Powozy jadą z Wielkopolski

W regionie powstaje zdecydowana większość wytwarzanych nie tylko w Polsce, ale i na świecie powozów oraz bryczek.

Publikacja: 05.02.2017 21:00

Mikołaj Bogajewicz, prawnuk założyciela firmy, w hali produkcyjnej zakładu w Pniewach.

Mikołaj Bogajewicz, prawnuk założyciela firmy, w hali produkcyjnej zakładu w Pniewach.

Foto: Rzeczpospolita/Bartosz Jankowski

Związków Wielkopolski z produkcją powozów można by szukać z powodzeniem już w zamierzchłych dziejach. Kołodziejem – według niektórych – miał był przecież sam protoplasta naszej pierwszej dynastii – Piast, mieszkający gdzieś w okolicach Gniezna.

Mimo legendy Piasta Kołodzieja oraz jak najbardziej prawdziwej historii Fabryki Powozów i Karoseryj Braci Waberskich, która powstała po pierwszej wojnie światowej i dostarczała polskiemu wojsku wozy na wojnę z bolszewikami, Gniezno i jego okolice dziś w tej branży się nie liczą.

Na przełomie XIX I XX w. liczbę wytwórni powozów w Wielkopolsce szacowano na 25. W Poznaniu do największych należała zlokalizowana przy ulicy Rybaki fabryka Dzieciuchowicza, która zasłynęła m.in. z wyprodukowania wozu mieszkalnego dla Michała Drzymały. Fabryki Dzieciuchowicza też już nie ma, a replikę wozu Drzymały w 1977 roku wykonał zakład Bogajewicza z Pniew.

Zakład na trasie poczty

Zakład Bogajewicza, założony w 1890 roku, wciąż działa. Zanim Albin Bogajewicz osiadł w Pniewach, terminował u jednego z wiodących europejskich producentów – w berlińskiej firmie Zimmerman.

Widok powozów w miasteczku w tamtych latach nie był czymś niezwykłym, bo leżało ono na trasie poczty dyliżansowej z Berlina do Warszawy. Właśnie tuż obok jej siedziby Bogajewicz otworzył swój zakład. Po 15 latach przeniósł się do nowo wybudowanej Fabryki Powozów, Wozów i Karoserii, wyposażonej we własną kołodziejnię, kuźnię, tapicernię i lakiernię.

Fabryka zaopatrywała w pojazdy ziemian z zachodniej Wielkopolski, choć już w 1910 r. jej pierwsze powozy trafiły też na kontynent afrykański – do będącego kolonią niemiecką Kamerunu.

Rodzinnej firmie udało się przetrwać trudne lata. Punktem zwrotnym była dla niej, zlecona przez Muzeum Powozów w Łańcucie w 1968 roku, renowacja karety berlinki z lat 20. XIX wieku, którą ponoć jeździł Fryderyk Chopin. Po wykonaniu tego zlecenia posypały się kolejne zamówienia remontów powozów dla instytucji muzealnych.

W kolejnych latach coraz więcej zamówień z zagranicy dotyczyło produkcji powozów do celów sportowych i turystycznych. Z powozów z Pniew przez lata korzystali również polscy filmowcy, lokując je w m.in. obsadzie „Popiołów”, „Nocy i dni”, „Janosika”, „Trędowatej” czy „Ziemi obiecanej”.

Dziś firmą kieruje prawnuk Albina Bogajewicza – Mikołaj.

Gostyńskie centrum

Na południu Wielkopolski, w promieniu 60 km od Gostynia, działa dziś ponad 30 producentów bryczek. Mówi się, że to właśnie tu powstaje większość wytwarzanych na świecie powozów. – Niektórzy twierdzą, że nawet 95 proc. Nikt tego dokładnie nie policzył, ale według mnie to przesada, bo na świecie – m.in. w Holandii, Niemczech, Szwecji, Anglii, Kanadzie i USA – też są producenci. Inni twierdzą z kolei, że niewiele ponad 50 proc. To chyba udział niedoszacowany. Moim zdaniem najbliżej prawdy są ci, którzy udział firm z naszego regionu w światowej produkcji szacują na jakieś 70–80 proc. – tłumaczy Hubert Glinkowski, który wraz z ojcem i braćmi prowadzi największą firmę z branży, zatrudniającą ponad 100 osób. W ubiegłym roku jej hale produkcyjne opuściło ponad 800 pojazdów. Zaledwie 1–2 proc. trafiło na rynek krajowy.

