Szczurka było narastające poczucie, że ratusz coraz bardziej oddalał się od gdynian.

Symbolem tego odcinania się od dialogu z mieszkańcami był dla mnie sznurek, którym fizycznie ograniczono dostęp do Urzędu Miasta – tak, by mieszkańcy mogli wejść wyłącznie do strefy obsługi, a nie do innych przestrzeni ratusza. Ten sznurek pojawił się w czasie pandemii i faktycznie uniemożliwiał mieszkańcom wejście na pierwsze, drugie czy trzecie piętro Urzędu Miasta – czyli do przestrzeni, w których mieszczą się gabinety i pokoje urzędników. Jeśli ktoś chciał spotkać się bezpośrednio z urzędnikiem, nie miał takiej możliwości, musiał czekać w sali wspólnej, aż ktoś do niego zejdzie. Poufne rozmowy często odbywały się w obecności innych mieszkańców. Co więcej, ten symboliczny sznurek wisiał tam aż do bardzo późnego etapu kampanii wyborczej.

Rozumiem, że dziś tego sznurka już nie ma – ale to był tylko symbol. Jak wygląda realny dialog między ratuszem a mieszkańcami? Co faktycznie się w tej relacji zmieniło?

Jeśli chodzi o realny dialog, to jest to coś, czego zarówno mieszkańcy, jak i sam urząd muszą w zasadzie uczyć się od nowa. Ten proces postępuje powoli, ale w dobrym kierunku. Wprowadziłam zasadę, że na wszystkie spotkania dotyczące zmian planów zagospodarowania przestrzennego – a dziś także w związku z reformą planistyczną i pracami nad tzw. planem ogólnym – zawsze uczestniczy delegowany wiceprezydent. Najczęściej jest to wiceprezydent odpowiedzialny za kwestie urbanistyczne. Wiem, że mieszkańcy to zauważają, bo wcześniej na dyskusjach planistycznych nie było żadnego przedstawiciela prezydenta miasta. Wiceprezydenci i dyrektorzy pojawiają się także na spotkaniach rad dzielnic, gdy omawiane są tematy inwestycyjne lub inne sprawy szczególnie wrażliwe dla mieszkańców. W obszarze edukacji stworzyliśmy z kolei stałą platformę dialogu: wiceprezydentka odpowiedzialna za oświatę regularnie spotyka się z rodzicami i nauczycielami, aby wspólnie omawiać problemy i szukać rozwiązań. To wszystko jest procesem, który wymaga czasu i budowania wzajemnego zaufania. Jako konkretny przykład wsłuchiwania się w głos mieszkańców mogę wskazać zmianę decyzji dotyczącej zabudowy części tzw. Parku Oksywskiego. Powstały tam plany budownictwa komunalnego, wobec których mieszkańcy wyrazili jednoznaczny sprzeciw. W odpowiedzi zmieniłam swoją decyzję zgodnie z ich oczekiwaniami.

Czytaj więcej

Prezydent Zabrza: Od wielu lat wydajemy więcej, niż wynoszą nasze dochody

Mam wrażenie, że to problem szerszy niż tylko Gdynia. W wielu miastach, małych i dużych, realizowano duże inwestycje, które z czasem okazywały się przeskalowane. Tymczasem mieszkańcy coraz wyraźniej oczekują nie spektakularnych projektów, ale dialogu i realnej poprawy jakości życia. Dziś to właśnie jakość życia – rozumiana szeroko, także jako jakość komunikacji między mieszkańcami a władzami – staje się osią polityki samorządowej. Czy ma pani poczucie, że Gdynia rzeczywiście wykonała zwrot w stronę mieszkańców?

Mam takie poczucie – i to jest moja uczciwa ocena – że naprawdę wsłuchujemy się w głos mieszkańców. Uśmiechnęłam się, bo gdy mówił pan o komunikacji, przypomniała mi się sytuacja sprzed dwóch tygodni. Jest w Gdyni pani Helena, która od kilku lat walczyła o poprowadzenie autobusu ulicą, przy której mieszka głównie wielu seniorów. Problem polegał na tym, że ulica jest stroma, a dla starszych osób codzienne poruszanie się tamtędy to realne wyzwanie. Przez lata słyszała w urzędzie, że się nie da, że autobus się nie zmieści, że to niemożliwe. Dwa tygodnie temu ogłosiłam, że linia autobusowa będzie jednak przebiegać tą ulicą – bo autobus się zmieścił.

Reklama
Reklama

Przechodząc powoli do innych wątków, które również wiążą się z bilansem stulecia: jak ocenia pani dziś sytuację polityczną w mieście? Gdyński Dialog jako klub w Radzie Miasta nie przetrwał pierwszych lat tej kadencji.

Mamy w Radzie Miasta koalicję i oceniam ją jako stabilną konstrukcję. Oczywiście radni mają własne postulaty i są bardzo różnymi osobami, co jest naturalne. Trzeba też pamiętać, że to koalicja dość zróżnicowana pod względem poglądów politycznych. Właśnie dlatego kluczowy jest dialog. Staramy się szukać rozwiązań, które będą do zaakceptowania dla większości, a czasem oznacza to konieczność ustępstw – i to również jest element normalnego funkcjonowania samorządu. Mam poczucie, że radni to rozumieją i potrafią w taki sposób pracować.

Jest jeszcze jeden wątek, który wyraźnie przebija się w rozmowie o Gdyni – sam jubileusz stulecia. Z tego, co pamiętam, plany bardzo hucznych obchodów, przygotowywane jeszcze za czasów prezydenta Wojciecha Szczurka, stały się dla niego politycznym problemem. Rozmawiamy już w trakcie jubileuszu. Czy ten projekt udało się pani przeskalować?

Nie wiemy, ile według koncepcji poprzedniego prezydenta miały kosztować obchody stulecia, bo po prostu nie zastaliśmy gotowych planów. Z kolei mieszkańcy Gdyni z pewnym zażenowaniem obserwowali reklamy stulecia na trolejbusach, które pojawiły się trzy-cztery lata przed jubileuszem. Na marginesie warto dodać, że promowana w ten sposób strona internetowa – finansowana z publicznych pieniędzy – była prywatną własnością jednego z radnych, zarówno ówczesnego, jak i obecnego. To również pozostawiło niesmak. My obchody stulecia zdecydowanie przeskalowaliśmy i zmieniliśmy ich koncepcję. Po rozmowach w komitecie obywatelskim, w którym byli przedstawiciele mieszkańców, przedsiębiorców, środowisk kultury i sportu, doszliśmy do wniosku, że chcemy pokazać Gdynię jako miasto atrakcyjne przez cały rok – nie tylko przez kilka dni. Stąd decyzja, by obchody rozciągnąć na wiele miesięcy. Chcemy pokazać Gdynię zimą, wiosną, latem, jesienią, 10 lutego, ale też poza tą symboliczną datą – tak, by każdy, kto tu przyjedzie, zawsze miał co robić. Zamiast jednego wielkiego, kosztownego wydarzenia postawiliśmy na wiele mniejszych punktów programu, rozłożonych w czasie. Nie chcieliśmy jednego eventu, który „skonsumowałby” całe stulecie. Uważam też, że rozsądny gospodarz wykorzystuje okazje, które się pojawiają. Dlatego sięgamy po wydarzenia, które wcześniej były już obecne w Gdyni, ale także po nowe inicjatywy, krążące gdzieś na naszym horyzoncie.

Czytaj więcej

Tadeusz Truskolaski: Sytuacja finansowa dużych miast się poprawiła

Reforma ministra finansów i gospodarki Andrzeja Domańskiego jest ważną zmianą dla finansów samorządów, mającą poprawić ich stabilność. Jak pani ocenia jej wpływ na sytuację Gdyni i lokalnych budżetów?

