W moim sercu jest tylko Polska

Nigdy nie zastanawiałam się, który kraj chciałabym reprezentować. Zostałam wychowana w polskiej myśli i tradycji. Jestem dumna z tego, że biegam z orzełkiem na piersi – mówi Sofia Ennaoui, finalistka igrzysk olimpijskich w Rio na 1500 m.

Publikacja: 19.01.2017 23:30

Sofia Ennaoui urodziła się 30 sierpnia 1995 roku w Ibn Dżarir. Córka Polki i Marokańczyka. Gdy miała

Sofia Ennaoui urodziła się 30 sierpnia 1995 roku w Ibn Dżarir. Córka Polki i Marokańczyka. Gdy miała półtora roku, wróciła z mamą i starszym bratem do Polski. Rodzice się rozwiedli, wychowała ją mama. Lekkoatletka MKL Szczecin. Specjalizuje się w biegach średnich. Finalistka igrzysk olimpijskich w Rio w biegu na 1500 m.

Foto: DPA, Michael Kappeler Michael Kappeler

Rz: Zajrzałem na pani konto na Instagramie i dowiedziałem się, że pierwszym świątecznym prezentem, jaki pani dostała, była książka „Sztuka zwycięstwa”, czyli wspomnienia twórcy Nike, Phila Knighta. Inspirująca lektura?

Sofia Ennaoui: Szczerze mówiąc, w święta nie miałam czasu, żeby do niej przysiąść. Kiedy jestem w domu, zawsze mam coś do zrobienia. Ale zabrałam ją ze sobą na zgrupowanie w RPA.

Miniony rok był dla pani przełomowy. Weszła pani do finału olimpijskiego na 1500 m, pobiła na tym dystansie rekord życiowy w Paryżu, a na Sardynii zdobyła mistrzostwo Europy do lat 23 w biegach przełajowych. Telefon dzwoni częściej niż do tej pory?

Z każdym sezonem robię postępy, więc to zainteresowanie ze strony mediów cały czas mi towarzyszy. Po złotym medalu w przełajach nie zauważyłam jednak jakiegoś wzrostu popularności, może dlatego, że nie było to mistrzostwo na stadionie czy w hali.

Rio to najmilsze wspomnienie z ostatniego roku?

Spełniły się moje sportowe marzenia. Założyłam sobie, że w Rio wejdę do finału. Wiele osób twierdziło, że mi się nie uda, bo wcześniej nigdy nie byłam w finale mistrzostw świata seniorów. A ja cel zrealizowałam.

Znalazła pani chwilę na zwiedzanie?

W 100 procentach byłam skoncentrowana na starcie. Zresztą, w samym Rio nie byliśmy długo. Przygotowywaliśmy się na zgrupowaniu w Juiz de Fora, miejscowości oddalonej bodajże o trzy godziny jazdy autobusem. Do Rio przyjechaliśmy półtora dnia przed startem. Był czas, żeby zrobić lekki rozruch, rozejrzeć się po wiosce olimpijskiej, poczuć atmosferę igrzysk. Po finale niemal od razu poleciałam na zawody Diamentowej Ligi w Paryżu. Zwiedzanie i tego typu rozrywki zostawiam sobie na sportową emeryturę. Teraz jest moje pięć minut i chciałabym je jak najlepiej wykorzystać.

Żałujemy, że nie mogliśmy zobaczyć obiecanej samby w pani wykonaniu. Nie udało się przybiec w czołowej ósemce, ale dziesiąte miejsce to i tak znakomity wynik jak na debiutantkę. Tym bardziej że była pani pierwszą od 12 lat Polką w finale. Czego nauczył panią start w igrzyskach?

Cały ostatni sezon nauczył mnie pokory i cierpliwości. Latem długo czekałam na dobry rezultat. Wiedziałam, że wykonałam ogromną pracę podczas przygotowań, ale przed igrzyskami brakowało mi potwierdzenia, że jestem w stanie wejść do finału. Taki zastrzyk energii poczułam chyba tydzień przed startem. Zdaję sobie sprawę, że by rywalizować z powodzeniem z seniorami, trzeba zmienić dużo w moim treningu. Do tej pory niewiele trenowałam w górach. Będziemy stopniowo zwiększać obciążenia.

W półfinale biegu olimpijskiego pokazała pani swój największy atut, czyli ekspresowy finisz. Skąd czerpie pani siły na ostatnie metry, gdzie tkwi tajemnica sukcesu?

Myślę, że najbardziej w głowie. To ona chce tak bardzo, bym wbiegła na metę jak najszybciej.

A geny?

Czy ja wiem? Teraz przestaje mieć to takie znaczenie. Poziom się wyrównał. Ludzie z całego świata mogą zostawać mistrzami, więc nie tyle geny, co ciężka praca.

Jest pani bardzo wszechstronna: 800, 1500, 3000 m, do tego biegi przełajowe. Która z tych konkurencji sprawia pani największą przyjemność?

Chyba 800 m, bo to dystans bardzo dynamiczny, wytrzymałościowy, siłowy. Taki fajny mix. Ale 1500 m też należy do moich ulubionych. I nie wyobrażam sobie, bym w najbliższych latach porzuciła obydwie konkurencje.

Długo prześladowały panią te drugie miejsca: wicemistrzostwo Europy juniorek (2013), srebro mistrzostw Europy juniorek w przełajach (2013) i młodzieżowe wicemistrzostwo Europy (2015). Poczuła pani ulgę po wygranej na Sardynii?

Kilometr przed metą miałam poważny kryzys, słabo się czułam, byłam bardzo zmęczona i przez chwilę przeszła mi myśl, że znów skończy się srebrem, że to niemożliwe. Tak się zmobilizowałam, że znalazłam gdzieś ukryte pokłady sił, wywalczyłam to upragnione złoto i wysłuchałam wreszcie Mazurka Dąbrowskiego. Mówi się, że do trzech razy sztuka. W moim przypadku udało się za czwartym podejściem.

Pani życiówka na 1500 m wynosi 4.01,00. Liczący 16 lat i należący do Lidii Chojeckiej rekord Polski (3.59,22) coraz bliżej. To jeden z celów na ten rok?

Jak najbardziej. Chociaż od poprzedniego sezonu skupiamy się z trenerem przede wszystkim na tym, żeby wchodzić do finałów największych imprez i zdobywać medale. Życiówki będą bite przy okazji. Dla mnie najważniejsze jest, żeby jak najlepiej reprezentować Polskę. A rekordy to sprawa drugoplanowa.

I pomyśleć, że zaczynała pani jako sprinterka… Trener Wojciech Szymaniak zdecydował jednak, że będzie pani biegała średnie dystanse z powodu swoich marokańskich korzeni.

W szkolnych zawodach nie było innych konkurencji niż sprinterskie, więc wydawało mi się, że to moje przeznaczenie. Jako 15-latka nie zdawałam sobie sprawy, że nadaję się do biegów średnich, a mój trener uzmysłowił mi, że mam do tego predyspozycje.

Czy to prawda, że zgłosiła się pani do niego za pośrednictwem Naszej Klasy?

Zgadza się. Wtedy to był bardzo modny portal społecznościowy, teraz pewnie musiałabym to zrobić przez Facebooka (śmiech). Moi nauczyciele z Zespołu Szkół w Lipianach powiedzieli mi, że jest taki trener lekkoatletyki w Barlinku, ale nie mieli do niego numeru telefonu. Internet to była jedyna droga, by się z nim skontaktować. Byłam pierwszą zawodniczką, która wybrała ten sposób komunikacji.

Miała pani oferty, by biegać dla Maroka, ale nie brała ich nawet pod uwagę.

Zostałam wychowana w polskiej myśli i tradycji. Mieszkam tu od dziecka. To już 20 lat. Nigdy nie zastanawiałam się, który kraj chciałabym reprezentować, bo w moim sercu jest tylko Polska. Jestem dumna z tego, że biegam z orzełkiem na piersi.

Odwiedziła pani kiedyś Ibn Dżarir – miasto, w którym się pani urodziła?

W 2006 roku pojechałam tam z mamą na wakacje. Wtedy pierwszy raz poznałam rodzinę ze strony taty. Wróciłam tam jeszcze chyba dwa lata później. A już w 2015 roku wystartowałam w mityngu w Rabacie, gdzie doszło do zabawnej historii. Kiedy wygrałam, publiczność wstała z miejsc i zaczęła mi bić brawo. Gdy usłyszała jednak, że nie reprezentuję Maroka, to natychmiast usiadła. Zostały tylko dwie osoby, czyli mój menedżer i Asia Jóźwik, z którą mam świetny kontakt. Przyjaźnimy się i wspieramy. Na zgrupowaniach i mityngach bardzo często mieszkamy razem. Fajnie mieć taką bratnią duszę, której zawsze można się wyżalić, że jest ciężko na treningu, że nie poszło na zawodach, że się źle czuje…

Często zdarzają się pani takie sytuacje jak w Rabacie?

Na mityngach niektórzy mi nie wierzą, że jestem z Polski. Patrzą na mnie i myślą, że sobie z nich żartuję (śmiech). Arabska uroda robi swoje. Przyzwyczaiłam się do tego, że muszę wszystkim tłumaczyć, że jestem i czuję się Polką. Tak jak do tego, że muszę literować swoje nazwisko.

Umie pani powiedzieć coś po arabsku?

Nigdy się nie uczyłam tego języka.

Ma pani jakiś kontakt z ojcem?

Nie, rodzice rozwiedli się, gdy byłam mała.

Jak się poznali?

Na studiach w Szczecinie.

A jak pani nauka?

Przez pierwszy semestr studiowałam dziennie matematykę na Uniwersytecie Szczecińskim, ale to bardzo trudny kierunek i nie dałam rady pogodzić tego z treningami. Byłam zawiedziona, bo jestem bardzo ambitna i to co zaczynam, chciałabym skończyć, ale w tym przypadku się nie udało. Teraz studiuję zaocznie logistykę inżynierską.

Mieszka pani wciąż w Lipianach pod Szczecinem?

Nie, obecnie w Barlinku – tam, gdzie mój trener. A trenuję również w Szczecinie, gdzie mieści się mój klub.

Dlaczego warto przyjechać do Barlinka? Oczywiście poza tym, że można spotkać Sofię Ennaoui…

Zapraszam zwłaszcza latem. Jest tu przepięknie, mamy dużo jezior i najlepsze lody w województwie zachodniopomorskim. Często jeżdżę taksówkami w Szczecinie i kierowcy mi opowiadają, że przejeżdżając przez Barlinek, za każdym razem zatrzymują się na rynku, żeby zjeść barlineckie naturalne lody.

To pani miejsce na ziemi?

W przyszłości chciałabym się przeprowadzić do Szczecina. Mieszkałam tam przez rok, gdy zaczęłam studia. Byłam bardzo zauroczona terenami do biegania, Lasek Arkoński to taka moja oaza.

W tym roku najważniejszą lekkoatletyczną imprezą będą mistrzostwa świata w Londynie. Cel już ustalony?

Plan minimum to wejście do finału, najlepiej gdybym zajęła miejsce w pierwszej szóstce–ósemce. A medale chciałabym zdobyć na halowych mistrzostwach Europy seniorów w Belgradzie (marzec) oraz na młodzieżowych mistrzostwach Europy w Bydgoszczy (lipiec). Sezon halowy zaczynam 4 lutego. Pobiegnę na 3000 m w zawodach z cyklu IAAF World Indoor Tour w Karlsruhe. Potem starty na 1500 m podczas Copernicus Cup w Toruniu (10 lutego) i tydzień później na tej samej bieżni w halowych mistrzostwach Polski.

Na koniec porozmawiajmy o futbolu. Słyszałem, że jest pani wielką fanką piłki. I kibicuje Realowi Madryt.

Skąd pan wie (śmiech)? Jeżeli jestem w domu i mam czas, oglądam wszystkie ich mecze w telewizji. Od Euro we Francji stałam się też fanką naszej reprezentacji. Byłam zachwycona postawą chłopaków.

Ulubiony piłkarz?

Będę nudna: Cristiano Ronaldo (śmiech).

Tego się spodziewałem…

Ostrzegałam (śmiech). Ale Robert Lewandowski jest z nim teraz prawie na równi, więc będę się musiała zastanowić, którego lubię bardziej.

Rz: Zajrzałem na pani konto na Instagramie i dowiedziałem się, że pierwszym świątecznym prezentem, jaki pani dostała, była książka „Sztuka zwycięstwa”, czyli wspomnienia twórcy Nike, Phila Knighta. Inspirująca lektura?

Sofia Ennaoui: Szczerze mówiąc, w święta nie miałam czasu, żeby do niej przysiąść. Kiedy jestem w domu, zawsze mam coś do zrobienia. Ale zabrałam ją ze sobą na zgrupowanie w RPA.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Archiwum
Znaleźć sposób na nierówną walkę z korkami
Archiwum
W Kujawsko-Pomorskiem uczą się od gwiazd Doliny Krzemowej
Archiwum
O finansach samorządów na Europejskim Kongresie Samorządów
Archiwum
Pod hasłem #LubuskieChallenge – Łączy nas przyszłość
Materiał Promocyjny
Mała Księgowość: sprawdzone rozwiązanie dla małych i średnich przedsiębiorców
Archiwum
Nie można zapominać o ogrodach, bo dzięki nim żyje się lepiej