Byłem krnąbrny, nie dawałem sobie w kaszę dmuchać

Wybitny piłkarz ręczny, Grzegorz Tkaczyk, wicemistrz świata z roku 2007, wciąż czuje więź z warszawskim Targówkiem. Ale podkreśla, że teraz dobrze mu w Kielcach: cisza, spokój i jazda na wakeboardzie. Tylko na Mazury daleko…

Publikacja: 25.03.2018 23:10

Grzegorz Tkaczyk – wybitny piłkarz ręczny, reprezentant Polski w latach 2000-2012, olimpijczyk, wice

Grzegorz Tkaczyk – wybitny piłkarz ręczny, reprezentant Polski w latach 2000-2012, olimpijczyk, wicemistrz świata w roku 2007. Jako zawodnik Vive Targów Kielce po wygraniu Ligi Mistrzów w 2016 r. zakończył karierę.

Foto: Fotorzepa/Andrzej Iwanczuk

Rz: Kiedy pan o sobie myśli: „jestem z…”, to co się dalej pojawia?

Grzegorz Tkaczyk: …z Targówka.

Z Targówka… Przecież wyjechał pan z Warszawy dawno, przez wiele lat mieszkał w Niemczech, a teraz w Kielcach?

Tego się nawet nie da porównać. W tej chwili jestem na innym etapie życia. Targówek to lata młodości, tam zaczęła się moja przygoda z piłką ręczną, natomiast w Kielcach się zakończyła. Z Targówka wyjeżdżałem do Niemiec młody, niedojrzały, a do Polski wracałem jako ukształtowany zawodnik i człowiek.

Wspomnienia się nie zatarły przez te wszystkie lata?

Zawsze z wielką przyjemnością wracam do rodziców, którzy w dalszym ciągu mieszkają na Targówku. Mam tam przyjaciela, z którym ciągle utrzymuję kontakt. Nie rozmawiamy tylko przez telefon, nadal się spotykamy. Przyjaźnie, które tam zawiązałem, trwają do dziś. Jestem na innym etapie życia niż wtedy, za warszawskich czasów. Mam rodzinę, trójkę dzieci, trochę inaczej postrzegam świat. Teraz żyję w Kielcach, a właściwie nawet pod miastem – w Masłowie. To miejsce idealne dla spokojnego życia rodziny, a właśnie tego w tej chwili szukam.

Wyruszył pan w świat z Warszawy, a skończył w małym mieście. Częściej zdarza się podróż w odwrotnym kierunku…

Już od wielu lat odzwyczajam się od życia w wielkiej metropolii. Wyjeżdżając z Targówka, trafiłem do Magdeburga, który wielkością przypomina Kielce. Następnie podczas gry w Rhein-Neckar Loewen mieszkałem w 6-tysięcznej wsi Rauenberg i tylko mecze rozgrywaliśmy w dużym mieście, jakim jest Mannheim. Kontakt z wielkim miastem miałem tylko na początku swojego życia. Los tak chciał, a warunki piłki ręcznej w Polsce tak się ułożyły, że poza Wybrzeżem Gdańsk nie ma dużego miasta w Polsce, które ma piłkę ręczną na poziomie ekstraklasy.

Pomówmy więc na początek o Targówku. Co dało panu to miejsce? To rzeczywiście jest taka dzielnica, w której spacerowiczom po zmroku powinny drżeć łydki?

Wiele się zmieniło na Targówku, co zresztą opisałem w swojej książce. Kiedyś na ulicach królowały tam „młode wilki” i inne postaci ze światka przestępczego. Teraz tego już nie ma, a jeżeli nawet czasem się zdarza, to w bardzo małym stopniu. To zasadnicza zmiana. Metro tam budują, to jest rewolucja. Chodziłem do liceum na tzw. Starej Pradze, na ulicy Kowelskiej, czyli w dosyć nieprzyjemnym rejonie Warszawy. To sprawiło, że mój charakter w latach młodzieńczych się utwardził. Byłem krnąbrny, zadziorny, nie dawałem sobie w kaszę dmuchać. Potem przeniosłem to na sport, który jeszcze bardziej mi charakter wyszlifował.

Blok, asfalt, boisko, ławka? To wszystko wraca we wspomnieniach?

Blok, asfalt, słynna obwodnica na Targówku, na której co wieczór odbywały się popisy miejscowych „gangsterków”. Podjeżdżały efektowne samochody, co w tamtych latach robiło na mnie spore wrażenie. To jednak była tylko mała część mojego życia. Pamiętam, że zawsze, kiedy wracałem ze szkoły, od razu rzucałem plecak, brałem piłkę i szedłem grać w nogę, piłkę ręczną albo w koszykówkę. Byłem bardzo aktywnym dzieckiem. Jeździłem na rowerze, na deskorolce. Chyba spróbowałem wszystkiego, co ma koła. Z każdą dyscypliną sportu miałem do czynienia. Nie było mowy o tym, żeby siedzieć w domu.

Teraz z deskorolki przesiadł się pan na motocykl?

Tak, mam motocykl, na którym jeżdżę od czasu do czasu.

A propos koszykówki. Niedawno wyremontowano boisko, na którym pan grywał…

Tam się dużo zmieniło. Mogę sobie tylko pomyśleć, że marzyłem, by grać w takich warunkach, jakie obecnie ma młodzież. Od czasów mojej młodości poszło wszystko do przodu niesamowicie.

Podobno na tym boisku grywali też Paweł Nastula i Bartosz Kizierowski?

Ja ich nigdy nie spotkałem, zapewne z racji dzielącej nas różnicy wieku.

Koszykarze amerykańscy, którzy wychowywali się w trudnych dzielnicach, opowiadają, że tam nauczyli się tzw. brudnych gadek, które potem wykorzystywali na boisku. Pan też się ćwiczył w takich rozmowach na Targówku, a potem przenosił je na parkiet?

Niekoniecznie. Gdy byłem starszy, z Targówka musiałem dojechać na Mokotów, do hali Warszawianki. Podróż w jedną stronę komunikacją miejską zajmowała godzinę, więc gdy wróciłem do domu o dziesiątej wieczorem, to marzyłem jedynie, żeby się położyć do łóżka, bo padałem ze zmęczenia. Czasu na przesiadywanie i zgłębianie meandrów osiedlowego życia nie było zbyt dużo.

Miał pan na osiedlu jakieś przezwisko? „Młody” pochodzi z tamtych czasów?

Ksywa „Młody” przyczepiła się do mnie w piłce ręcznej. Na Targówku nie miałem żadnego przezwiska.

Byli inni zdolni sportowcy, którzy mieli szansę na zrobienie kariery, ale poniosło ich w stronę „młodych wilków” albo ławki pod blokiem?

Było kilku chłopaków, z którymi grałem jeszcze w juniorach, ale potem ruszyli w inną stronę. Niekoniecznie to były złe drogi, po prostu mieli inne pomysły na życie.

Po powrocie z Niemiec, chcąc grać na najwyższym poziomie, miał pan do wyboru Vive Kielce i Wisłę Płock…

Cieszę się, że trafiłem tutaj, bo z perspektywy czasu widzę, że życie napisało mi wspaniały scenariusz. W ostatnim sezonie kariery udało mi się wygrać Ligę Mistrzów, czyli zrealizować cel, do którego dążyłem przez 20 lat. Rzeczą najważniejszą jest jednak to, że moja rodzina jest tutaj szczęśliwa. Od razu kupiliśmy dom. Kiedy wydałeś swoje ciężko zarobione pieniądze, to dom cię tutaj trzyma. Nie tak łatwo się wyprowadzić, pojechać dalej, a dom sprzedać. To była decyzja mocno wiążąca mnie z Kielcami.

Na podjęcie pracy w klubie trzeba było jednak chwilę poczekać.

Tak to wyglądało z boku. Nie było o tym głośno w mediach, ale umowę z prezesem Bertusem Servaasem zawarłem już pół roku przed końcem kontraktu. Wiedziałem, że klub chce mnie zatrudnić w innej roli. Nie było tak, że zakończyłem karierę, usiadłem w domu i nie wiedziałem, co będę robił, czekając na telefon od prezesa. Świadomość tego, że Vive wiąże ze mną plany, pomogła mi podjąć decyzję o zakończeniu kariery i przejściu na drugą stronę mocy.

Ma pan szansę na zachowanie chociaż odrobiny prywatności w Kielcach?

W miejscu, w którym mieszkam, udaje się to bez problemu. Nie mam tam nawet zasięgu w telefonie komórkowym, więc jeśli ktoś nie zna numeru domowego, to mnie w ogóle nie złapie. Rozpoznawalność to jedno, ale chyba najważniejsze jest, że wszyscy, którzy mieszkają w Kielcach, a tym bardziej przychodzą na mecze, bardzo doceniają swoich byłych zawodników. Jeszcze dziś spotykam się z miłymi reakcjami, bo kielczanie pamiętają, ile serca oddało się Vive. To jest ważniejsze niż rozpoznawalność. Tradycje piłki ręcznej są tutaj tak długie, że publiczność potrafi rozpoznać, kto jest wartościowym zawodnikiem i ile daje drużynie.

Kielce spodobały się panu od razu?

Nie było tak, że przyjechałem do Vive, nie wiedząc nic o mieście, i zagrałem va banque, kupując dom. Kielce znałem, odwiedzałem znajomych, których tutaj miałem, przyjeżdżałem do nich na sylwestra.

Ma pan tu ulubione miejsca?

W Zagnańsku jest wyciąg do wakeboardu, a to ledwie 10 kilometrów od mojego domu. Przy okazji można zobaczyć dąb Bartek.

To nie jest jedyne miejsce do uprawiania sportu, bo w okolicy Kielc jest sporo akwenów, co zresztą bardzo mi odpowiada, bo nie potrafię żyć bez wody. Jest Zalew Sulejowski, który odkryłem w zeszłym roku – trzymam tam swoją łódkę. Kiedy tylko mam wolną chwilę, chętnie jadę godzinę, bo potem cały dzień mogę spędzić na wodzie. Nie brakuje pięknych miejsc, które mogę zwiedzać na motorze, bo mamy tutaj świetne drogi. Jeżdżę i podziwiam zamki. Mam frajdę, kiedy podjeżdżam pod górkę, a zaraz potem czeka mnie zjazd. Województwo świętokrzyskie jest przepiękne.

Człowiek z Warszawy, który nie może żyć bez wody? To też nie wydaje się oczywiste…

Na Mazury jeździłem od małego. To, że zakochałem się w tej części Polski, zawdzięczam rodzicom, którzy co roku spędzali tam urlop. Zarazili mnie miłością do tego stopnia, że teraz ja też każdy urlop spędzam na Mazurach. Mam nawet pewne plany… Z mojego punktu widzenia jedyny minus Kielc jest taki, że daleko stąd na Mazury.

Nie pytam, jak szybko potrafi pan pokonać te 450 km…

Podróżuję z dziećmi, więc jeżdżę wolno.

W Warszawie też są wyciągi do wakeboardingu, ostatnio takie miejsce powstało na Targówku, na Zalewie Bardowskiego.

Jest też – zdaje się – w Wilanowie. Jeszcze tam nie byłem. Powstaje całkiem sporo miejsc do uprawiania tego sportu. Wcale nie trzeba jechać na Mazury, żeby popływać.

Wolniejsze tempo życia było zachętą do tego, by zostać w Kielcach?

Nie da się porównać stolicy Polski do Kielc, bo to są zupełnie inne miasta. Warszawa to miasto największych możliwości, ale też są tu dużo większe korki, a ja odzwyczaiłem się od tłoku na ulicach. W Kielcach, kiedy masz dużego pecha, to postoisz w korku 20 minut, a już nawet to mnie denerwuje. W stolicy jest do wyboru więcej miejsc, restauracji, do których można pójść. W Kielcach takich możliwości nie mam, wszystko zamyka się w obrębie czterech, pięciu fajnych knajpek, jest więc spora powtarzalność. Co ja tu opowiadam o restauracjach… Przecież stałem się już takim domatorem, że niechętnie chodzę w miasto, więc powtarzalność knajpkowa przestaje być problemem.

Restauracja Karola Bieleckiego jest w czołówce?

Zdecydowanie tak, jego lokal zaliczam do najlepszych w Kielcach, można tam świetnie zjeść. Karol spełnił swoje marzenia, bo zawsze opowiadał, że chce się zająć gastronomią, i naprawdę mu się to udało.

Kiedy Korona gra z Legią, to komu pan kibicuje?

Nie interesuję się polską piłką nożną i nie jest to odpowiedź dyplomatyczna. Lubię oglądać futbol na najwyższym poziomie, więc czasami śledzę mecze Ligi Mistrzów, choćby z racji tego, że mój syn trenuje i jest bramkarzem. Kibicuję Bayernowi Monachium, bo gra tam Robert Lewandowski, a Polakowi trzeba kibicować. Od siedmiu lat mieszkam w Kielcach i nigdy nie byłem na meczu Korony. Jeśli mam się wybrać na mecz, to na reprezentację Polski, kiedy gra na Stadionie Narodowym, a reprezentację mamy dobrą. Zdecydowanie wolę siatkówkę. W zeszłym roku często pojawiałem się w hali, żeby kibicować Effectorowi albo po prostu popatrzeć na dobrą siatkówkę.

Rz: Kiedy pan o sobie myśli: „jestem z…”, to co się dalej pojawia?

Grzegorz Tkaczyk: …z Targówka.

Pozostało 99% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Materiał Promocyjny
Technologia na etacie
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
Jak sztuczna inteligencja może być wykorzystywana przez przestępców cybernetycznych?