Tradycje firmy Glinkowski sięgają roku 1956. 30 lat wcześniej rozpoczął działalność warsztat Jana Andrzejewskiego. Dziś firmę prowadzą jego potomkowie.

Prawdziwy boom bryczkarski w okolicach Gostynia zaczął się na dobre dzięki tym dwóm firmom, których właściciele pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia znaleźli pierwszych klientów w Niemczech. Kolejnych zdobywali nie tylko korzystną ceną, ale i coraz lepszą jakością. Dziś powozy z okolic Gostynia można spotkać nie tylko w Europie, ale też na innych kontynentach.

Podobnie jak meblarze w Swarzędzu czy kotlarze w Pleszewie, powoźnicy z okolic Gostynia szybko doczekali się naśladowców widzących, że interes może być opłacalny. Nowe firmy zakładali byli pracownicy pionierów rynku powozów. Inni, również do dziś, prowadzą produkcję garażową – „od strzału do strzału”, często w szarej strefie.

Najsilniejsze firmy z branży dziesięć lat temu próbowały założyć klaster, który miał pomóc m.in. w pozyskiwaniu funduszy, wspólnej polityce zakupowej i promocyjnej, współpracy z władzami samorządowymi i w kształceniu pracowników. Niestety, interesy poszczególnych firm wzięły górę i dziś nadal każdy radzi sobie sam, choć trzy lata temu kilka firm z branży współpracowało przy konstrukcji wielkiego powozu, który jako symbol lokalnej przedsiębiorczości stanął na gostyńskim rondzie Biznesu.

Stabilny rynek

– Po okresie zachwiania kilka lat temu, dziś rynek jest stabilny. Jeśli chodzi o opłacalność produkcji, to rewelacji nie ma. Pozyskiwaniem nowych klientów zajmują się nasi dilerzy, których mamy w ponad 20 krajach. Staramy się zabezpieczać, dywersyfikując produkcję i wchodząc w inne branże. Z pomocą środków unijnych inwestujemy w nowoczesne i innowacyjne technologie – wyjaśnia Hubert Glinkowski.

Z funduszy z WRPO korzystały też inne firmy powoźnicze z regionu – m.in. Poj-Kon Michałowski.

Jednym z większych problemów branży są pracownicy, a w zasadzie ich brak. To zdaniem producentów efekt wielu zaniechań w szkolnictwie zawodowym. – Dziś najprościej jest wyszkolić sobie pracowników samemu. Odczuwamy na rynku chroniczny brak przygotowanych zawodowo spawaczy, tokarzy, frezerów czy tapicerów – wylicza Glinkowski.

A klient wymaga wyrobów na najwyższym poziomie – m.in. zastosowania hamulców tarczowych czy pneumatycznego zawieszenia. Wielu życzy sobie, by w powozie zamontować radio czy ogrzewane siedziska.

Jeden z gostyńskich producentów miał zamówienie ze Szwajcarii na specjalistyczny powóz, w którym pasażerowie mogli przyrządzać i delektować się fondue. Inny pracował z kolei nad hybrydowym wozem konnym, który miał ulżyć koniom wożącym turystów do Morskiego Oka. Klient żąda – klient musi mieć.

Związków Wielkopolski z produkcją powozów można by szukać z powodzeniem już w zamierzchłych dziejach. Kołodziejem – według niektórych – miał był przecież sam protoplasta naszej pierwszej dynastii – Piast, mieszkający gdzieś w okolicach Gniezna.

Mimo legendy Piasta Kołodzieja oraz jak najbardziej prawdziwej historii Fabryki Powozów i Karoseryj Braci Waberskich, która powstała po pierwszej wojnie światowej i dostarczała polskiemu wojsku wozy na wojnę z bolszewikami, Gniezno i jego okolice dziś w tej branży się nie liczą.

Pozostało 91% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Materiał Promocyjny
Wykup samochodu z leasingu – co warto wiedzieć?
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Materiał Promocyjny
Jak kupić oszczędnościowe obligacje skarbowe? Sposobów jest kilka
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej