Pasterze wracają na połoniny

Przybywa chętnych do wypasu owiec w Bieszczadach. Do pracy przy zwierzętach garną się młodzi.

Publikacja: 15.10.2017 23:00

Największe w Polsce stado owiec wypasa się w gminie Komańcza.

Największe w Polsce stado owiec wypasa się w gminie Komańcza.

Foto: AdobeStock

Po lecie na połoninach owce wróciły już do swoich zagród. Osad, czyli przeciwieństwo redyku, na Podkarpaciu miał miejsce od połowy września do połowy października. I choć tegoroczny wypas z uwagi na długą zimę rozpoczął się późno (redyk odbył się na początku maja, a nie jak zwykle w połowie kwietnia), to podkarpaccy górale z tego powodu nie ucierpieli. – To był bardzo dobry sezon. Turystów było wielu i chętnie kupowali oni nasze sery. Po raz pierwszy w tym roku bacowie nie jeździli ze swoimi wyrobami na Śląsk czy do Krakowa, bo wszystko schodziło na miejscu – mówi Krzysztof Zieliński ze stowarzyszenia Pro Carpathia, które zajmuje się promocją regionu. – Sprzedawano po sto kilogramów sera tygodniowo – dodaje.

W tym roku wokół bieszczadzkich bacówek wypasało się blisko 5 tys. owiec. Połowa z nich należy do górali z Podhala. – Wielu woli wypasać owce u nas, bo góry są niższe i bardziej zielone – tłumaczy Krzysztof Zieliński.

Tradycje pasterskie na Podkarpaciu sięgają średniowiecza. Zapoczątkowali je wędrujący przez Karpaty pasterze bałkańscy, którzy ostatecznie osiedli w Bieszczadach. W późniejszym okresie kultywowali je Łemkowie, ale tradycje przerwała akcja „Wisła”. – Dziś pasterstwo powoli się odradza. Zwłaszcza coraz chętniej zajmują się tym młodzi – tłumaczy Zieliński.

Przybywa też szkoleń, w czasie których można uzyskać kwalifikacje bacy i juhasa. Posiadanie takiego certyfikatu ułatwia uzyskanie środków unijnych na pasterski biznes.

Podobnie jak w poprzednich sezonach, owce wypasane są wokół bacówek m.in. w okolicach Nowego Łupkowa, Średniej Wsi w Bieszczadach czy Krempnej w Beskidzie Niskim. W każdej bacówce stado liczy od 500 do nawet 1500 sztuk. Największe w Polsce stado owiec liczące 2 tys. sztuk wypasa się właśnie na Podkarpaciu, w okolicach Osławy w gminie Komańcza.

W Bieszczadach i Beskidzie Niskim wypasa się owce dwóch ras: polską owcę górską i cakiel podhalański. Należą one do niezbyt dużych zwierząt. Dostarczają skóry, wełnę, chude mięso, mleko do wyrobu serów owczych. Są dobrze przystosowane do niekorzystnych warunków środowiskowych, np. opadów i niskich temperatur. – Jest coraz więcej amatorów naszych serów, które w odróżnieniu od podhalańskich nie nazywają się oscypki, ale sery gazdowskie. Oscypki to nazwa zastrzeżona dla innego regionu – tłumaczy Zieliński. Dodaje także, że turyści chętnie kosztują także wyrobów z jagnięciny, zwłaszcza jagnięce gulasze czy pieczoną gicz jagnięcą. – Tyle że trzeba ją zamawiać w restauracjach z wyprzedzeniem, bo robi się ją długo – zastrzega ekspert.

Powoli do łask wracają także kożuszki i swetry z owczej wełny i o nie też pytają turyści.

Ile górale zarabiają w sezonie na owcach? To najpilniej strzeżona pasterska tajemnica. Popularne na południu powiedzenie „Kto ma owce, ten ma co kce” pokazuje, że nie jest to słaby biznes. Chociaż z pewnością nie można tego porównywać z latami 80., gdy stada były dwa razy większe. Także żaden baca nie chce się przyznać, ile otrzymuje za wypasanie w górach nie swoich owiec.

Nieco łatwiej dowiedzieć się o stawki dla juhasów. Wahają się one w granicach 3–6 tys. zł. Z tym że jest to praktycznie praca przez 24 godziny. Każdy z nich w trakcie sezonu zajmuje się 100–120 owcami. Ich dzień pracy zaczyna się około godz. 4 rano, a kończy późnym wieczorem. Do sierpnia owce doją trzy razy dziennie. Natomiast później dwa razy w ciągu dnia. Udój całego stada trwa około dwóch godzin. Owca w ciągu okresu pastwiskowego daje 70–80 litrów mleka.

Oprócz dojenia owiec do obowiązków juhasów należy także wyrób produktów z owczego mleka, m.in. serów.

– W szarej strefie na Podkarpaciu działa około 200 serowarów. Legalnie zaledwie pięć osób. Górale unikają legalnej działalności ze względu na strach przed biurokracją i sanepidem. Na pewno nie dlatego, że sery nie spełniają norm. Mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że są one bardzo wysokiej jakości – tłumaczy Zieliński.

Juhasi muszą też pilnować stada przed atakami wilków, które w tym roku były wyjątkowo dokuczliwe. Gdy kręcą się one w pobliżu stada, trzeba przez całą noc palić ogniska.

Po lecie na połoninach owce wróciły już do swoich zagród. Osad, czyli przeciwieństwo redyku, na Podkarpaciu miał miejsce od połowy września do połowy października. I choć tegoroczny wypas z uwagi na długą zimę rozpoczął się późno (redyk odbył się na początku maja, a nie jak zwykle w połowie kwietnia), to podkarpaccy górale z tego powodu nie ucierpieli. – To był bardzo dobry sezon. Turystów było wielu i chętnie kupowali oni nasze sery. Po raz pierwszy w tym roku bacowie nie jeździli ze swoimi wyrobami na Śląsk czy do Krakowa, bo wszystko schodziło na miejscu – mówi Krzysztof Zieliński ze stowarzyszenia Pro Carpathia, które zajmuje się promocją regionu. – Sprzedawano po sto kilogramów sera tygodniowo – dodaje.

Pozostało 82% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Akcje Specjalne
Firmy chcą działać w sposób zrównoważony
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży