Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego koncepcja idealnie przystrzyżonego parku odchodzi do lamusa na rzecz „zaplanowanej dzikości”.
- Jakie nowatorskie metody – od mikrolasów po leśne runo – wdrażają polskie miasta, by zwiększyć bioróżnorodność.
- Na czym polega największe wyzwanie w zarządzaniu naturalistyczną zielenią i jak przekonać do niej mieszkańców.
- W jaki sposób nowa wizja parków miejskich wspiera adaptację do zmian klimatu i retencję wody.
W miejskich parkach pojawiają się leśne runo, łąki, dzikie zakątki – miejsca, w których przyroda ma więcej swobody. I nie chodzi o porzucenie pielęgnacji, lecz o zmianę podejścia do pielęgnacji. Parki stają się miejscem, gdzie to natura sama wykonuje część pracy.
Kraków w wybranych parkach sadzi rośliny charakterystyczne dla leśnego runa. Bodziszek żałobny, czartawa pospolita, czosnek niedźwiedzi, czyściec leśny, zawilce i paprocie mają wprowadzać do miejskiej przestrzeni atmosferę leśnego poszycia. – Takie nasadzenia pojawiają się m.in. w Parku Kościuszki, na Plantach i w Parku Rzecznym Drwinka, a wcześniej także w Parku Lotników Polskich – mówi Aleksandra Mikolaszek, rzeczniczka Zarządu Zieleni Miejskiej w Krakowie.
Takie podejście to więcej niż ogrodnicza ciekawostka. Zamiast sprowadzać park do równo przystrzyżonej trawy i ozdobnych rabat, miasto próbuje odtworzyć fragment warunków znanych z naturalnych siedlisk. Rośliny runa mogą lepiej odnajdywać się w cieniu drzew niż gatunki wymagające pełnego słońca, a ich obecność zwiększa różnorodność biologiczną. Warunek jest jeden: trzeba dobierać je do miejsca, a nie traktować dzikości jako kolejnej dekoracyjnej mody.
Lasy w parkach, czyli zaplanowana dzikość
Podobny kierunek widać w innych miastach. Coraz częściej ogranicza się koszenie, pozostawia część opadłych liści, chroni stare drzewa i nie usuwa automatycznie martwego drewna. Wrocław zwraca uwagę, że przyroda lepiej funkcjonuje, gdy nie próbuje się regulować każdego jej elementu. – Dla przyrody o wiele korzystniej jest, kiedy sama się reguluje, a ociepleniu klimatu czy tak zwanej miejskiej wyspie ciepła możemy się przeciwstawiać najskuteczniej, wprowadzając jak najwięcej roślin – mówi Marek Szempliński, rzecznik wrocławskiego Zarządu Zieleni Miejskiej.
Czytaj więcej
Mieszkańcy coraz częściej traktują budżety obywatelskie jako narzędzie rozwiązywania problemów wykraczających poza pojedynczą inwestycję. Zmieniają...
Pójście w stronę „dzikich” parków nie oznacza, że każdy fragment parku powinien zarosnąć. Chodzi o mozaikę: obok krótkiej trawy, potrzebnej choćby na pikniki i do zabawy, mogą istnieć łąki, zarośla oraz strefy, w których ingerencja człowieka jest ograniczona. Takie podejście stosuje się także w Lublinie, gdzie program „Tu kosimy rzadziej” obejmuje 107 hektarów. W dolinie Bystrzycy rozwijana jest ponadto koncepcja parku naturalistycznego. Mniej intensywna pielęgnacja nie jest tu synonimem zaniedbania, lecz narzędziem zarządzania zielenią.
– Dla Lublina to podejście nie jest nowością, a raczej codzienną praktyką w zarządzaniu zielenią. Miasto przecinają suche doliny i wąwozy traktowane w dokumentach strategicznych, adaptacyjnych i planistycznych jako naturalne korytarze ekologiczne, w których celowo rezygnujemy z tradycyjnej formy utrzymania zieleni na rzecz ochrony i wzmacniania rodzimej bioróżnorodności – podkreśla Blanka Rdest z Wydziału Zieleni i Gospodarki Komunalnej Urzędu Miasta Lublin.
W Łodzi od lat funkcjonują tereny o bardziej naturalnym, leśnym charakterze, dla których sposób zagospodarowania i utrzymania różni się od typowych, intensywnie urządzonych parków miejskich. Szczególnym przykładem są parki leśne, w których priorytetem jest zachowanie naturalistycznego charakteru terenu, istniejącej roślinności oraz ograniczenie ingerencji i liczby elementów infrastruktury do niezbędnego minimum.
Mozaikowe koszenie i łąki bez intensywnej pielęgnacji
Ważne jest też wyjaśnienie mieszkańcom, dlaczego część trawników nie wygląda już jak wzorcowe pole golfowe. Przyzwyczajenie do równej, zielonej powierzchni jest silne. Dla jednych wyższa trawa oznacza więcej życia, dla innych – bałagan. – Zmiany wymagają nie tylko nowe praktyki ogrodniczej, ale też rozmowy z mieszkańcami. My staramy się rozmawiać i uczyć nowego podejścia – dopowiada Aleksandra Mikolaszek z Krakowa.
Czytaj więcej
Krakowski Rynek Główny, kojarzony przede wszystkim z zabytkowymi kamienicami i Sukiennicami, już wkrótce ma zyskać więcej zieleni.
W tym kierunku idzie też Gdańsk. Miasto od 2018 r. rozwija łąki kwietne i pozostawia wybrane fragmenty zieleni bez intensywnej pielęgnacji. W większych parkach i na skwerach część powierzchni kosi się rzadziej, a niektóre miejsca pozostają niekoszone. Rocznie może to obejmować około 100 hektarów. W Oliwie dzikie enklawy sąsiadują z bardziej uporządkowanymi częściami parku, a przy ulicach, tam gdzie pozwalają na to warunki i bezpieczeństwo, koszenie ogranicza się nawet do jednego razu w roku.
Jak pokazuje gdańskie doświadczenie, przyzwyczajenia estetyczne nie zmieniają się z dnia na dzień. Potrzeba czasu, by mieszkańcy zobaczyli w wyższej trawie nie brak pracy, ale świadomy wybór. W 2026 r. Gdański Zarząd Zieleni opublikował „Praktyczny poradnik świadomego utrzymania zieleni miejskiej”, który porządkuje zasady takiego podejścia. Zaleca m.in. mozaikowe koszenie, różnicowanie wysokości trawy, ograniczanie grabienia liści i ochronę stref wokół drzew.
Swoje rozwiązania dotyczące miejskiej zieleni testuje też Szczecin, m.in. w EkoParku przy ulicy Złotowskiej
Poznań ma koncepcję zieleni, która wyprzedza dzisiejszą modę na naturalistyczne parki. System tzw. zielonych klinów i pierścieni rozwijany był na podstawie idei urbanistycznych Władysława Czarneckiego z lat 1930–1934. – Wykorzystuje naturalne doliny Warty, Bogdanki i Cybiny, łącząc parki, lasy i inne tereny zielone w większy układ. To ważne, bo miejska przyroda nie kończy się na granicy pojedynczego parku. Połączone tereny mogą tworzyć korytarze ekologiczne, ułatwiać przemieszczanie się zwierząt, wspierać retencję wody i pomagać w chłodzeniu miasta. Cytadela, Park Kasprowicza czy Park Jana Pawła II są częścią większej opowieści o zieleni jako miejskiej infrastrukturze, a nie tylko ozdobie – opowiada Agnieszka Nowak-Dembińska z poznańskiego Zarządu Zieleni Miejskiej.
Mikrolasy i naturalna zieleń
„Naśladowanie natury”, tj. tworzenie naturalistycznych nasadzeń, powstrzymywanie się od form szczepionych, strzyżenia żywopłotów czy zakładania równego „jak stół” trawnika jest częstą praktyką np. w Zamościu – ale na terenach położonych poza obszarami wpisanymi do rejestru zabytków.
Innym pomysłem na bardziej dzikie parki są tzw. mikrolasy. Te w Katowicach rozwijane są metodą Miyawakiego. Na niewielkiej powierzchni sadzi się gęsto różne gatunki drzew i krzewów, aby przyspieszyć powstawanie zwartej, wielopiętrowej roślinności. W takim modelu na metr kwadratowy może przypadać od trzech do pięciu sadzonek. Mikrolas o powierzchni około 250 metrów kwadratowych może liczyć mniej więcej 700 roślin. Katowice planują utworzenie 22 takich mikrolasów do 2028 r. To nie zastąpi dużego parku, ale może wprowadzić więcej zieleni tam, gdzie brakuje miejsca na rozległe założenia.
Czytaj więcej
Jeszcze kilka lat temu budowane przez samorządy miejskie tężnie były symbolem dbania o zdrowie mieszkańców. Dziś podejście do takich obiektów wyraź...
Swoje rozwiązania testuje też Szczecin. EkoPark przy ulicy Złotowskiej i okolice Syrenich Stawów pokazują, że dzikość może stać się świadomym elementem miejskiego krajobrazu. Jak podkreślała Marta Safader-Domańska, miejska ogrodniczka, zmiana sposobu utrzymania zieleni wymaga też „oswojenia” mieszkańców z innym wyglądem parku. Z czasem, gdy widzą oni, że naturalistyczne miejsca są zaplanowane, a nie pozostawione same sobie, łatwiej zaakceptować im odmienny charakter zieleni.
W Warszawie strefy bardziej naturalnej zieleni można znaleźć m.in. w Parku Fosa i Stoki Cytadeli, Parku Skaryszewskim i na Polu Mokotowskim. Myślenie o miejskiej zieleni zmienia się zgodnie z zasadą, że park nie musi być przestrzenią w pełni podporządkowaną człowiekowi – może służyć ludziom, a jednocześnie zapewniać przestrzeń innym gatunkom.
Największym wyzwaniem jednak nie jest samo wysianie łąki czy ograniczenie koszenia. Trudniejsze okazuje się wyznaczenie granicy między naturalnością a zaniedbaniem oraz przekonanie mieszkańców, że nie każdy skrawek zieleni musi wyglądać tak samo.
Dziś już wiadomo, że dziki park nie jest parkiem bez gospodarza. Przeciwnie: wymaga wiedzy, obserwacji i świadomych decyzji o tym, gdzie ingerować, a gdzie się powstrzymać. W czasie upałów, suszy i gwałtownych opadów taka zmiana może przynieść korzyści nie tylko roślinom i zwierzętom, lecz także mieszkańcom. A więcej cienia, wilgoci i różnorodności biologicznej to elementy miasta lepiej przygotowanego na zmiany klimatu.