ŻR :W Wałbrzychu nie ma pan z kim przegrać?

Roman Szełemej: Nigdy takie sformułowanie – skądinąd powtarzane za klasykiem – nie było mi bliskie. Moje „ego” w tym zakresie też nie jest szczególnie rozbudowane. W dorosłym życiu byłem już obserwatorem tylu zwrotów akcji, że mam w sobie prawdziwą i wewnętrzną pokorę wobec życia i tego, co się może zdarzyć.

Zdobył pan w wyborach 85 proc. głosów. Jak to się robi – w tak podzielonym społeczeństwie?

Wielekroć się nad tym zastanawiałem i uważam, że błędem jest doszukiwanie się na siłę jakiejś szczególnej, wyrafinowanej strategii. Mój sposób postępowania jest w zasadzie dość prosty: mam głęboko zakorzenione przekonanie, że osiągnięcie pozytywnego rezultatu – a tylko ten zakładam – jest możliwe, o ile wkłada się w to odpowiednią ilość pracy, energii, inwencji, determinacji i pasji. Uważam, że należy w życiu ciężko pracować. Od lat mam poczucie, że jak coś przychodzi łatwo, to za chwilę stanie się ulotne.

Mam ochotę powiedzieć: niech pan nie kokietuje. Samorządowcy w wielu miastach korzystają z rozbudowanej inżynierii społecznej, a pan sugeruje, że wygrywa, bo się stara i podejmuje intuicyjne decyzje.

To nie jest intuicja, to jest pewien zbiór zasad. One są wynikiem genów, wychowania, sposobu, w jaki zostałem przygotowany do bycia dorosłym człowiekiem. Po prostu staram się wobec ludzi postępować kulturalnie i traktować ich uczciwie, a te zasady przenikają się z ogólnie obowiązującym dekalogiem, który jest głęboko we mnie. Na to nakłada się moje doświadczenie jako lekarza. Proszę zauważyć, że po 35 latach mojej intensywnej pracy w przychodni przy kopalni, na kopalni, w pogotowiu, na SOR, w roli ordynatora, Wałbrzych – mówiąc nieco żartobliwie – można podzielić na dwie grupy: moich pacjentów oraz rodziny i znajomych moich pacjentów.

I pan ten kapitał wykorzystuje.

Ja go nie wykorzystuję, on po prostu jest. Moja specjalność dotyka 50 proc. Polaków, bo tylu mniej więcej cierpi na choroby układu krążenia. To oznacza, że grupa ludzi, którzy mogą powiedzieć: „byłem pana pacjentem”, jest wyjątkowo duża. Od lat mam wpojony głęboki szacunek do ludzi, a przez ostatnie lata do tego szacunku i wiary w ciężką pracę dołożyłem determinację i przekonanie, że jak ktoś bardzo chce czegoś, co jest podyktowane względami racjonalnymi – to mu się uda. Oczywiście – czasem ludzie tego nie docenią, ale to nie znaczy, że następnym razem nie będę się starał. Myślę jednak, że mieszkańcy Wałbrzycha w większości przypadków uznają, że moje wysiłki przynoszą efekty. Po prostu jak się ma charakter, efekty same przychodzą.

Samorządowcy z innych miast twierdzą, że pomogły panu okoliczności. „Wszedł do stajni Augiasza, więc było mu łatwiej osiągnąć sukces” – mówią. Prawda czy fałsz?

Absolutnie się zgadzam – Wałbrzych był miastem w ciężkim kryzysie.

Mówią też: „jego miasto było od dziesięcioleci drenowane intelektualnie, więc nie ma takiej opozycji, jaką mają samorządowcy w większych ośrodkach”.

To duże uproszczenie, ale exodus ludzi aktywnych był faktem.

„W Wałbrzychu nie ma silnych mediów, więc łatwiej jest narzucić ton”.

Tu się nie zgadzam. Mamy w mieście media, kreujące określony wizerunek mojej polityki. Ludzie je oglądają, a potem patrzą za okno – i widocznie uznają, że prawdziwe jest jednak to, co za oknem.

„Skala miasta powoduje, że nie ma w nim ruchów miejskich, które w większych ośrodkach potrafią zastąpić opozycję i wywierać presję”.

Tu też bym się nie zgodził. Uważam, że jak na tak – jak pan to określił – drenowane miasto, bez szczególnie głębokich korzeni intelektualnych czy akademickich, środowiska mające swoje zdanie są stosunkowo silne. Choć faktem jest, że one powstały inaczej niż np. w Warszawie – nie z kontestacji, ale np. z naturalnego pielęgnowania tradycji narodowościowych.

Przyjął pan tych ludzi, zanim pomyśleli o kontestacji?

Nie, ja to środowisko zastałem. Ale faktycznie, od początku uważałem, że warunkiem poprawy sytuacji w Wałbrzychu jest absolutna – zresztą naturalna dla lekarza – otwartość na wszystkich i unikanie budowania pseudoelity. Ja nie mam kompletnie żadnego problemu ze spotykaniem zwykłych ludzi, mało tego – nawet czerpię z tego energię, inspirację i przyjemność. Być może warto przypomnieć, że zanim zostałem prezydentem czy szefem oddziału, czułem sympatię pacjentów – po prostu do mnie przychodzili, co nie jest znowu takie powszechne.

Poza tym, jak pan być może zauważył, jestem człowiekiem dość wyważonym. Przez wiele lat funkcjonowania w sferze publicznej – a bez mała również prywatnej – nie pozwalałem sobie na prezentowanie konfrontacyjnego tonu.

Inaczej mówiąc, nie wdaje się pan w pyskówki?

Przez ostatnie tygodnie mogłem liczyć się z tym, że konkurenci w kampanii będą intensywnie poszukiwać w nieprzebranych zasobach internetu moich wypowiedzi, które będzie można wykorzystać przeciwko mnie. Niczego takiego nie znaleźli.

Bardzo się pan pilnuje.

Gdybym miał to tak wystudiowane, prędzej czy później gdzieś bym popełnił błąd. Żeby była jasność – nie jestem wolny od emocji, również dużych. Ale ci, którzy ze mną pracują, dokładnie wiedzą, kiedy takie emocje powstają i jak je wyrażam. Wyrażam je w sposób soczysty, przeklinam, i to bardzo ostro, ale wiem, gdzie i kiedy. Moim zdaniem, jeśli ktoś w przestrzeni publicznej ze względu na słabości swojego charakteru nie potrafi kontrolować emocji – powinien zmienić zajęcie. To, co słyszymy w publicznych wystąpieniach osób najwyższych w państwie – np. parlamentarzystów – jest przerażające i w ogromnym stopniu wpływa na jakość życia. Jeśli ktoś usuwa zapis z Twittera po godzinie, bo go poniosły emocje – to znaczy, że nie ma kwalifikacji, by być osobą publiczną.

Cztery lata temu nie zareagował pan, gdy jeden z kontrkandydatów zagrał kartą antysemicką. Powiedział, że w wyborach startują katolik, ateista i Żyd. To ostatnie było chyba o panu – i w zamyśle miało panu zaszkodzić.

Powtarzam: jeśli mnie poniosą emocje, gdy ktoś mi coś głupiego powie – stracę też nerwy, gdy będę miał ratować drugiego człowieka. A to by oznaczało, że się po prostu nie nadaję na lekarza. Mojego pochodzenia nie badałem. Jakie to ma znaczenie? Jestem od zawsze wyznania katolickiego, zawsze byłem głęboko wierzący i praktykujący, choć w przestrzeni publicznej wszystkich staram się traktować jednakowo. I nawet nie zarejestrowałem, że padły takie słowa.

Pana zastępcą jest człowiek historycznie związany z SLD, ale jednocześnie – jak donoszą media – jest pan idolem biskupa świdnickiego Ignacego Deca, który chciałby „pokazać Wałbrzych premierowi”. Jak pan to godzi?

Ale mam się z tego tłumaczyć?

Wystarczy, że pan wytłumaczy.

Krzyże w moim gabinecie i sali obrad rady miejskiej wisiały na długo przed objęciem przez PiS władzy. I moje kontakty z biskupem świdnickim były bardzo dobre od wielu lat i z całą pewnością nie są koniunkturalne. Nie mam żadnych problemów z bardzo bliskimi relacjami ze środowiskiem katolickim – i jednocześnie nie uważam, że te moje umiarkowanie konserwatywne poglądy na wiele spraw stoją w sprzeczności z ponadprzeciętną wrażliwością społeczną, każącą budować żłobki czy mieszkania socjalne.

Zyskuje pan na tym, że Wałbrzycha nie dotyczą na razie światopoglądowe wojny. Ale to się może zaraz zmienić. Do miasta zawitają Parady Równości, czarny protest już dotarł.

I co? I przeżyliśmy.

Dołączył pan do demonstrantek?

Nie, ale chyba nawet nikt tego ode mnie nie oczekiwał. Jak się tego rodzaju oczekiwania pojawią, będę się musiał do nich odnieść. Co nie znaczy, że będę się musiał opowiedzieć.

Jako członek PO sam inicjuje pan w mieście dyskusję o upamiętnieniu katastrofy smoleńskiej. To też efekt zasad czy jednak element politycznej strategii?

Ale doszło do tego upamiętnienia? Nie doszło. Nie podjęto w mieście tematu.

Ale sygnał pan wysłał.

Tak jak w dziesiątkach innych spraw – wyraziłem wolę i otwartość na rozmowy. Wielu posądza mnie o zapędy do autorytaryzmu – a niektórzy nawet uważają, że mam do tego pewien mandat. Ale ja mogę powiedzieć, że z upływem lat nauczyłem się słuchać i wsłuchiwać. Jeśli na spotkaniu z mieszkańcami, ze środowiskiem, umownie mówiąc, nieliberalnym słyszę oczekiwanie upamiętnienia Smoleńska – to zgłaszam gotowość. Oczywiście, na to nakłada się mój własny pogląd. Ale nie ma w tym menedżerskiego cynizmu. Po prostu sprawność zarządzania tymi emocjami jest jednym z elementów dobrego zarządzania miastem.

Teraz PiS będzie współrządzić w sejmiku województwa dolnośląskiego, nadzorującym szpital, w którym pan pracuje. Nagle może się okazać, że już nie może być pan ordynatorem.

Nie wiem, dlaczego tak miałoby być. Nie łamię żadnych przepisów, więc nie widzę tu realnego ryzyka.

Po co panu ten szpital, skoro będzie pan prezydentem przez kolejne pięć lat?

Może to zabrzmi dziwnie, ale nadal traktuję pracę w urzędzie jako zadziwiający, ale jednak etap przejściowy. Nigdy nie przestałem być przede wszystkim lekarzem. Czerpię z tego coraz większą satysfakcję, poczucie niezależności mentalnej i – trzeba powiedzieć szczerze – również finansowej. Mentalnie nigdy nie przeprowadziłem się do ratusza. Codziennie wcześnie rano jestem w szpitalu i prowadzę odprawy, które nadają rytm i kierunek oddziałowi. I biorę dyżury – niestety, coraz więcej. Pozostanie w szpitalu w zmniejszonym wymiarze godzin to był mój świadomy wybór. Po pierwsze, pozwala mi to na merytoryczny nadzór nad oddziałem. Po drugie, umożliwia bycie na bieżąco z postępem nauki. Po trzecie, ja po prostu potrzebuję pracy w szpitalu. A teraz doszedł jeszcze jeden element – od mniej więcej dwóch lat muszę brać dyżury, bo coraz bardziej odczuwalny jest brak lekarzy, szczególnie tych, którzy mają ochotę dyżurować w niedzielę i święta.

Uczestniczy pan w operacjach?

Czasem obserwuję, jak młodsi koledzy wykonują zabiegi z zakresu tzw. kardiologii inwazyjnej. Ale ja już bym nie ustał tych pięciu godzin nad pacjentem.

Zdarzyło się, że wyłączył się pan z diagnozowania, bo okazało się, że pacjentem jest pana przeciwnik polityczny?

Powiem to, co każdy lekarz na moim miejscu: pytanie jest tak absurdalne, że odmawiam odpowiedzi. Osoby, które mogłyby być traktowane jako moi oponenci polityczni, z wielką ufnością leczyły się u mnie na oddziale, ze słusznym przekonaniem, że ja i moi ludzie zrobimy absolutnie wszystko, żeby pomóc. Mówię „oponenci”, bo ja nie mam przeciwników politycznych. Nie postrzegam nikogo w ten sposób.

W pyskówki pan się nie wdaje, ale zarządzając miastem, gra bardzo ostro. Wydaje pan setki milionów na inwestycje, w efekcie Wałbrzych ma już grubo ponad pół miliarda złotych długu.

Najlepszą odpowiedzią jest porównanie: od momentu, gdy zostałem prezydentem, zadłużenie miasta zwiększyło się o ok. 280 mln zł. W tym czasie wydatki na trwałe inwestycje, które pozostaną w tym mieście i będą pracować na jego rozwój, wyniosły grubo ponad 800 mln zł. A więc z jednej złotówki, którą włożyłem, udało się wypracować – dzięki zewnętrznym źródłom finansowania – 2,2–2,5 zł inwestycji. I te pieniądze nie zostały przejedzone! Zostały wydane, by odbudować miasto, które było zdegradowane do poziomu niewiarygodnego. W ciągu siedmiu lat wyremontowaliśmy większość głównych dróg i postawiliśmy kilkaset mieszkań komunalnych.

Krytycy mówią: „to nie sztuka zadłużyć się pod korek i chwalić inwestycjami”. Wałbrzych jest pierwszy na liście najbardziej zadłużonych miast tej wielkości w Polsce.

Kompletnie nieuprawnione jest takie porównywanie Wałbrzycha z innymi miastami. Nie ma w Polsce drugiego tak zniszczonego ośrodka – tu 1/3 budynków komunalnych nadaje się do rozbiórki. Na tle innych miast Wałbrzych nie ma absolutnie odpowiednika co do skali zaniedbań, jakie odziedziczyliśmy po transformacji. 30 lat temu to miasto ekonomicznie wyłączono i przez całe lata jedna trzecia siły roboczej była bez pracy, stanowiąc podglebie niewiarygodnych, patologicznych zjawisk. Efekt jest taki, że gdy pytają mnie: „Co pan zrobi, by zatrzymać młodych w mieście?”, odpowiadam: „Przekonam ich, że będą tu mieli dach nad głową”. We Wrocławiu czy w Poznaniu mówienie, że młodzi będą mieli ciepłą wodę, szczelny dach i toaletę w mieszkaniu – brzmiałoby dziwacznie. Ale w Wałbrzychu taka jest rzeczywistość – ludzie mieszkają w ruderach. Proszę zapytać w innych podobnych miastach, ile budują mieszkań komunalnych. To u nas powstaje ich najwięcej i obiecałem kolejny tysiąc – bo takie mamy wyzwanie.

Obsługa długu kosztuje 50 mln zł rocznie. Mówi pan: spłacimy z podatków. Ale wpływy z podatków w ciągu ostatnich trzech lat rosły o 3,5 proc., a dług dwukrotnie szybciej.

Nie obawiam się o zarządzanie tym długiem. Ale czy ktoś, kto to krytykuje, potrafi powiedzieć, jak inaczej osiągnąć wspomniane efekty niż mechanizmem wykorzystującym ogromne środki unijne? Z jednej strony słyszę: nie zrobione to, nie zrobione tamto. A z drugiej strony mówią: nie zadłużać się! Posiadanie ciastka czy zjedzenie ciastka to dylemat nierozwiązany od stuleci. Gdybym ograniczył inwestycje, nikt by mnie nie docenił za zmniejszenie zadłużenia, tylko zganił za niezrobienie ważnych rzeczy w mieście. Przez siedem lat moich rządów nikt nie przedstawił żadnej alternatywnej ścieżki odbudowy tego miasta, jest tylko ta, którą wybrałem. I mieszkańcy to ocenili. Choć przez ostatnie miesiące kampanii podtykano im – z pomocą emisariuszy spoza miasta – różne scenariusze, nigdy nie miały one charakteru alternatywnej propozycji, nie pojawił się nawet zalążek racjonalnej koncepcji: nie rób tak, tylko tak.

Przed trzema laty Regionalna Izba Obrachunkowa w komentarzu do wykonania budżetu Wałbrzycha napisała: „zawieranie zobowiązań (…) z instytucjami spoza sektora bankowego (…) może skutkować utratą płynności finansowej i dezorganizacją świadczenia usług publicznych…”.

A nastąpiło do tej pory coś takiego? Nie nastąpiło. Wiem, że ciężką sytuację finansową mam i będę miał. I będę się budził codziennie z kłopotem na głowie: jak to wszystko powiązać. Ale nie jestem prezydentem miasta – symbolu rozwoju, administratorem sukcesu. Jestem prezydentem miasta, które siedem lat temu było uosobieniem bezprzykładnego kryzysu ekonomicznego i społecznego. A dziś jest miastem, które dźwiga się, choć wciąż jest w ogromnej potrzebie. Nadal mamy 7–8-proc. bezrobocie, podczas gdy inne podobne miasta mają 3-proc. Wciąż też mamy odsetek osób korzystających z opieki społecznej dwukrotnie wyższy niż w podobnych ośrodkach. To miasto wymaga szczególnego traktowania. Zapytał mnie pan na początku, czy nie mam z kim przegrać. Powiem tak: robię wszystko, by nie przegrać. Inni potrafiący nie przegrywać jakoś nie narzucają się ze swoją liczbą i jakością, chyba więc wszyscy naokoło mają świadomość, że „gościu wziął się do rzeczy trudnej”. I na razie wygrywa.