Reforma rzeczywiście uniezależnia finanse samorządów od decyzji politycznych, lecz jednocześnie silnie uzależnia je od koniunktury gospodarczej. Spadek dochodów mieszkańców prowadzi do niższych wpływów miejskich i pogorszenia jakości usług publicznych, co negatywnie odbija się na podatnikach. To błędne koło. Samorządy niewspierające oświaty znajdują się w trudniejszej sytuacji, a brak przewidywalności utrudnia długoterminowe planowanie inwestycji i polityki kredytowej. Do tego dochodzi jeszcze luka oświatowa. Samorządy, które – w przeciwieństwie do Gdyni – nie chcą albo nie są w stanie dokładać do oświaty tak dużych środków, znajdą się w jeszcze trudniejszym położeniu. To tylko wzmacnia to zamknięte koło problemów. Mimo dobrych intencji ta reforma nie spełnia wszystkich oczekiwań samorządów.

Czyli pani zdaniem ta reforma wymaga korekty – rewizji, nowelizacji systemu finansowania samorządów – tak, by lepiej odpowiadała na realne problemy, z którymi mierzą się miasta takie jak Gdynia?

Nie przesądzam, czy powinna to być nowelizacja, czy zupełnie nowe przepisy – to zostawiam legislatorom. Natomiast kluczowe jest jedno: uniezależnienie finansów samorządów od koniunktury gospodarczej. Z perspektywy mojej, miasta i przyszłych prezydentów Gdyni potrzebne są stabilne, wieloletnie reguły finansowania. Nie można odpowiedzialnie zarządzać miastem, jeśli zasady gry zmieniają się w trakcie – a w tym przypadku mogą zmieniać się same, pod wpływem czynników, na które samorząd nie ma żadnego wpływu. Przy takiej nieprzewidywalności bardzo trudno planować długofalowo i brać odpowiedzialność za rozwój miasta.

Reklama
Reklama

Pytałem o reformę finansową ministra Domańskiego, ale jest jeszcze jeden problem, z którym mierzą się dziś niemal wszystkie miasta. W kampanii prezydenckiej w 2024 r. dużo mówiło się o depopulacji Gdyni – o tym, że miasto stopniowo się wyludnia, a część mieszkańców przenosi się poza jego granice. Czy w obecnej, trudnej sytuacji budżetowej jest pomysł na zatrzymanie tego procesu?

Powiedziałabym tak: pomysłów jest kilka, bo i przyczyn depopulacji jest wiele. To nie jest jeden problem z jedną odpowiedzią. Zbyt często sprowadzamy depopulację do dwóch kwestii – tego, że rodzi się mało dzieci albo że mieszkańcy się wyprowadzają. Jestem przekonana, że jeśli w mieście i w kraju żyje się dobrze, to w dłuższej perspektywie demografia zaczyna na to pozytywnie reagować. Natomiast mamy realny wpływ na coś innego: na to, ilu mieszkańców będzie chciało się z Gdyni wyprowadzić i ilu będzie chciało się do niej wprowadzić. Najsilniejszym czynnikiem wypychającym ludzi z miasta są dziś ceny nieruchomości. I tu samorządy powinny – i muszą – mieć realne narzędzia, choćby do ograniczania zjawiska najmu krótkoterminowego. Nie muszę tłumaczyć, że Gdynia, jako miasto atrakcyjnie położone, w pewnym sensie padła ofiarą własnego sukcesu. To świetne miejsce do życia i wypoczynku, ale bez odpowiednich regulacji ta atrakcyjność zaczyna działać przeciwko stałym mieszkańcom.

Czyli oczekuje pani od ustawodawcy – od Sejmu i rządu – realnych regulacji dotyczących najmu krótkoterminowego?

Tak – oczekuję takich regulacji i to pilnie. To zjawisko w Gdyni jest po prostu widoczne gołym okiem. Wystarczy przejść się wieczorem poza sezonem po centrum miasta. Widać wtedy nowe bloki z wygaszonymi światłami, w których nie mieszkają stali mieszkańcy. Opowiadałabym się za rozwiązaniami daleko idącymi, bo widzę, jak najem krótkoterminowy wpływa na ceny nieruchomości, depopulację i cały łańcuch negatywnych skutków, które Gdynia dziś bardzo boleśnie odczuwa. Równocześnie jest też druga grupa – mieszkańcy, którzy mogliby się do miasta wprowadzić – i wobec nich potrzebne są zupełnie inne działania. Kluczowe jest tu budownictwo mieszkaniowe, zwłaszcza komunalne i społeczne, tak aby było dokąd się wprowadzić i by były to mieszkania dostępne cenowo.

Czytaj więcej

Ireneusz Raś dla „Rzeczpospolitej”: każdy lokal będzie musiał mieć swój regulamin

A czego jeszcze oczekuje pani od rządu – poza regulacją najmu krótkoterminowego i zmianami w systemie finansowania samorządów?

To nie są już oczekiwania wobec rządu, tylko opis tego, co robimy na co dzień. Podjęłam współpracę z uczelniami – spotykam się z rektorami i wspólnie zastanawiamy się, jak wzmocnić akademickość Gdyni. Wychodzimy z założenia, że jeśli student przyjedzie tu na studia, to część z tych osób zostanie na dłużej: zamieszka, założy rodzinę i zwiąże swoje życie z miastem. Równocześnie dostrzegamy szansę w procesach, które nie dzieją się bezpośrednio w Gdyni, ale z których miasto może skorzystać. Mam na myśli przede wszystkim inwestycję w elektrownię jądrową. Wiemy, że inżynierowie – zwłaszcza średnio i wysoko wykwalifikowani – będą chcieli osiedlać się w Trójmieście. Gdynia jest dla nich naturalnym wyborem także z powodów komunikacyjnych, bo dojazdowo znajduje się bliżej lokalizacji elektrowni niż bardziej oddalone części Gdańska. Dlatego już dziś myślimy o konkretnych rozwiązaniach. O tym, by osoby anglojęzyczne miały w Gdyni szkołę, do której będą mogły posłać swoje dzieci. O planach stworzenia centrum kwalifikacji zawodowych, w którym moglibyśmy szkolić kadry dla elektrowni jądrowej. Chcemy, by Gdynia stała się miejscem, w którym powstanie zaplecze inżynierskie dla tej inwestycji – swoista kolebka specjalistów, którzy po uruchomieniu elektrowni będą tam pracować.

To jaka będzie Gdynia za 100 lat? Jakie będzie miasto, które powstało „z morza i marzeń”?

Musi na pewno zachować swój portowy charakter – port będzie się przecież rozwijać. Ale projektowanie w taki sposób przyszłości na 100 lat jest bardzo trudne, bo w ciągu ostatnich 20 lat technologia tak poszła do przodu, że trudno sobie wyobrazić, co będzie za 20 czy 50 lat. Mam nadzieję, że pozostanie miastem, w którym ludzie są najbardziej szczęśliwi w całej Polsce – bo dziś ma taki status.

Okiem samorządowca
Wojciech Saługa: Jeśli chcemy liczyć się w Europie, musimy zacieśniać współpracę
Materiał Promocyjny
Nowy luksus zaczyna się od rozmowy. Byliśmy w showroomie EXLANTIX w Warszawie
Materiał Promocyjny
Rekordy sprzedaży i większy magazyn w Duchnicach
Okiem samorządowca
Prezydent Przemyśla: Zadania zlecone to bolączka praktycznie wszystkich miast
Okiem samorządowca
Prezydent Zabrza: Od wielu lat wydajemy więcej, niż wynoszą nasze dochody
Materiał Promocyjny
Arabia Saudyjska. W krainie gościnności
Okiem samorządowca
Prezydent Lublina: Bez zwrotnych źródeł finansowania skala inwestycji byłaby dużo mniejsza
Materiał Promocyjny
Dove Self-Esteem: Wsparcie dla nastolatków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama